poniedziałek, 5 sierpnia 2019
Synod spod znaku New Age
Synod spod znaku New Age
Zebranie Nazdzwyczajne Synodu Biskupów dla Regionu Panamazońskiego odbędzie się w październiku 2019 r.
Tymczasem zupełnie przemilczano fakt, że zarówno język, jak i tematy poruszone w instrumentum laboris częstokroć wprost nawiązują do ideologii New Age. Filozofia tego szerokiego, niejednorodnego ruchu tkwi korzeniami w spuściźnie Towarzystwa Teozoficznego, założonego w XIX w. przez Helenę Bławatską. Ruch New Age narodził się w latach 60. XX wieku w USA, rozprzestrzenił na całym świecie i objął szeroką gamę zagadnień. New Age dla obyczajów i religii jest tym, czym globalizm dla polityki: pragnie zjednoczyć duchowo ludzkość i wprowadzić ją w nową erę szczęścia, harmonii duchowej i pokoju, zwaną erą Wodnika. Aby doń doprowadzić, New Age promuje okultyzm (a więc m.in. astrologię, jasnowidzenie, spirytyzm, wykorzystywanie nieznanych energii i sił), psychotechniki oraz… naturalizm (ekologizm). Już Arnold (Arnaud) de Lassus w książce Connaissance élémentaire du Nouvel Âge 2 zauważył, że jedną z trzech cech charakterystycznych dla New Age jest naturalizm, zresztą w przypadku Francji najbardziej widoczny. Istotnie, ruchy New Age postrzegają wszechświat co najmniej jako autonomiczną osobę, która myśli, czuje i może cierpieć – a czasem nawet jako bóstwo. Skądinąd poważne opracowanie – Guide du Nouvel Âge („Przewodnik New Age”, Paryż 1990) – głosi na s. 37: „Planeta potrzebuje głębokiego impulsu indywidualnej świadomości. Ruch New Age, który postrzega Ziemię – Gaję – jako żywy organizm, może wiele zdziałać w zakresie świadomości ekologicznej”.
New Age postrzega więc Ziemię jako żywą istotę – idea ta wywodzi się bezpośrednio z panteizmu, doktryny wprost głoszonej przez głównych promotorów tego ruchu, wedle której Bóg i wszechświat są w gruncie rzeczy tym samym. W myśl New Age człowiek powinien odkryć bóstwo, którym jest, a także dostroić się do kosmicznych i duchowych sił wszechświata, aby dostąpić najwyższego szczęścia.
Otóż instrumentum laboris przyszłego synodu nt. Amazonii do złudzenia przypomina dokument zredagowany przez zwolenników doktryny New Age. Oto kilka cytatów:
Par. 12: „Chodzi o życie w harmonii z samym sobą, z naturą, z istotami ludzkimi i z bytem najwyższym, albowiem między wszystkimi elementami kosmosu zachodzi inter-komunikacja, w której nikt nie wyklucza nikogo i w której może powstać wspólny projekt życia w pełni”.
Par. 13: „Takie rozumienie życia charakteryzuje się więzami i harmonią relacji między wodą, terytorium a naturą, życiem wspólnotowym a kulturą, Bogiem a różnymi siłami duchowymi”.
Najbardziej zdumiewający jest cytat z wypowiedzi Indian zamieszkujących Amazonię, zamieszczony w 17. paragrafie dokumentu: „My, rdzenni mieszkańcy Guaviare (Kolumbia), jesteśmy częścią natury, albowiem jesteśmy wodą, powietrzem, ziemią i życiem środowiska stworzonego przez Boga. Dlatego też prosimy, aby ustało złe traktowanie i eksterminacja «Matki Ziemi». Ziemia ma krew i krwawi; międzynarodowe konsorcja przecięły żyły naszej «Matki Ziemi»”.
Trudno o bardziej dobitne wyrażenie doktryny panteistycznej, z którą ruch New Age jest nieodłącznie związany.
Rzeczony dokument w pozytywnym świetle przedstawia także pogańskie praktyki.
Par. 25: „Życie wspólnot amazońskich jeszcze nie dotkniętych wpływami cywilizacji zachodniej ma swe odzwierciedlenie w wierzeniach i rytuałach dotyczących działania duchów czy też różnie nazywanego bóstwa wraz z i odnośnie do terytorium, wraz z i w relacji z naturą. Ta wizja świata jest wyrażona w «mantrze» Franciszka: «Wszystko się łączy»”.
Użycie terminu mantra, oznaczającego hinduistyczną formułę zaklinania, jest wymowne, ale przede wszystkim czymś niepokojącym w dokumencie kościelnym.
Można by mnożyć cytaty, wskazujące na przesiąknięcie dokumentu doktrynami New Age. Jako ostatni podamy następujący fragment:
Par. 75: „Kosmiczny wymiar egzystencji (cosmovivencia) pulsuje w rodzinach. […] Krótko mówiąc, to w rodzinie uczymy się żyć w harmonii: między ludami [sic!], między pokoleniami, z naturą, w dialogu z duchami”. Dialog z duchami nazywa się spirytyzmem i jest to praktyka bardzo ceniona przez ruch New Age!
Od II Soboru Watykańskiego minęło już ponad 60 lat i wydaje się, że podążając za jego spuścizną rzymskie umysły grzęzną w doktrynach coraz bardziej odległych od jedynie prawdziwej nauki katolickiej. Spuścizną, którą zresztą dokument wyraźnie podkreśla w paragrafie 30:
„Jest to zgodne z [kierunkiem] podróży, rozpoczętej przez cały Kościół wraz z II Soborem Watykańskim. […] Unikatowa różnorodność regionu amazońskiego – biologiczna, religijna i kulturowa – przywodzi na myśl nowe zesłanie Ducha Świętego”.
Przyszły synod zdecydowanie plasuje się w dynamice New Age i zapowiada się w wielu punktach jako nowy, znaczący etap soborowej rewolucji. Jego duch będzie z pewnością zupełnie różny od Ducha Świętego, który ukazał się w czasie jedynego i prawdziwego zesłania. Z wielką szkodą dla Kościoła.
Autorem artykułu jest ks. Wilhelm (Guillaume) Scarcella FSSPX.
Źródła
Ten wpis został opublikowany w kategorii Analizy i oznaczony tagami Arnold de Lassus, ekologizm, ks. Wilhelm Scarcella FSSPX, naturalizm, New Age, papież Franciszek, Synod Amazoński. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Trzecie oko Wojtyły
Trzecie
oko Wojtyły
Pielgrzymka
Jana Pawła II do Indii
JOHN KENNETH WEISKITTEL
W
ostatnich latach licząc od Soboru Watykańskiego Drugiego, powszechna praktyka
obserwowana wśród członków Kościoła Soborowego o bardziej tradycyjnych
zapatrywaniach, ukazuje ich poparcie dla pewnych aspektów życia katolickiego
(tj. Mszy łacińskiej, spełnienia żądania Najświętszej Panny z Fatimy
dotyczącego "nawrócenia Rosji") bądź ich dezaprobatę względem
niektórych "nadużyć" zatwierdzonych w diecezjach (na przykład: "ministrantki",
nieskromne lekcje wychowania seksualnego w miejscowych szkołach parafialnych)
poprzez przedkładanie petycji do Rzymu. Pomimo faktu, iż takie apele spotykają
się zawsze z głuchym milczeniem ze strony Watykanu, "prawdziwie
wierzący" przekonani, że ortodoksja znalazła przyjaciela w osobie Jana
Pawła II, nie ustają w zbieraniu podpisów, w nadziei, iż tym sposobem
przyczynią się do zmian na lepsze.
Jako
przykład takiego bezowocnego działania podamy wydarzenie, które miało miejsce w
czerwcu 1984 roku, kiedy to grupa świeckich w Indiach zaprotestowała
sprzeciwiając się "hinduizacji Kościoła" (1). Zwrócili uwagę, iż podobna usilna prośba (podpisana przez ponad 7000 soborowych
"katolików") została przedstawiona w 1976 roku "Jego Eminencji
kardynałowi Picachy'emu, przewodniczącemu Konferencji
Biskupów Indii w biurze CBCI w New Delhi...
Jednakże głos świeckich został całkowicie zignorowany; NAWET NIE RACZONO
POTWIERDZIĆ PRZYJĘCIA TEJŻE PETYCJI" (2). Z pewnością musiano tak
rozumować: możemy zwracać się do Jana Pawła II, by mieć pewność, że dyrektywy
Watykanu w sprawie inkulturacji są poprawnie wprowadzane w życie.
Inkulturacja
to sformułowanie utworzone po Vaticanum II, mające wyrazić aspekt soborowej,
innowacyjnej teologii (na próżno można by szukać tegoż hasła w przedsoborowej "Catholic Encyclopedia" [Katolickiej
Encyklopedii] czy w obszernym świeckim dziele
informacyjnym "The Oxford English Dictionary" [Oksfordzkim
Słowniku Angielskim]. W przeciwieństwie do autentycznych katolickich praktyk chrystianizowania
drugorzędnych aspektów pogaństwa czyli na przykład dopuszczania tubylczej
sztuki religijnej, muzyki, strojów etc., inkulturacja, powierzchownie to
przypominając, włącza przeszczepianie zwyczajów, modlitwy bądź
niechrześcijańskich wierzeń do liturgii, wystawiając tym samym wiarę katolicką
na poważne niebezpieczeństwo.
Na
zilustrowanie tej różnicy, można najpierw wskazać przykład pochodzący z czasów przedsoborowych, misjonarzy jezuitów – Ojca Roberto de Nobili w Indiach oraz Ojca Matteo
Ricci w Chinach i Japonii. Zapożyczyli oni rodzimy sposób ubierania się oraz
miejscowe zwyczaje, aby ułatwić sobie dzieło ewangelizacji (mimo niewłaściwego
zastosowania używanych metod – co zostało potępione przez Rzym – zasadnicza
taktyka postępowania została zatwierdzona). Jako przykład inkulturacji nowego
rodzaju posłużyć nam może przypadek niewolników i ich potomków oddających cześć
pogańskim bożkom swych zachodnioafrykańskich przodków pod pretekstem składania
czci Panu Naszemu Jezusowi Chrystusowi, Maryi Dziewicy i innym świętym, co
odbywa się w prymitywnych, synkretycznych sektach spirytystycznych takich jak Macumba
(Brazylia), Santeria (Kuba) i Voodoo (Haiti i Luizjana). Chociaż
wielu zwolenników tych sekt prowadziło podwójne życie podając się za katolików,
Kościół zawsze zakazywał jakichkolwiek związków z tego typu grupami.
Ostatni
protest wynikł z pomysłu – przedstawionego przez CBCI w
1969 roku – zmodyfikowania liturgii, tak aby stała się (rzekomo) środkiem
służącym do przyciągnięcia Hindusów do
Kościoła. Dwanaście punktów tejże propozycji niezwykle szybko uzyskało
błogosławieństwo Watykanu: zatwierdzający ją list, podpisany przez arcybiskupa Annibale
Bugniniego CM,
sekretarza Rady ds. Wdrażania Dekretu o
Liturgii (i projektodawcy Novus Ordo Missae, mocno podejrzewanego o udział w masonerii) nadszedł w
ciągu dziesięciu dni od dnia przedłożenia propozycji (3).
Zważywszy na charakter omawianych punktów, zdecydowanie zdumiewa, iż w ogóle
zostały one zatwierdzone. Wśród najbardziej uderzających przykładów synkretyzmu zaakceptowanych przez Rzym
było użycie w kilku punktach do odprawianej w sanskrycie "hinduskiej
Mszy" – mantry om (lub aum),
najświętszego dla hindusów słowa oznaczającego trzy główne bóstwa Trimurti,
czyli fałszywej trócy (a = Brahma – twórca; u = Wisznu – protektor; m = Sziwa lub Shiva – niszczyciel); uklęknięcie zastąpiono hinduskim gestem,
wykonywanym na cześć bożków; w chwili zaś okadzania Biblii celebrant śpiewa:
"Brahma jest prawdą, wiedzą nieskończoną"; lektorzy otrzymują
"błogosławieństwo" hinduską malamudrą przez przewodzącego duchownego, nie zaś katolickim znakiem
Krzyża; Chrystus jest poniżony do stanu wcielenia [awatara], jednego z wielu
"przejawów" hinduskiego "boga" Brahama (nie mylić z Brahmą,
który jest natomiast jakimś aspektem tej większej bezosobowej siły), łącznie z
innymi: Wisznu, Kriszna, etc. itp. (4). (Niektórzy ze zwolenników nieżyjącego już hinduskiego
reformatora politycznego, Mahatmy Gandhiego,
czczą go jako wcielenie [awatar]).
I
właśnie o tej "indyjskiej Mszy" doniesiono Janowi Pawłowi II,
błagając go, by "natychmiast położył kres... wszystkim panteistycznym
rytuałom", odbywającym się w większości przypadków w budynkach mających
służyć jako katolickie kościoły (5).
Victor Kulanday,
konserwatywny, soborowy dziennikarz z Indii, którego nazwisko pojawia się na
czele listy wybitnych indyjskich osób świeckich podpisanych pod petycją, tak
się wyraża w przedmowie do pierwszego wydania swej książki "The
Paganization of the Church in India" [Poganizowanie Kościoła w Indiach]:
"Szczerze
modlę się, by donośny dźwięk trąby pobudził przygnębionych katolików do walki,
a jej echo rozeszło się korytarzami Watykanu, alarmując Stolicę Piotrową, aby
dostrzegła ciemność spowijającą Kościół w Indiach, które wkrótce odwiedzi
Ojciec Święty" (6).
Ta
pełna nadziei nota została napisana w październiku 1985 roku, szesnaście
miesięcy po tym jak Jan Paweł II otrzymał petycję [czerwiec 1984 – zob. wyżej]
(która została doręczona przez czteroosobową delegację, zdopingowaną do tego
przez takie osobistości jak Ojciec Frederick Schell, Michael Davies i śp.
Hamish Fraser) i na cztery miesiące przed jego podróżą do Indii.
Niespodziewana
odpowiedź
W
niedzielę 26 stycznia 1986 roku Jan Paweł II zwrócił się do osób zgromadzonych
na Placu św. Piotra informując o swej zbliżającej się podróży. "Jadę do
Indii jako pielgrzym pokoju" – powiedział – "i jako pasterz,
którego zadaniem jest utwierdzanie swoich braci w wierze, w jedności
eklezjalnej i w ich świadczeniu o Chrystusie...". Tak wytyczone cele
wydawały się być dokładnie tym na co liczyli autorzy petycji. Jednakże soborowe
pozory są często zwodnicze.
Nie
pierwszy to już raz, roszczący sobie prawo do Stolicy Piotrowej odbywał podróż
do kolebki hinduizmu. Kiedy Paweł VI uczestniczył w Międzynarodowym Kongresie
Eucharystycznym w Bombaju w roku 1964, użył podobnego sformułowania, aby
wyrazić swój zamiar: "Papież jest świadkiem, pasterzem, podróżującym
apostołem..." (7). Wysiadając z samolotu indyjskich linii lotniczych Air India
spotkał się z owacyjnym przyjęciem, a tłumy, które ustawiły się wzdłuż
trzynasto milowej trasy przejazdu wykrzykiwały "Bura Guru!"
– "Najświętszy człowiek". Nie wszyscy mile go witali, niektórzy
zgadzali się z napisem widniejącym na billboardach: "Strzeżcie się!
Papież przybywa na czele trzydziestu tysięcy misjonarzy" (8).
Hinduskie obawy, że drugi święty Tomasz lub
Franciszek Ksawery podbija ich ojczyznę, ażeby zapoczątkować masowe nawrócenia
na naukę Chrystusa obróciły się w niwecz: Paweł VI spotkał się na równej stopie
z sędziwym hinduskim "świętym człowiekiem",
zacytował Upaniszadę, świętą księgę hindusów
podczas homilii i stanął w obronie "praw" niechrześcijan
do okazywania ich wiary "zewnętrznie w
odpowiedniej formie kultu" (9).
Idąc
w ślady swojego poprzednika Jan Paweł II opowiedział się za równoprawnym
statusem z bałwochwalcami. Mówił o potrzebie "dialogu międzyreligijnego",
modlił się i zasadził pamiątkowe drzewko przy pomniku Gandhiego, którego
określił mianem "bohatera ludzkości" (ten "nadzwyczajny
człowiek" – jak Jan Paweł II go również określił – choć studiował prawo w
Londynie i tam doskonale zaznajomił się z życiem i nauczaniem Chrystusa, to
jednak wyraźnie odrzucił Go jako Pana i Zbawiciela), a zwracając się do
ekumenicznego zgromadzenia 1000 liderów różnych wyznań – w tym hinduistów,
sikhów, wyznawców dżinizmu, parsów i buddystów – orzekł, iż oni wszyscy "głoszą
prawdę o człowieku" (10). Na tym samym spotkaniu wezwał ich do "humanizmu,
który nas łączy" do "budowania ziemskiej społeczności, która
już stanowić będzie wyobrażenie wiecznego miasta"... Jakie wrażenie
mogło wywrzeć takie oświadczenie na muzułmaninie, który wyobraża sobie niebo
jak ogród zmysłowych rozkoszy, albo na innych, którzy wyobrażają je sobie jako
wyzwolenie z cyklu ponownych narodzin i od "złudzenia" jaźni – tego
można się tylko domyślać. Jednakże dużo bardziej oczywisty wpływ winno to
wywrzeć na katolika, który przypomina sobie nauczanie św. Augustyna: "Dwie
miłości tworzą dwa państwa: miłość własna, która dochodzi nawet do wzgardy Boga
– ziemskie państwo; i miłość do Boga, która sięga aż do wzgardy samego siebie –
państwo niebieskie". Państwa te – pisze papież Leon XIII w swojej encyklice Humanum genus – oznaczają odpowiednio "królestwo szatana"
zasiedlone przez "tych, którzy odmawiają posłuszeństwa Boskiemu i
wiecznemu prawu", oraz "Królestwo Boga na ziemi, mianowicie
Kościół Jezusa Chrystusa", którego członkowie "powinni służyć
Bogu i Jego Jednorodzonemu Synowi, całym swym umysłem i całą swą duszą".
Jeśli
Victor Kulanday i jego współtowarzysze oczekiwali jakiegoś znaku, że Jan
Paweł II rozważył problem "poganizacji", w związku z którym
skierowali do niego petycję, i że podejmie
tę kwestię w przemówieniu do biskupów Indii, to
wkrótce mieli uzyskać odpowiedź. Owa odpowiedź, jednakże, okazała się być
zupełnie przeciwną do jakichkolwiek ich wyobrażeń.
"Odpowiedź"
Jana Pawła II składała się z kilku części. Pierwsza zawierała po raz kolejny
powtórzone, nawiązania do w pełni zaaprobowanych oświadczeń złożonych przez
znanych prominentnych hindusów, takich jak Gandhi, poeta Rabindranath Tagore i Swami Vivekananda,
postaci, które znacznie przyczyniły się do popularyzacji hinduizmu na Zachodzie
(o czym nieco później). Przytacza on ten sam ustęp, który Paweł VI wyjął z Upaniszady: "tylko
prawda triumfuje", lecz zarazem powiększa chaos cytując bezpośrednio po tym w swoim przemówieniu fragment ze świętego Pawła – "Pawła z Tarsu" – w
którym Apostoł oświadcza, że katolicy muszą działać tylko na rzecz prawdy (2 Kor.
13, 8).
Przemówienie
to zostało wygłoszone 3 lutego w Kolegium św. Ksawerego w Kalkucie do
przedstawicieli innych religii, a Jan Paweł II utwierdził ich w błędzie mówiąc
im: "Wasz wkład w dzieło prawdy ma najwyższe znaczenie". Żaden
wysiłek nie został tu podjęty, by wykorzystać jakiekolwiek prawdy mogące
wynikać z pogańskiego nauczania, po to aby wyprowadzić ich z ciemności, a
pojęcie "prawdy" zostało raczej mglisto rzucone, bez
rozróżnienia, ażeby spoić w jedno różniące się i sprzeczne wierzenia
chrześcijan, bałwochwalców oraz innych niewierzących.
Dnia
1 lutego Jan Paweł II zakończył swój pierwszy dzień w Indiach "koncelebrą nowej mszy", wraz ze 124
miejscowymi biskupami soborowymi. O ile L′Osservatore Romano nie zaznacza czy
nabożeństwo to było "indyjską mszą" czy też nie, to jednak
informuje, że dwa dni później poleciał on do Ranchi,
"gdzie przewodniczył mszy odprawianej w językach angielskim i hindi". Przemówienie zaś, jakie później wygłosił do
biskupów Indii zawiera fragment, który pozostawia niewiele wątpliwości co do tego jak postrzegał
"hinduizację", na którą uskarżano
się w petycji. "Biskupi – pouczał – ponoszą szczególną odpowiedzialność za
liturgiczną inkulturację, której celem jest jak najskuteczniejsze przenoszenie «niezmierzonych
bogactw Chrystusowych» do liturgicznego życia Kościoła". Dodał, iż:
"...ważne
jest, by doktrynalna kontrola i duszpasterskie przygotowywanie wiernych zawsze
poprzedzało wdrażanie norm liturgicznych. Owo wdrażanie musi okazywać należyty
szacunek dla innych wrażliwości religijnych ludzi będących w obrębie
eklezjalnej społeczności, podczas gdy preferencje
indywidualnych osób i grup muszą być podporządkowane wymogom kościelnej
jedności kultu...".
Mogło
to zabrzmieć zachęcająco dla autorów petycji. Jednakże, "papież"
odnosząc się do "liturgicznej inkulturacji", jednocześnie
jasno daje do zrozumienia, że biskupi mają obowiązek
"doktrynalnej kontroli"
oraz "okazywania należnego szacunku wobec innych wrażliwości
religijnych...". Należy przyznać, że wzmiankę o "duszpasterskim
przygotowywaniu wiernych" podejrzliwe umysły mogą zinterpretować w
znaczeniu indoktrynacji do nowego "hinduistyczno-katolickiego"
systemu wierzeń, natomiast ci, których "preferencje... muszą zostać
podporządkowywane" to właśnie osoby, które odrzucają przyjęcie tegoż
systemu; lecz trudno jest – powiedzą konserwatywni zwolennicy soboru –
uwierzyć, że taki "orędownik ortodoksji" jak Jan Paweł
II mógłby kiedykolwiek stanąć po stronie ludzi poganizujących Kościół. Pomimo
to, Victor Kulanday zmuszony był napisać:
"W
okresie wielkanocnym 1988 roku ze smutnym i ciężkim sercem, jako stojący na
czele Delegacji, muszę stwierdzić, że STOLICA APOSTOLSKA [sic] nie
przedsięwzięła ŻADNEGO działania choćby po to by zweryfikować fakty, nie mówiąc
o wysłaniu Komisji do zbadania prawdy o niebezpieczeństwie poganizacji"
(11).
Posunął
się dalej lamentując nad tym jaka "to
wielka szkoda, że sami pasterze niweczą swoją trzodę" (12). Tak samo jak celna jest ta ocena, dokładnie tak samo
tragiczna jest sytuacja, w której Kulanday,
podobnie jak jego wyżej wymienieni doradcy, uporczywie odmawia przyznania, że
to właśnie sama "Stolica Apostolska" sankcjonuje takie
świętokradztwa.
Pomimo,
iż poczynania Jana Pawła II w Indiach były z pewnością znane Victorowi Kulanday'owi i jego współtowarzyszom (działania, które pokrótce zostaną
ukazane, czynią z niego najgorszego rodzaju "poganizatora"), książka
"Poganization of the Church" zupełnie je przemilcza, co
jeszcze raz ukazuje typowe dwulicowe standardy stosowane przez konserwatywnych
zwolenników soboru, podczas dyskusji dotyczących ich ukochanego przywódcy.
Trzeba powiedzieć, iż wiedzieć o jego współudziale z innymi niszczycielami
trzody, a pomimo to ignorować tenże fakt, czy nawet ukrywać takie informacje
przed innymi (pozostawiając niekiedy wrażenie, że Jan Paweł II jest rzekomo bezsilny, lecz on
sam trwa nieskażony innowierczym wirusem) jest rzeczą karygodną. Ktoś
prawdziwie oddany restauracji wiary katolickiej musi z konieczności być przygotowany do zwalczania fałszywych
pasterzy na wszystkich szczeblach.
Dygresja:
Hinduizm a religia Vaticanum II
Kiedy
tradycyjni katolicy pragną wykazać dlaczego Vaticanum II brakuje
charakteru dwudziestu prawowitych soborów ekumenicznych, które go poprzedzały,
często wskazują na dokumenty odnoszące się do Kościoła (Lumen gentium), o
Kościele w świecie współczesnym (Gaudium et spes),
ekumenizmie (Unitatis redintegratio),
albo o wolności religijnej (Dignitatis humanae).
Równie niepokojąca, na swój sposób, jest chociażby deklaracja o stosunku
Kościoła do religii niechrześcijańskich (Nostra aetate).
Wspomina się w niej o hinduizmie, buddyzmie, muzułmanach i żydach.
Składająca
się ze 1117 słów Nostra aetate
jest najkrótszym spośród wszystkich oficjalnych dokumentów soboru, niemniej
jednak, docenić należy jej wymowę, albowiem stanowi ona fundament, leży u
podstaw stosunków Jana Pawła II ze wspomnianymi wyżej czy innymi religiami
niechrześcijańskimi. Pośrednio wynikające z niej odrzucenie katolickiej
doktryny dotyczącej owych fałszywych religii jest tak nowatorskie, iż, rzucając
okiem wstecz, niewiarygodnym wydaje się, że większość ojców soboru mogła to
zatwierdzić. (Końcowe głosowanie, które miało miejsce 20 listopada 1964: 1651
głosów za (placet), 99 głosów przeciw (non placet) i
242 za z zastrzeżeniami (placet juxta modum). W
uderzającym kontraście do fragmentów z dzieł
św. Augustyna i papieża Leona XIII o dwóch
przeciwstawnych społecznościach (to jest o Państwie Bożym i Państwie Człowieka), do których
nawiązaliśmy powyżej, Nostra aetate głosi, że: "Jedną
bowiem społeczność stanowią wszystkie narody" i "jeden także
mają cel ostateczny, Boga" (13). Religie te "nierzadko jednak odbijają promień
owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi" dodaje
przeciwstawiając się oczywistej wymowie Pisma Świętego: "A światłość w
ciemnościach świeci, a ciemności jej nie ogarnęły" i "Na
świecie był, a świat przezeń uczyniony jest, a świat Go nie poznał"
(św. Jan 1, 5. 10) (14). Pojednawczy ton użyty w deklaracji zaciemnia różnice, które są
absolutnie konieczne do jakiegokolwiek rozważania tegoż zagadnienia:
"(...)
w
hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę poprzez niezmierną obfitość
mitów i wnikliwe koncepcje filozoficzne, a wyzwolenia z udręk naszego losu
szukają albo w różnych formach życia ascetycznego, albo w głębokiej medytacji,
albo w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością (...)" (15).
Jaką
dokładnie boską tajemnicę ludzie badają i wyrażają w hinduizmie?
Tajemnice egzystencji wspomniane wcześniej w Nostra aetate –
takie jak sens życia, dobro i grzech, szczęście i cierpienie oraz tajemnica
tego, co istnieje po śmierci – stanowią przedmiot zainteresowania zarówno
filozofa jak i teologa, dlatego też mogą być rozważane jako "boskie"
tajemnice w ograniczonym sensie. Są one, po
prostu, rodzajem zagadnień, jakie wszyscy
ludzie (nawet ateiści) rozważają i stanowią
pytania, na które ludzie na przestrzeni wieków udzielali różnych, często
sprzecznych odpowiedzi. Samo stwierdzenie, że religijne ugrupowanie rozważało
te tajemnice, z trudnością legitymizuje jego nauczania; to co może je
legitymizować to rodzaj udzielonych odpowiedzi na owe pytania.
Co
się tyczy Boskich Tajemnic objawionych przez Samego Boga, to oczywiście,
hindusi jak i wszyscy niewierzący tkwią tu w bezdennej nieświadomości. Użycie
terminu "boska tajemnica" może być wówczas postrzegane
w dwóch znaczeniach: pierwsze nie daje czytelnikowi żadnej wiedzy dotyczącej
hinduistycznego światopoglądu, jedynie stwierdza, iż rozważają te rzeczy, nad
którymi zastanawiają się wszyscy ludzie, podczas gdy drugie tylko przypomina,
że sobór często używał niejasnej semantyki, jako że hindusi, dalecy są od
badania czy wyrażania, gdyż ani nie pojmują ani nie wyznają prawdziwej Wiary.
Znacznie
bardziej poważny problem znajduje się w końcowej części przytoczonego ustępu, gdzie stwierdzono, iż hindusi poszukują "wyzwolenia
z udręk naszego losu (...) w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością". Potworność! I
pomyśleć, że zostało to zatwierdzone na czymś, co rozpoczęło się jako
rzymskokatolicki sobór ekumeniczny. Dowodzi to do jakiego stopnia modernistom
powiodła się wywrotowa działalność prowadzona w seminariach od czterdziestu lat
przed soborem. Żadne inne wyjaśnienie (chyba tylko, być może, obecność LSD w
dostawach wody na sobór) nie jest dostateczne – po ludzku mówiąc – by wyjaśnić
jak takie oczywiste odwrócenie dogmatu Kościoła, taka oczywista herezja mogła
zostać zatwierdzona przez biskupów. Nauczając, że hindusi praktykujący swoją
religię są w stanie "uciekać się do Boga z miłością i ufnością"
Vaticanum II ogłosił cały zestaw powiązanych ze sobą błędów:
1)
cześć oddawana hinduistycznemu bóstwu [jest] czcią składaną prawdziwemu Bogu;
2)
wspomniany kult, jednakże, nie jest wytłumaczony jako pogwałcenie Bożego
Przykazania zakazującego służenia fałszywym bogom;
3)
jako, że wyrażenie o "uciekaniu się do Boga z miłością i
ufnością" nie zostało poprzedzone słowem "rzekomym"
bądź jakimkolwiek innym określnikiem, okazuje tym samym jasny zamysł
przedstawienia fałszywej religii jako alternatywnej, nawet jeśli niedoskonałej,
drogi zbawienia;
4)
ogólny skutek ma polegać na tym by wiarę w Jezusa Chrystusa i przynależenie do
Jego Kościoła sprowadzić do jakiegoś drugorzędnego albo marginalnego znaczenia
bądź nawet jeszcze gorzej.
Dogmat
prawdziwego Kościoła, do którego wszyscy muszą przystąpić by otrzymać zbawienie
został porzucony. W jego miejsce pojawiła się koncepcja powszechnego
zbawienia. Nigdzie indziej sprzeczność między katolickim a soborowym nauczaniem
nie jest bardziej widoczna jak w porównaniu wielkopiątkowych modlitw. Używany
od zarania Kościoła, tradycyjny rzymski ryt, skodyfikowany przez papieża
świętego Piusa V zawiera następującą modlitwę:
Pro
conversione Infidelium
Oremus
et pro paganis: ut Deus omnipotens auferat iniquitatem a cordibus eorum; ut
relictis idolis suis, convertantur ad Deum vivum et verum, et unicum Filium
ejus Jesum Christum Deum et Dominum nostrum. Oremus. Flectamus genua. R.
Levate. – Omnipotens sempiterne Deus, qui non mortem peccatorum, sed vitam
semper inquiris: suscipe propitius orationem nostram, et libera eos ab idolorum
cultura; et aggrega Ecclesiae tuae sanctae, ad laudem et gloriam nominis tui.
Per Dominum nostrum Jesum Christum. R. Amen.
O
nawrócenie pogan
"Módlmy
się także za pogan: niech Bóg Wszechmogący usunie z ich serc nieprawości, aby
wyrzekłszy się bałwochwalstwa nawrócili się do Boga żywego i prawdziwego, do
Jego Syna Jednorodzonego Jezusa Chrystusa Boga i Pana naszego. Módlmy się. Zegnijmy kolana. R. Powstańcie. – Wszechmocny,
wiekuisty Boże, Ty nie pragniesz śmierci grzeszników ale ich życia! Przyjmij
łaskawie modlitwę naszą, wyzwól ich od bałwochwalstwa, i przyłącz do Kościoła
Twojego świętego na cześć i chwałę imienia Twojego. Przez Pana naszego Jezusa
Chrystusa. R. Amen"
(Mszał Rzymski, 1949).
Katolickie
nauczanie dotyczące zła tkwiącego w bałwochwalskich kultach
i konieczność wyrzeczenia się przez pogan niegodziwych dróg oraz przyjęcia
prawdziwego Boga poprzez przyłączenie się do Jego Kościoła są wspaniale tutaj
przedstawione. Zreformowana liturgia Pawła VI/Bugniniego odbiega znacząco od tego –
tak literą jak i duchem:
Za
tych, którzy nie wierzą w Chrystusa
"Módlmy
się za tych, którzy nie wierzą w Chrystusa, aby i oni napełnieni światłem Ducha
Świętego, mogli wkroczyć na drogę zbawienia. Wszechmogący, wieczny Boże, spraw,
aby niewierzący w Chrystusa, postępując zgodnie z sumieniem znaleźli prawdę; i
abyśmy przez wzrost we wzajemnej miłości oraz pełniejszy udział w tajemnicy Twego
życia, stali się w świecie doskonalszymi świadkami Twojej miłości. Przez
Chrystusa, Pana naszego. W. Amen".
Zwątpienie,
które wyraźnie opanowuje czytelnika po lekturze tak uderzająco różniących się
tekstów, ogarnia jeszcze bardziej serca pogan. We Mszy Katolickiej nie umila
się w żaden sposób grzesznej naturze ludzkiej, oddając stworzeniom hołd należny
Bogu. Błaga się Go, by w miłosierdziu swoim udzielił łaski potrzebnej by "usunąć nieprawość z ich serc";
podczas gdy soborowa modlitwa w najmniejszej mierze nie wskazuje, iż
niewierzący są w jakikolwiek sposób grzeszni z powodu ich czynów – raczej rzecz
przeciwna jest silnie sugerowana w wyrażeniu "aby (...) postępując
zgodnie z sumieniem znaleźli prawdę". Dalej również w tej drugiej
modlitwie nie ma żadnego odniesienie do tego aby "wyrzekłszy się
bałwochwalstwa nawrócili się do Boga żywego i prawdziwego" ani usilnej
prośby do Boga "by przyłączył ich do Swojego Kościoła świętego".
Zamiast tego, wspomniane jest tylko "by mogli wkroczyć na drogę zbawienia",
wyrażenie, z którego można by rozsądnie wywnioskować, iż mogą oni otrzymać
światło Ducha Świętego niezależnie od tego czy przyjmą Chrystusa za Zbawiciela.
Interpretacja
ta w pełni harmonizuje z twierdzeniem zawartym w Nostra aetate, w
myśl którego czczący bałwana hindus może mimo wszystko obecnie włączyć się w "uciekanie się do
Boga z miłością i ufnością". Pozostała część modlitwy odzwierciedla soborowe brednie o tym, iż rzekomo
katolicy i niekatolicy są zaangażowani we
wspólne poszukiwanie prawdy, jak gdyby Kościół nie posiadał żadnej
nadprzyrodzonej i jedynej pozycji, a nawet zbiorowo zrównuje ludzi wierzących i
niewierzących i "świadków" Bożej miłości. (Jeżeli tak jest, to po cóż
potrzebna jest działalność misyjna, po co męczennicy przelewający krew za
Chrystusa, po co sam Kościół, albo, w końcu, po co męka i śmierć Naszego Pana?).
Ta
zmiana w uroczystych modlitwach została wykalkulowana, by współgrać z teologią
rodzącej się religii soborowej. Choć niestosowne dla liturgii katolickiej,
modernistyczne lex orandi (prawo modlitwy) znakomicie
wyraża lex credendi (prawo wiary) nowego kościoła. Ksiądz Anthony
Cekada wykazał to w swoim studium: "The Problems with the
Prayers of the Modern Mass" [Problemy z modlitwami w modernistycznej mszy],
pisząc:
"Starożytne
modlitwy zostały zmienione – stwierdził arcybiskup Bugnini w swoich wspomnieniach, ponieważ «brzmiały raczej źle» w
ekumenicznym klimacie Vaticanum II i ponieważ «nikt nie powinien znajdować
powodu do duchowego dyskomfortu w modlitwie Kościoła» nikt, być może, tylko ci,
którzy ciągle wierzą, że przez modlitwę świat nawróci się na prawdziwą wiarę
katolicką" (16).
Znaki
ostrzegawcze – przypomnijmy – pojawiły się już podczas bękarckiego panowania
Jana XXIII. Właśnie to on nadał ton nadchodzącej apostazji swymi wcześniejszymi
zmianami liturgii Wielkiego Piątku, również on usunął z Aktu poświęcenia
rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu ustanowionego przez papieża
Piusa XI zdanie "Królem bądź tych wszystkich, którzy jeszcze błąkają
się w ciemnościach pogaństwa albo islamizmu i racz ich przywieść do światła i
Królestwa Bożego" (z modlitwy tej także usunięto fragment o nawróceniu
żydów).
Hinduistyczna
"szlachetna, duchowa wizja człowieka"
Począwszy
od zajęcia Stolicy Apostolskiej w 1978 roku, Jan Paweł II był niezmordowany w
popieraniu rewolucyjnych dekretów Soboru Watykańskiego Drugiego. Podczas swej
wizyty w Kenii w 1980 r., rozmawiał z przywódcami hinduskiej grupy w Nairobi,
cytując Nostra aetate i
mówiąc im, że "jest ona przejawem braterskiej postawy całego Kościoła
katolickiego [sic] do religii niechrześcijańskich. Ukazuje ona w tym zadanie
pielęgnowania jedności i miłości pomiędzy jednostkami i narodami oraz
zaangażowanie postępu braterstwa wśród wszystkich ludzi. Szczególnie odniesiono się w tym
dokumencie do hinduizmu i religijnych wartości przyjmowanych przez jego zwolenników" (17).
Czy ktoś może wątpić, że
człowiek, który wygłosił taki błąd oddzielił się od wiary katolickiej, której
rzekomo przewodzi? Tak musi być skoro zażądał braterskiej postawy Kościoła
wobec niekatolików. Dostateczną jest duchowa ciemnota kościoła soborowego skoro
tego typu oświadczenia, nie tylko, że nie są w żadnej mierze kwestionowane,
lecz nawet spotykają się z ciepłym przyjęciem. Autentyczne nauczanie Kościoła
rzymskokatolickiego zawsze jednak trzymało się słów świętego Pawła skierowanych
do wiernych: "Nie ciągnijcie jarzma z niewiernymi... wyjdźcie z
pośrodka nich, i odłączcie się... a tego, co nieczyste, nie dotykajcie się"
(2 Kor. VI, 14. 17). Poza tym, jak może Kościół mieć "braterski"
stosunek do niewierzących i bałwochwalczych sekt, których członkom – jak pisze
św. Jan "przypadnie część w jeziorze gorejącym ogniem i siarką; to jest
śmierć druga" (Apok. 21, 8)?
Na
spotkaniu z około tysiącem przywódców różnych, wyżej wspomnianych religii,
które miało miejsce 2 lutego w Delhi na stadionie im. Indiry Gandhi, soborowy
"pielgrzym" oświadczył:
"Indie
mają tak wiele do zaoferowania światu w zadaniu zrozumienia człowieka i prawdy
o jego istnieniu. A to co szczególnie oferują, to szukanie oblicza Boga. Mahatma
Gandhi wyraził to w ten sposób: «To co pragnę osiągnąć – do czego dążyłem i za czym tęskniłem... to
samorealizacja, by ujrzeć Boga twarzą w twarz. Żyję i poruszam się i całe moje
istnienie jest pogonią za tym celem»".
Jak
zawsze, Jan Paweł II stylizuje swoje uwagi w antropocentrycznym języku
preferowanym przez soborowych prowodyrów (kiedy indziej wygłaszając
przemówienie stwierdza: "człowiek
jest drogą, którą katolicki Kościół musi obrać, by
być sobie wiernym" odwracając
porządek podmiot/przedmiot tradycyjnych,
katolickich formuł – formuł chrystocentrycznych.
Najbardziej
fascynujący jest tutaj cytat z Gandhiego, wskazujący na bezustanne rozmywanie
różnic między teologią chrześcijańską a niechrześcijańską. Kontekstem tej
wypowiedzi jest wysunięcie przez "papieża" koncepcji, iż ludzie –
przypuszczalnie wszyscy ludzie, albowiem użyte jest włączające wszystkich słowo
"człowiek" – mają na celu "szukanie oblicza Boga". (Błąd
promulgowany w Nostra
aetate został tutaj ponownie przytoczony.) "Wyznanie wiary"
Gandhiego pochodzi z jego autobiografii, a jego cel, będący przedmiotem pochwał
Jana Pawła II, jest wyrażony zwięźle: "samorealizacja – by ujrzeć Boga twarzą w
twarz". Dla niezaznajomionych z hinduizmem takie stwierdzenie może
łatwo być odebrane jako sugerujące, iż w rzeczywistości chodzi tu o dwa cele,
do których się ono odnosi, że niezgrabne wyrażanie Gandhiego pozostawia błędne
wrażenie, zrównując "samorealizację" z "oglądaniem
Boga". W rzeczywistości jednak, w błędzie są ci którzy spierają się
o to, ponieważ Gandhi zrównał oba cele.
Jak
wspomnieliśmy powyżej pogląd Gandhiego na tajemnice chrześcijańskie był negatywny. Sam Gandhi stwierdził, że przyjęcie Chrystusa jako
Jednorodzonego Syna Bożego "to więcej niż mogę uwierzyć" i że "Bóg
to sumienie. Jest on nawet ateizmem ateisty..." i "nie
postrzegam Boga jako
osoby" – napisał pewnego razu (18). W
przemówieniu skierowanym do chrześcijańskich misjonarzy w 1925 roku, Gandhi
otwarcie przyznał: "To więcej niż mógłbym uwierzyć, że Jezus jest jedynym
wcielonym Synem Bożym i że tylko ten, kto w Niego uwierzy otrzyma życie wieczne"
oraz "Mój rozum nie jest skłonny by uwierzyć, że Jezus, dosłownie,
przez Swoją śmierć i przez Swoją krew odkupił grzechy świata!" (19). Jego
poglądem był – faworyzowany przez wielu hinduskich intelektualistów –
monistyczny panteizm,
który oznacza zaprzeczenie filozoficznych rozróżnień między ciałem a duszą,
podmiotem i przedmiotem, materią i duchem, a w końcu,
Stwórcą i stworzeniem.
Jak
to się ma do zacytowanego twierdzenia? Sens tego jest taki, że "ego" i "Bóg" w jego stwierdzeniu
w żadnym razie nie są rozdzielne, jak byłyby dla katolików czy innych
ludzi Zachodu – de facto, wyrazy mogłyby być odwrócone w tym
oświadczeniu i tworzyć dokładnie takież samo znaczenie dla kogoś o tym samym
światopoglądzie. Potwierdzenie tegoż pochodzi z analizy wyrażenia "samorealizacja",
które w umyśle hinduskim ma zupełnie inne
znaczenie niż zwykła świadomość czy spełnienie. Gandhi miał za swojego guru Paramahansa Yogananda, swego rodaka,
który jako szerzyciel hinduizmu (i jego "pokrewieństwa" z
chrześcijaństwem) zdobył nawet jeszcze większą sławę w Stanach Zjednoczonych
poprzez książki i wykłady objazdowe. Yogananda
był głosicielem koncepcji New Age, takich jak "kosmiczna
świadomość" już na kilka dekad przed aktualnym, powszechnym
szaleństwem. Był on gościem w Białym Domu na długo zanim Maharishi Mahesh Yogi został odkryty
przez Beatlesów zdobywając sławę i fortunę w
Ameryce. W 1920 roku założył on Self-Realization Fellowship (Stowarzyszenie
na rzecz Samorealizacji) w Ameryce, międzynarodową organizację, która trzy lata
wcześniej rozpoczęła swą działalność w Indiach jako Yogoda Satsanga. Gandhi został przez niego wprowadzony do Kriya Yoga w 1925. Yogananda
definiuje samorealizację jako:
"...
poznanie – w ciele, umyśle i duszy – że stanowimy jedno z wszechobecnością
Boga; że nie musimy się modlić, by do nas przyszedł, nie iżbyśmy byli blisko
Niego w każdej porze, ale że wszechobecność Boga jest naszą wszechobecnością;
że właśnie teraz jesteśmy tak dalece Jego częścią, jak i zawsze nią będziemy.
Jedyne, co musimy uczynić to udoskonalić nasze poznanie" (20).
A
więc czyżby to właśnie tę "szlachetną duchową wizję człowieka" – o której mówił Jan Paweł II – Indie miały
zaoferować światu? Wizję, w której człowiek
jest postrzegany jako wymagający "wiedzy" zamiast pokuty;
gdzie modlitwa nie jest potrzebna; gdzie człowiek podziela Boską naturę; w
której człowiek nie jest już postrzegany jako obraz Boga, lecz jako Jego część.
A
jest to tylko część indyjskiej "duchowej wizji"
tamtejszej elity,
która, w tym przypadku, została pokryta lukrem dla łatwiejszego skonsumowania
przez mieszkańców Zachodu. Tak naprawdę, hindusi nie mają żadnego credo
(Gandhi powiedział, że ateista może być hinduistą). Ksiądz Charles F. Aiken, S.T.D., profesor apologetyki na Catholic University of
America [Katolickim Uniwersytecie Ameryki] na początku ubiegłego stulecia,
napisał:
"...W
hinduizmie, odróżnianym
od heretyckich sekt Indii, mniejsze znaczenie ma rodzaj przyjętego kultu, pod
warunkiem, że uznaje się władzę zwierzchnią braminów
(czyli hinduskich duchownych – JKW) oraz
nienaruszalność bramińskich zwyczajów i tradycji. W panteistycznym
wszechogarniającym bogu – Brahmie, zawiera się cały świat bóstw, duchów i innych przedmiotów kultu, tak iż sam hinduizm dostosowuje się do każdej formy
religii, od wzniosłego monoteizmu kulturalnego bramina, aż po prymitywny kult sił natury ignoranta, na wpół
dzikiego chłopa. Hinduizm – przytaczając Moniera
Williamsa – «ma do zaoferowania coś, co odpowiada każdemu umysłowi. Jego wielka
moc polega na
nieograniczonej zdolności przystosowywania się do nieskończonej różnorodności
ludzkich osobowości i dążności. Posiada on
wysoko duchową i abstrakcyjną stronę odpowiednią dla metafizycznego filozofa –
praktyczną i konkretną właściwą ludziom zajętym sprawami materialnymi i
światowymi – jego estetyczna i ceremonialna strona pasuje do człowieka o poetyckich
uczuciach i wyobraźni – jego spokojna i kontemplacyjna strona odpowiada
człowiekowi spokojnemu i miłośnikowi odosobnienia. Ba, nawet wyciąga braterską
dłoń ku czcicielom natury, demona, zwierząt, drzew, fetyszy. Bez skrupułów
zezwala na najbardziej groteskowe formy bałwochwalstwa i najbardziej upadlające
odmiany przesądu. Z tego ostatniego faktu wynika jeszcze inna szczególna
osobliwość hinduizmu – mianowicie, że w żadnym innym systemie na świecie nie istnieje
większa przepaść, która by rozdzielała religię wyższych, wykształconych i myślących klas od niższych,
niewykształconych i bezmyślnych mas». ...Nie ma nic czego byśmy mieli nauczyć
się od Indii, a co by miało uczynić naszą kulturę wyższą. Z drugiej strony, w
chrześcijańskiej cywilizacji jest mnóstwo wartości, które winny przyswoić sobie
Indie" (21).
Abstrahując
od wysublimowanych wierzeń hinduskich uczonych, faktem pozostaje, że kiedy
bierze się pod uwagę religię ludową, to mamy w niej do czynienia z
najbardziej odrażającym wypływem bałwochwalstwa, jakiego świat nie widział.
Żadni inni poganie w historii nie zbliżyli się do liczby 330 milionów bóstw hinduskiego panteonu. Ksiądz Jean-Antoine Du Bois, francuski misjonarz, który spędził trzydzieści
jeden lat w Indiach od początku rewolucji francuskiej, w swojej słynnej książce "Hinduskie
obyczaje, zwyczaje i ceremonie", zauważa, że w "świątyniach bożków..., które w
Indiach spotyka się na każdym kroku" posągi – przeciwnie do wyidealizowanych ludzkich
bóstw starożytnej Grecji i Rzymu – mają wygląd "przerażających brzydot", a
"postawy, w jakich są przedstawione są albo śmieszne, albo groteskowe albo nieprzyzwoite.
Krótko mówiąc, wszystko jest wykonane tak, by uczynić z nich przedmiot odrazy dla kogoś nieobytego z widokiem tych dziwacznych potworów"
(22).
Dziwne
potwory, doprawdy. Wśród popularnych hinduskich bałwanów znajdują się: Sziwa –
niszczyciel, często przedstawiany z czterema rękami;
Kali – jego demonicznie wyglądająca towarzyszka, często ukazywana z dzikim
wiedźmowatym spojrzeniem, z mieczem w jednej ręce i odciętej ludzkiej głowie w
drugiej, oraz naszyjnikiem ludzkich czaszek i pasem z ludzkich zębów (przed ich
zniesieniem, thugowie, na pół religijna grupa, popełniali dla niej rytualne
morderstwa); Hanuman bóg-małpa; i Ganesa, bóg mądrości mający ludzki tułów i
głowę słonia. Te dwa sugerują cześć, jaką hinduizm oddaje zwierzętom. Przede
wszystkim, uznaje pospolitą krowę za przedmiot
godny najwyższej czci, tak dalece, że w Mahabharcie, jednej z jego "świętych" ksiąg, jest zaznaczone, że "wszyscy, którzy jedzą, zabijają, albo
zezwalają na rzeź krowy zostają skazani, by gnić w piekle przez tyle lat jak
ile jest włosów na jej ciele"; a dawniej zabicie krowy było
wykroczeniem karanym śmiercią (23). Jasną wskazówkę o głębi ułudy, w jakiej może pogrążyć się
zatwardziała ludzkość znajdujemy w następującym
fragmencie napisanym przez pana M. Moniera Williamsa:
"Krowa
jest u nich spośród wszystkich zwierząt najświętsza. Każda część jej ciała jest
zamieszkała przez takie czy inne bóstwo. Każdy włos na jej ciele jest
nietykalny. Wszystkie jej ekskrementy są czczone. Ani jedna cząsteczka nie
powinna być wyrzucona jako nieczysta. Natomiast, woda, którą wydala winna być
przechowywana, jako najlepsza spośród święconych wód – to płyn niszczący
grzech, który uświęca wszystko z czymkolwiek się zetknie; jednocześnie nic nie
oczyszcza tak jak krowie łajno. Każde miejsce, które krowa była łaskawa zaszczycić
świętym depozytem jej ekskrementów jest później na zawsze uświęconą ziemią, a
najplugawsze miejsce posmarowane tymże łajnem natychmiast zostaje oczyszczone i
uwolnione od zanieczyszczenia, natomiast prochy uzyskane przez spalenie tych
tak świętych substancji są tak świętej natury,
że nie tylko oczyszczają wszelkie przedmioty materialne, jakkolwiek wcześniej
nieczyste, lecz wystarczy, że zostaną tylko rozsypane nad grzesznikiem, a
przemienią go w świętego" (24).
Wyjaśnia
to skądinąd kłopotliwą do zrozumienia scenę, której był świadkiem współczesny
Amerykanin odwiedzający pewnego dnia Indie, kiedy "obserwował dwie hinduski walczące ze sobą nad ciepłym, świeżym
plackiem krowiego łajna"; w równym stopniu
zaskakuje niewiarogodne przekonanie, że skoro krowa jest "boginią – matką
życia, to jej uryna jest napojem oczyszczającym duszę" (25). Kobry, które każdego roku zabijają 20 tysięcy mieszkańców
Indii, także są czczone, podobnie zresztą jak "święte szczury", nad
którymi sprawuje się opiekę, a których roczny koszt wykarmienia w niektórych
wiejskich świątyniach wynosi około 4000 dolarów (26).
Znak Sziwy
Rozmiar
okazywanej przez Jana Pawła II aprobaty dla inkulturacji jest widoczny niemal
na każdym jego wystąpieniu podczas pobytu w Indiach. W Madrasie został on
życzliwie przyjęty na zgromadzeniu promującym fałszywy ekumenizm chóralnym
śpiewem hymnu z Vedy, najstarszej, "świętej" księgi hinduizmu (27). Zaintonowano
następujące słowa: "Panie, prowadź nas od kłamstwa do prawdy".
Ale jakiego Pana wzywano i jakiej prawdy poszukiwano?
Jednakże ze
wszystkiego, co miało tam miejsce, tym co najlepiej symbolizuje kierunek jego
"pontyfikatu" i upadek jego autorytetu jest streszczenie ceremonii
zawarte w pracy Daniela Le Roux "Peter, Lovest Thou Me?" [Piotrze,
czy miłujesz Mnie?] (opatrzonej podtytułem: "Jan Paweł II: Papież Tradycji
czy Papież Rewolucji?") otóż:
"W
obecności papieża przyniesiono trzcinę cukrową, ułożoną w formie krzyża,
oznaczającą hinduskie ofiarowanie się cielesnemu bożkowi. Chwilę później,
podczas procesji na ofertorium, przyniesiono na ołtarz orzech kokosowy, typową
hinduską ofiarę, którą składają oni swym bałwanom. Na koniec, jakiś człowiek
umieścił święte prochy na jego [Wojtyły – przyp. tłum.] czole. Nie
chodziło tu o znak Tilak, lecz o święte prochy czyli Vibhuti. Trzy dni
wcześniej, 2 lutego, przyjął na czoło Tilak albo inaczej Tika, czerwoną
sproszkowaną masę hindusów, rozpoznawczy znak czcicieli Sziwy" (28).
Zdjęcia zrobione
na zgromadzeniu w Delhi na stadionie Indiry Gandhi, ukazują kobietę w
tradycyjnym indyjskim stroju kreślącą znak na czole Jana Pawła II, on stoi, z
zamkniętymi oczami, trzymając pastorał w kształcie wykrzywionego krzyża.
Sziwa, jak
zaznaczyliśmy, jest jednym z najważniejszych spośród fałszywych bóstw
hinduizmu. Łączy tak wiele sprzeczności w swych osobowych wyobrażeniach, jak
religia, którą reprezentuje. Choć jest bogiem zniszczenia, paradoksalnie jest
on też identyfikowany z twórczym aspektem, a jako "Król Tańca" (Sziwa
oznacza "przyjacielski"); jest on zarazem cnotliwy i lubieżny, jest
bogiem płodności, czczony pod fallicznym symbolem lingamu, przedstawiany często
jako rozpędzony i nieprzyzwoity byk, a jego ityfaliczne wizerunki stanowią
tamtejszą sztukę sakralną; kojarzony jest on zarówno z szaleństwem, jak i z
intelektualnym oświeceniem; dobroczyńca swoich czcicieli, lubuje się także w
grozie cmentarzyska; niekiedy, portretowany jest jako hermafrodycznie połączony
z Parvati – jedną z jego wielu towarzyszek; i, jak na to wskazuje jego 1008
imion jest mieszaniną wielu pomniejszych bóstw. Wieloznaczność Sziwy odzwierciedla
się przez działalność jego wyznawców, niektórzy z nich znani są z dążności do
"oświecenia" przez dogadzanie sobie, inni przeciwnie popierają
wyrzeczenie. Ksiądz Aiken pisze:
"Sziwa
również ma swoje świątynie, konkurujące przepychem z chramami Wisznu, a w nich
wszystkich miejscem świętym jest relikwiarz-linga, a kult świątyni polega na
wcieraniu wody i liści bilvy w kamienne symbole. Wewnętrzne ściany tych
świątyń, jak również świątyń Wisznu, pokryte są wstrząsającymi wyobrażeniami
cielesnych namiętności. Ponadto, choć zabrzmi to dziwnie, podczas gdy te same
formy religii sankcjonują folgowanie najniższym namiętnościom, jednocześnie
inspirują innych wyznawców do praktykowania najsurowszej ascezy. Błąkają się
oni bez celu w samotnej ciszy, nadzy i brudni, z włosami splątanymi od
długotrwałego zaniedbania, ich ciała wychudzone do skóry i kości przez
niewiarogodne posty. Potrafią stać w bezruchu godzinami pod palącym słońcem z
wychudzonymi rękami wzniesionymi ku niebu. Niektórzy krążą dookoła z twarzą
zawsze zwróconą w górę. Inni znani są z tego, iż trzymają pięści tak mocno
zaciśnięte, aż ich rosnące paznokcie nie przebiją się przez wierzchnią część
dłoni" (29).
Jedna grupa
Shaivitów (czcicieli Shivy) uprawia tantrę, formę jogi opartej na korzystaniu z
tego co zakazane przez "ortodoksyjnych" hindusów.
Istnieje jeszcze
straszliwsza strona kultu Sziwy. Herbert Stroup w książce "Like a
Great River. Introduction
to Hinduism"
[Jak Wielka Rzeka: Wprowadzenie do hinduizmu] stwierdza: "Sziwa jest
kojarzony z siłą niszczycielską i twórczą, w jego niszczycielskim aspekcie jest
on odrażającym, mięsożernym bóstwem, które zachwyca się krwawymi ofiarami. Te
krwawe ofiary obejmują zwierzęta, chociaż czasami w przeszłości także istoty
ludzkie były ich przedmiotem..." (30). W
"Popular hinduism" L.S.S. O'Malley zauważa, że w "Tiruvasagam",
"świętym" poemacie południowych Indii "naucza się, że jest
jeden najwyższy bóg (Sziwa), który przyjął naturę ludzką i przyszedł na ziemię
w postaci guru, czyli duchowego nauczyciela i otworzył drogę zbawienia dla
mężczyzn i kobiet wszystkich klas" (31).
A co ze znakami
otrzymanymi przez "Jego Świętobliwość"? Tilak jest zdefiniowany jako:
"sekciarskie znamię kreślone na czole składające się z olejków bądź
mineralnych lub roślinnych barwników... Wielu wierzy, iż te widzialne znaki
mają ochronne właściwości" (32). Znany też jako
"bindi", jest często noszony przez kobiety w Indiach, dla oznaczenia
ich małżeńskiego stanu, lecz ma on szersze znaczenie, jako wyobrażenie "trzeciego
oka", najwyższego "mistycznego centrum" w człowieku.
Podobno powinien być "umiejscowiony pomiędzy i nieznacznie powyżej własnych
oczu", "często związane są z nim okultystyczne siły" (33). Co do jego
pochodzenia, Geoffrey Parrinder, w "Dictionary of Non-Christian Religions"
[Słowniku religii niechrześcijańskich] pisze:
"Hinduski
bóg Sziwa często jest przedstawiany z trzecim okiem (Tri-lochana) pośrodku
czoła, wpisanym lub zwieńczonym półksiężycem. Tym trzecim okiem zniszczył on
bogów podczas jednego z rozpadów wszechświata i spalił na popiół Kamę, bożka
miłości, aby wzbudzić miłosne myśli w Parvati, małżonce Sziwy, gdy ten zajęty
był ascezą..." (34).
"Vibhuti"
to: "prochy, którymi Sziwa pomazał swoje ciało, co stało się praktyką
naśladowaną przez wielu jego wyznawców" (35). Co się zaś tyczy indyjskich obyczajów przyjętych
przez jezuickich misjonarzy w osiemnastym stuleciu, o których wspomniano
mimochodem na początku tego artykułu, to wśród zakazanych przez Stolicę
Apostolską, jak pisze Ojciec Joseph Brucker SI w "The Catholic
Encyclopedia" [Katolickiej Encyklopedii], było "noszenie prochów i
emblematów na sposób pogańskich hindusów" (36). Opracowawszy
to dokładnie, Ojciec Brucker przytoczył treść Instrukcji Kongregacji Propagandy
Wiary skierowanej do wikariusza Stolicy Apostolskiej Pondicherry, dnia 15
lutego 1792 roku, wskazującej te zwyczaje, które mogły i te które nie mogły być
stosowane. W jej fragmencie czytamy: "Dekret kardynała de Tournona i
konstytucja Grzegorza XV pokrywają się w ten sposób, iż oba dokumenty
absolutnie zakazują noszenia jakichkolwiek znaków, choćby stwarzających
najmniejszy pozór zabobonu, lecz zezwalają na te, które są w powszechnym użyciu
jako ozdoby, wyraz dobrych manier i cielesnej czystości, a które nie mają
żadnego związku z religią" (37).
Podczas gdy
apologeci Jana Pawła II mogą kwestionować naturę znaku Tilak (chociaż jego
niereligijne użycie przez ludzi jest rzadkie – nie znaleziono na ten temat
żadnych informacji w źródłach wykorzystanych do napisania tego artykułu), to
prochy z krowich odchodów, którymi został on naznaczony nie dopuszczają żadnej
innej interpretacji. Są one też – można dodać – odpowiednim symbolem jego
fałszywego katolicyzmu.
Uniwersalna
religia Jana Pawła II
Podczas swojego
przemówienia w Kolegium św. Ksawerego w Kalkucie, Jan Paweł II wspomniał o
jednej ze "sławnych postaci" miasta – Swami Vivekananda, którego myśl
zacytował: "służba ludziom to służba Bogu". Wielu słysząc tę
uwagę odebrało ją, jako sugerującą dzieło Matki Teresy oraz jej [tak zwanych]
Misjonarek Miłości, gdyż mają one swoją siedzibę w Kalkucie. Lecz istnieje
inny, mniej oczywisty aspekt, niezwykle wstrząsający, który przeczy
wszystkiemu, co Stolica Piotrowa przez stulecia nauczała.
Swami
Vivekananda to najbardziej znany, najważniejszy przywódca Vedanta Society
– organizacji, która pod koniec XIX wieku sprowadziła "mądrość
Wschodu" do Stanów Zjednoczonych, a która w 1892 roku pojawiła się w
Światowym Parlamencie Religii w Chicago. Otworzyło to drzwi Yoganandzie,
Maharishowi, grupie Kriszny (Krishna Consciousness) i innym religijnym
najeźdźcom minionego wieku i przyniosło – jak relacjonuje "Roman Catholic"
– owacyjne przyjęcie w Kalkucie: "Głównym skutkiem [nauczania
Swamiego] była rewolucja w poglądach religijnych szerokiej grupy społecznej
wykształconych Amerykanów" (38). Takie międzyreligijne
spotkania zostały później potępione przez Watykan. To co papież Pius XI napisał
w Mortalium animos o fałszywym ekumenizmie wówczas tak zwanego
"panchrześcijańskiego ruchu" tym bardziej odnosi się do zgromadzeń,
które usiłują sprowadzić wiarę chrześcijańską do jednego poziomu z
niechrześcijańskimi wyznaniami: "(...) W tych nęcących i zwodniczych
słowach [o równości religii] tkwi jednak złowrogi błąd, który głęboko
rozsadza fundamenty wiary katolickiej".
To właśnie
Vivekananda nauczał, że hinduizm jest "matką religii", że
żadna inna religia się nie myli, jedynie znajduje się w posiadaniu niższej
prawdy, stąd wysnuwają następujący wniosek: "akceptujemy wszystkie
religie jako prawdziwe" (39). Skutkiem tego,
nie potrzeba żadnego nawracania: "Czyżbym pragnął, ażeby chrześcijanin
został hindusem?" – woła. "Niech Bóg broni. Czy chcę, ażeby
hindus albo buddysta został chrześcijaninem? Uchowaj Boże... Chrześcijanin nie
ma zostać hindusem czy buddystą, ani hindus czy buddysta nie powinien
przechodzić na chrześcijaństwo. Natomiast każda religia musi przyswajać ducha
innych wyznań, a tym samym zachowywać swoją indywidualność i rozwijać się
zgodnie ze swoim własnym prawem wzrostu" (40).
Czy różni się to
od mentalności kościoła soborowego? Weźmy, na przykład, następujący cytat:
"Jeżeli
spotykając się twarzą w twarz z Bogiem przyjmujemy Go w naszym życiu, wówczas
się nawracamy. Stajemy się lepszymi hindusami, lepszymi muzułmanami, lepszymi
katolikami, lepszymi, kimkolwiek byśmy nie byli, a wtedy, będąc lepszymi,
przybliżamy się do Niego coraz to bliżej i bliżej... Musimy zaakceptować to
czym Bóg jest w naszym umyśle. Lecz nie potrafię powstrzymać się w dawaniu
tobie tego co mam" (41).
Autorką tej
myśli jest Matka Teresa, a przyczyną tego twierdzenia jest przekonanie, że
wiara jest nieważna do zbawienia (jest to indyferentyzm), można się modlić do
Sziwy ("Musimy zaakceptować to czym Bóg jest w naszym umyśle")
a mimo to, tak długo jak człowiek wypełnia czyny miłosierdzia co do ciała, ma
zapewnioną wieczną szczęśliwość. Toteż, w jej zgromadzeniu są
"siostry", które są hinduskami. Jan Paweł II odwiedziwszy ją, miał
tylko słowa uznania dla jej działalności. Oczywiście, także podczas pobytu w
Indiach zapowiedział zwołanie Dnia Światowego Pokoju w Asyżu na następny rok.
Tam też usiłowano "przyswajać ducha innych wyznań" kiedy to
buddyści zbezcześcili kościół św. Piotra swymi pogańskimi obrządkami.
Warto zauważyć,
że Vivekananda traktował dosłownie swą uwagę o tym, iż "służba ludziom
jest służbą Bogu". Definiując ideał uniwersalnej religii, oświadczył: "...
ideałem jest to, że ty jesteś boski". "Ty jesteś Nim"
i "nikt nie jest większy", "uświadom sobie, że jesteś
Brahmanem" (42). Bardziej
przerażająca była jego obrona hinduizmu, rzekomo największej religii świata:
"Są
tacy, którzy drwią z istnienia Kali" – powiedział. "Któż może
powiedzieć, że Bóg nie przejawia się jako Zło, podobnie jak i Dobro? Lecz tylko
hindusi ośmielają się czcić go pod postacią zła". Powiedział także:
"czczę straszliwego! To błąd utrzymywać, że u wszystkich ludzi
przyjemność jest motywem działania. Całkiem wielu rodzi się po to by poszukiwać
bólu. Czcijmy grozę, dla niej samej… Jak niewielu odważyło się czcić Śmierć, Kali!
Czcijmy Śmierć!" (43).
I to właśnie
jest myślą "słynnej postaci" wychwalanej przez Jana Pawła II –
deklamacje diabelskiego obłąkańca! Hasło Vivekanandy "wszystkie religie
są prawdziwe" odbiło się echem w hinduskiej grupie ekstremistów, która
domagała się "publicznego oświadczenia od papieża, że wszystkie religie
są równe" (44). Zastosował się
do swoich panreligijnych deklaracji, oświadczając, że hindusi i inni poganie
"głoszą prawdę o człowieku".
Wszystko to co
przytoczono powyżej uzasadnia konkluzję, że "papież" Wojtyła nie
zachwiał się ani na jotę z bluźnierczym nonsensem, którym bluznął na Vaticanum
II: "Nie jest rolą Kościoła nauczanie niewierzących. Musi on szukać
ze światem tego co wspólne" (45). Zamiast
pragnąć przyprowadzenia niewierzących do światła Chrystusa, Jan Paweł II okazał
wielokrotnie, że cieszy się, iż pozostają oni tam gdzie są, a nawet łączył się
razem z nimi, cytując ich "świętych mężów" i ustanawiając podwaliny
pod niekatolicką, ogólnoświatową organizację religijną, w której różne sekty
będą wzajemnie "przyswajać ducha innych wyznań, zachowując jednocześnie
swą indywidualność i rozwijając się zgodnie ze swym własnym prawem wzrostu".
Wskazuje to na ciemnotę naszych czasów, iż po tak skandalicznej pielgrzymce do
Indii, jest on nadal czczony jako "Ojciec Święty".
Exsurge, Domine,
non praevaleat homo: judicentur gentes in conspectu tuo. V. In convertendo
inimicum meum retrorsum, infirmabuntur, et peribunt a facie tua (Ps. 9, 20. 4).
Laus Deo semper
––––––––––
Powyższy artykuł ukazał się
po raz pierwszy w języku angielskim na początku lat
dziewięćdziesiątych w czasopismach "Catholic Restoration"
i "Sacerdotium".
Tłumaczyła z języka angielskiego Iwona
Olszewska
––––––––––––––––
Przypisy:
(1) Victor J.F.
Kulanday, Poganization of the Church in India, wyd. 2, Madras 1988, s.
158.
(2) Ibidem, s. 159.
(3) Ibidem, ss. 18-19. W "Oficjalnym
Komentarzu", CBCI użyło celowo wykrętnej, dwuznacznej mowy, broniąc
punktów jako "pierwszego kroku w kierunku przystosowania" i
doradzając, że "wiernym należy pokazać, iż w żadnym razie nie
wprowadzamy hinduizmu do naszych kościołów, lecz tylko dostosowujemy indyjskie
sposoby wyrażania czci i kultu". Cyt., s. 23.
(4) J.P.M. van der Ploeg OP, cyt.,
ibidem, ss. 82-83.
(5) Ibidem, s. 173.
(6) Ibidem, ss.
XIV-XV.
(7) Cyt., Alden
Hatch, Pope Paul VI, wyd. 2, Nowy Jork 1966, ss. 195-196.
(8) Ibidem, s. 207.
(9) Ibidem, ss. 209, 210, 214.
(10) Te i inne cytaty z wizyty Jana
Pawła II w Indiach pochodzą z licznych tekstów przemówień, homilii i modlitw
opublikowanych w języku angielskim w wyd. "L′Osservatore
Romano" z 3 i 10 lutego 1986 r.
(11) Op. cit., s. 157.
(12) Ibidem.
(13) Walter
Abbot SI, The documents of Vatican II, Nowy Jork 1966, ss.
660-661.
(14) Ibidem, s.
662.
(15) Ibidem, ss.
661-662.
(16) (Rockford,
IL.: 1991), s. 25.
(17) Adresses
& Homilies on Ecumenism: 1978-1980, Waszyngton, D.C.: 1981, s. 101.
(18) Cyt., Clive
Johnson, Vedanta, Nowy Jork 1971, s. 219.
(19) Cyt.,
Kundalay, s. 169. W
tym samym miejscu autor pisze, że przy "hindusko-katolickich"
obrzędach liturgicznych wierni są zachęcani do "słuchania głosu Gandhiego,
którego natchnął Duch Święty". Jan Paweł II mówi zasadniczo to samo, tylko
bardziej podstępnie.
(20) Paramahansa
Yogananda, Man's Eternal Quest, Los Angeles 1982, s. 486.
(21)
"Hinduizm", The Catholic Encyclopedia, tom VII, s. 358.
(22) Wyd. 3-cie,
Oksford 1959, ss. 578, 581.
(23) L.S.S. O'Malley,
Popular Hinduism, Cambridge, Anglia, 1935, s. 16.
(24) Cyt.,
Ibidem, s. 15.
(25) Bob Larson,
Larson's New Book of Cults, Wheaton, IL: 1989, s. 68.
(26) Ibidem.
(27) Daniel Le
Roux, Peter, Lovest Thou Me?, Gladysdale, Australia, 1989, s. 155.
(28) Ibidem, ss.
155-156.
(29)
"Brahminism", The Catholic Encyclopedia, tom II, ss. 734-735.
(30) Nowy Jork
1972, s. 96.
(31) s. 57
(32) Margaret
& James Stutley, Harper's Dictionary of Hinduism, Nowy Jork 1977, s.
302.
(33) Edward
Rice, Eastern Definitions, Garden City, N.J.: 1978, s. 381.
(34) Filadelfia
1971, s. 281.
(35) Stutley, s.
331.
(36) Malabar,
t. IX, s. 561.
(37) Cyt.,
ibidem, ss. 561-562.
(38) Cyt.,
"Modern Theme Parks: Educating People for the New Age", tom XIII, nr
2, 1991, s. 7.
(39) Cyt., R. C. Zaehner, Hinduism,
Oksford 1984, s. 167.
(40) Cyt., ibidem, ss. 167-168.
Podkreślenie dodane.
(41) Cyt.,
Desmond Doig, Mother Teresa: Her People and Her Work, Nowy Jork
1976, s. 156.
(42) Cyt.,
Johnson, ss. 188, 193.
(43) Cyt., Rice, ss. 398-399. Podobny
cytat Vivekanandy pojawia się u Larsona: "Grzechem jest nazywać kogoś
grzesznikiem", s. 70.
(44) "Ceremony,
Protest, Ecumenism, mark pope's visit to India", Ecumenical News Service's
1986 compilation, artykuł 86.2.49.
(45) Cyt., Henri Fesquet, The Drama of Vatican II, tłum. Bernard Murchland, Nowy Jork
1967, s. 444.
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Cracovia MMXI, Kraków 2011
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
List Lavala byłego protestanckiego pastora w Condé sur Noireau
POWODY zniewalające licznych protestantów do powrotu na łono KOŚCIOŁA KATOLICKIGO ...
-
SEDEWAKANTYZM B P M ARK A. P IVARUNAS CMRI –––––––– Sedewakantyzm jest stanowiskiem teologicznym tych tradycyjnych katolików...
-
Leon XIII. Apostolicae curae – O nieważności święceń anglikańskich Z apostolską troską i miłością „Wielkiego Pasterza owiec, P...
-
Zjawy Faustyny Siostry Kowalskiej Wielu z Katolików, tak zwanych dobrej woli, zachwyciły przekazy z „Dzienniczka” Siostry Faustyny: ...



