ERRATA HISTORII
co do
PAPIESTWA
W KOLEI WSZYSTKICH WIEKÓW
STUDIUM KRYTYCZNE
KS. ANTONI KRECHOWIECKI
DOKTOR TEOLOGII
––––––––
CZĘŚĆ PIERWSZA.
Mniemana omylność Papieży w rzeczach wiary
––––––
II.
Arianizm i św. Liberiusz Papież. – Wigiliusz i V-ty
Sobór powszechny
"Chrztem krwi"
nazwał był Chrystus trzydniowe dzieje męki i śmierci swojej; słusznie też
chrztem krwi nazwać może katolicki Kościół, wierna Oblubienica Jego, trzy
pierwsze stulecia swojej egzystencji na ziemi. A gdy po trzystu latach mąk i ucisku
jego, ujrzał Konstantyn ze szczytu góry Mariusza (Monte Mario), promienne owe w
obłokach Labarum, była to jakby krew chrześcijan, co jak cicha rosa ku
niebiosom wzniesiona, rozlała się tam w kształcie tryumfującego krzyża (1).
I mógł teraz, zaprawdę, Kościół Chrystusowy z krzyżem
w ręku, wraz z Konstantynem na tron Cezarów wstąpić; mógł się przyodziać w
purpurę, po takim krwi synów swoich wylewie. Tylko że mu nie dano w spokoju
królować na ziemi. Pogromca pogańskiego zepsucia i despotyzmu, nie może jak
tryumfator pogański spocząć na zdobytych wawrzynach, gdyż ustawicznym
bojowaniem jest żywot jego na świecie. I oto jakby na jawny dowód tej prawdy,
skoro przestanie on walczyć o prawo do życia, do bytu, wnet nowy się bój
przeciw niemu podniesie o prawo i posiadanie
prawdy. Po walce z gnębicielami, katami, nastąpi, bez zwłoki, walka z
błędem, fałszywą nauką, herezją. Miejsce Nerona, Decjusza, Dioklecjana zajmą
teraz Ariusz, Macedoniusz, Eutyches, Nestoriusz, i kolejno miotać się będą na
całość jego dogmatów, czystość wiary, prawowitość boskich tradycyj. Fałsz
zgromadzi wokół siebie i potężne choć zbłąkane umysły, i wymowne usta czy
pióra, i całe narody i cesarzy i królów. Kościół, kierowany przez najwyższych
pasterzy, przeciwstawi im uroczyste wyroki powszechnych soborów, mądrość i
światło doktorów swoich, cnotę swoich świętych. I zwycięży znowu, i zbawi
chrześcijańską wiarę i cywilizację od tych barbarzyńców swojskich, jak nieco
później, zbawi ją od dzikich hord barbarzyńskich, co jak potok wezbrany, rozleją
się po państwie rzymskim, powszechne sprawiając zniszczenie.
Taki jest charakter szczególny tej drugiej epoki
Kościoła i świata, epoki herezyj, soborów i Ojców.
Papiestwo, podobnie jak w pierwszej, odpowie chlubnie
swojemu szczytnemu zadaniu.
Przebiegając uważnie dzieje tej nowej walki Kościoła,
widzimy, że wszyscy z kolei Papieże okazali się godnymi stanowiska najwyższych
mistrzów i przewódzców, wszyscy łączyli stałość wyznawców z cnotami świętych i
czystością nauki. Gdziekolwiek wróg uderzy, gdzie groźny nastąpi wyłom, wnet
ukazują się oni, niosąc obronę i świadectwo prawdzie swym głosem, powagą,
często piórem nawet.
Obrona prawdy katolickiej, zachowanie czystości i
nienaruszalności dogmatu, to jest ich główna w epoce tej działalności i
zasługa. Nie dziw, że herezja, duch nienawiści i fałszu, bądź współcześnie bądź
później na tym wyłącznie polu ścigać ich będzie, a jeśli nie wszystkim, bo
rzecz to niepodobna, toć niektórym przynajmniej pewne przeciw tej bronionej
nauce usterki, błędy wytykać. W tej to epoce szukać będą broni przeciw
papiestwu, przeciw jego nieomylności w
rzeczach wiary, wszyscy ówcześni i dalsi nieprzyjaciele tej najwyższej
magistralnej powagi, jak starzy heretycy, późniejsi gallikanie, najnowsi
antyinfallibiliści.
Ale na próżno. Wywołana przez nich dyskusja co do
prawowierności niektórych Papieży, zgromadzi tyle nieprzepartych dziejowych
świadectw, tak skutecznie wszelką rozproszy wątpliwość, iż faktyczna
nieomylność Papieży w materii religii, stanie się w oczach historii i krytyki,
niezachwianym odtąd pewnikiem. Mnogie a gruntownie uczone rozprawy i dzieła,
wykażą dowodnie, iż ci Papieże, przeciw którym podniesione były pewne w tej
mierze podejrzenia, nie mniej, niż inni, godni są czci i uznania
chrześcijańskiego świata.
Pierwszym takim Papieżem jest Liberiusz św., który rządził Kościołem Bożym od dnia 22 maja 352
r. do 24 września 366 roku. Panowanie jego zaliczyć można do dni najbardziej
burzliwych, jakie nam mogą przedstawić roczniki Kościoła. Dwa wielkie
prześladowania kolejno nim wstrząsały: pierwsze ariańskie, które Liberiusza na
wygnanie zawiodło i na chwilę w wątpliwym jakby świetle przedstawiło wiarę
Apostolskiej Stolicy; drugie, wszczęte przez Juliana Odstępcę, chytre,
podstępne, często krwawe, zakończone śmiercią tyrana, a zwycięstwem Boskiego
Galilejczyka.
Pierwsze z nich tylko wchodzi w zakres naszej
rozprawy.
Znane są smutne dzieje ariaństwa. Wiadomo, iż herezja
ta, godząca na świętą podstawę Chrystianizmu, na bóstwo Zbawiciela świata, Jego
współistotność z Ojcem, powstała za sprawą Ariusza, kapłana aleksandryjskiego w
dniach pierwszego tryumfu Kościoła, około 313 r., za czasów Konstantyna
Wielkiego Cesarza i Papieża św. Sylwestra I-go.
Wcześnie bo już w 325 r., potępiona uroczyście przez
powszechne zgromadzenie Kościoła na Soborze Nicejskim, byłaby niechybnie bez
powrotu zginęła, gdyby Konstantyn gorliwy przedtem opiekun Kościoła i
katolickiej nauki nie dał się później uwikłać intrygom ariańskim, z których zaledwo
przed śmiercią, na widok ohydnego zgonu herezjarchy i upomnienia św. Antoniego
pustelnika otrząsnąć się zdołał. Wspierana następnie z uporem i namiętnością
przez wschodnich cesarzy, utrzymywana duchem najzawziętszej nienawiści i
fanatyzmu, narzucona wielu barbarzyńskim narodom, stała się ona straszną klęską
Chrześcijaństwa, przeciągłą, bo trzy niemal trwała stulecia, niejednokrotnie
krwawą i prawdziwie pogańskim tchnąca uciskiem, wreszcie tak powszechną, iż jak
świadczy Hieronim św. był dzień, w którym świat cały jęknął ujrzawszy się
ariańskim.
Św. Atanazy, za czasów Nicejskiego Soboru diakon, a
później biskup i patriarcha Aleksandryjski, był, jak wiadomo, duszą sprawy
katolickiej, głównym bohaterem i ofiarą walki z arianizmem. Słusznie uczony Moehler
całą tę epokę, którą mistrzowskim skreślił piórem, imieniem wielkiego świętego
oznacza (2). Na niego to więc głównie uderzała złość arianów; ku niemu skierowane
były najsilniejsze pociski, i wszystko, co jedno wynaleźć potrafił duch
potwarzy, wściekłości, użytym zostało, aby go obalić i zgubić. Już za
Konstantyna wygnany ze stolicy swojej, ścigany przez dwóch najpotężniejszych a
wielkiego wpływu u dworu popleczników arianizmu, biskupów Euzebiuszów z
Nikomedii i Cezarei, najprzewrotniej sądzony i potępiany na zborzyszczach
ariańskich, jak w Tyrze w 335 roku, za wolą wszakże cesarza, którą był przed
śmiercią wyraził, przez syna jego Konstansa, kościołowi swojemu przywróconym
został. Nie długo dobry pasterz mógł przebywać wśród wiernej i ukochanej
owczarni. Konstancjusz, władca Wschodu, a rychło, spadkobierca całego państwa rzymskiego,
który wraz z cesarską godnością odziedziczył był po ojcu wszystkie wady jego,
nie posiadając żadnego z wielkich jego przymiotów, stał się, pod kierunkiem
Euzebiusza Nikomedyjskiego, otwartym patronem i wyznawcą arianizmu. Niedołężny,
tchórzliwy w boju z wrogami cesarstwa, odważnym i wytrwałym się okazywał on
tylko w utarczkach teologicznych, w walce z katolicką nauką. Atanazy był mu
stokroć ponętniejszym przeciwnikiem, niż Persowie lub barbarzyńcy. Pełen
zresztą pogańskiej dumy, próżności, lubował się w nikczemnym pochlebstwie,
hołdach okazywanych mu przez arianów, przyjmując chętnie z ust ich tytuł
"przedwiecznego", którego wraz z nimi Chrystusowi zaprzeczał. Toteż
wypłacając się im wiernie za to nędzne dworactwo, sam się ich zbyt usłużnym stawał
narzędziem.
Skoro więc, po zabiciu Konstansa przez uzurpatora
Magnencjusza i po stłumieniu buntu tego ostatniego, Konstancjusz sam został
panem olbrzymiego cesarstwa, arianizm wraz z nim zatryumfował, przemocą
ścigając katolickich biskupów, a w szczególności Atanazego. Święty ten pasterz,
ponownie potępiony w Antiochii, i gwałtem wytrącony ze stolicy swojej, wrócił
był znów do Aleksandrii, na mocy uchwały Papieża Juliusza i soboru rzymskiego.
Uznany za niewinnego, pochwalony w świetnej encyklice papieskiej, otoczon czcią
i poszanowaniem wszystkich całego świata katolików, lat już kilka spokojnie
sprawował rządy swojego kościoła, w ścisłej jedności z Apostolską Stolicą. Nie
dziw, iż widok taki nie dawał spoczynku nienawistnym mu do końca sekciarzom. Arianie
jęli się znów oskarżać go przed cesarzem, obrzucając najniegodziwszymi
potwarzami. Atanazy, według nich, miał z umysłu na przekór Konstancjuszowi,
zyskiwać sobie względy Konstansa, a potem Magnencjusza, pisując doń i
utrzymując z nim ciągłe stosunki; bez udziału cesarza, poświęcił jeden z
kościołów Aleksandrii, cesarskim zbudowany kosztem, wreszcie, stronnictwo ich
miało się znajdować, skutkiem intryg i wpływów św. biskupa, w najsmutniejszym
upadku, a cesarz i ulubieńcy jego publicznie zwać się przezeń heretykami itp.
Nie wiele też było potrzeba, by wzbudzić srogą ku sobie nienawiść ze strony
Konstancjusza. Wiedzieli o tym arianie i dlatego nie wysilali się zgoła na
bardziej prawdopodobne zarzuty.
Cesarz natychmiast odwołał się do Rzymu, żądając
potępienia Atanazego. Było to w 352 roku, w chwili właśnie, gdy na Stolicy
Apostolskiej, owdowiałej śmiercią św. Juliusza Papieża, zasiadł nowowybrany
Liberiusz. Był on Rzymianinem; wyświęcony na diakona przez św. Papieża
Sylwestra, odznaczał się głęboką pokorą i innymi cnotami w spełnieniu
obowiązków swojego urzędu. Wybrany na Chrystusowego Namiestnika, długo opierał
się i wzbraniał przyjąć najwyższą tę godność i najcięższe zarazem brzemię na
ziemi. Czy miał on przeczucie burz, jakie miały wkrótce uderzyć na łódź
Piotrową, czy szedł tylko za właściwym sobie skromności uczuciem? Historia nie
rozstrzyga tego, lecz skrzętnie zapisała ten chlubny opór jego, w epoce, w
której pisarz pogański, Ammian Marcellin,
pisał o papiestwie: "Gdy patrzę na świetność Stolicy Rzymskiej, łatwo
pojmuję przez ile tam intryg dojść trzeba. Biskupi miasta tego osypywani są
darami najznakomitszych matron rzymskich; widzimy ich występujących publicznie
na złocistych wozach, odzianych pysznymi szatami; ich obiady przechodzą
wspaniałością królewskie uczty" (3).
Jakkolwiek przesadny to obraz, wyszły z pod
niechętnego pióra pogańskiego pisarza, ukazuje on jednak niepoślednią zasługę
skromnego diakona, który zrzekał się takiej godności. Imię Liberiusza,
przedmiot dyskusji pomiędzy ludźmi, ma tę przynajmniej, niezaprzeczoną już
chwałę przed Bogiem.
Toteż powszechna była radość duchowieństwa i ludu z
dokonanego wyboru, gdy nagle, zakłóciło ją groźne cesarza w sprawie Atanazego
św. wezwanie. Papież pospieszył odpowiedzieć nań, w duchu prawdziwie apostolskim.
Zgromadził on sobór w Rzymie, na którym czytano listy cesarskie i odezwy
biskupów Egiptu, głoszących jednomyślnie niewinność św. patriarchy. Zapadł więc
wyrok następujący: iż potępić biskupa, którego wiara wyznaniem jest całego
Kościoła, a cnoty przedmiotem podziwu chrześcijańskiego świata, byłoby to
zdeptać wszelkie prawa Boskie i ludzkie. Tejże treści było pismo Liberiusza
przesłane Konstancjuszowi. Cesarz otrzymawszy je wpadł w gniew szalony i
natychmiast ogłosił wyrok skazujący na wygnanie wszystkich, którzy by się
opierali potępieniu Atanazego. W nadziei złagodzenia Konstancjusza, Liberiusz
wysłał doń, jako legata, Wincentego z Kapui, który, wraz z Hozjuszem biskupem
Korduby, w imieniu Papieża Sylwestra przewodniczył był naradom Nicejskiego Soboru.
Posłannictwem jego było obecnie skłonić cesarza do zgodzenia się na zwołanie
nowego powszechnego synodu w Akwilei któryby raz na zawsze, nieodwołalnie,
zakończył nieustające wciąż spory. Wincenty spotkał Konstancjusza w Arelacie
(Arles), kędy, towarzyszący mu we wszystkich podróżach, ariańscy biskupi,
zgromadzili się byli w zborzyszcze w zamiarze potępienia św. patriarchy
Aleksandryjskiego. Na nieszczęście, legat papieski, uwikłany intrygami dworzan,
przerażony groźbami, niepomny charakteru swojego i posłannictwa, uległ nędznie
ariańskim podszeptom i nie zawahał się podpisać wyroku klątwy, rzuconej na św.
Atanazego. Inaczej postąpił św. Paulin biskup Trewiru (Trèves) dając
przykład bohaterskiego oporu. Toteż wygnany do Frygii, w pięć lat potem chwalebnego
dokonał żywota, jako niezłomny wyznawca prawdy i sprawiedliwości. (358) (4).
Nikczemny upadek legata żywo dotknął serce Liberiusza
Papieża. Widzimy to z listu jego, pisanego podówczas do Hozjusza, w którym tak
się wyraża: "Liczyłem wiele na jego poselstwo. Był on osobiście cesarzowi
znanym, gdyż uprzednio zanosił mu akta Soboru odbytego w Sardyce. A tymczasem
nie tylko nic nie uzyskał, lecz dał się uwieść opłakanej słabości. Jestem
podwójnie tym strapiony, i proszę Boga, aby mi dozwolił umrzeć raczej, niż
posłużyć ku tryumfowi niesprawiedliwości" (5). Podobnież pisał Papież i do
Fortunacjana, biskupa Akwilei, którego wysoko cenił i do Euzebiusza z Vercelli,
który świeżo wybrany na tę Stolicę, pierwszy na Zachodzie, połączył życie
zakonne z czynną pracą kapłańską.
Nie przestając na wezwaniu rady i modlitwy tych
świętych mężów, Liberiusz posłał Lucyfera biskupa z Cagliari (Sardynia),
kapłana Pankracego i Hilarego diakona z listem do cesarza, w którym z wielką
stałością i odwagą, potępił postępek Wincentego, nalegając ponownie o zwołanie
powszechnego Soboru w celu zbadania stanowczego kwestii i jak się wyraża Papież,
"zachowania w całej czystości tej wiary, którą Kościół katolicki
jednogłośnie orzekł, w obecności świętej i chwalebnej pamięci ojca twojego, Konstantyna
Wielkiego" (6).
Cesarz zgodził się na zgromadzenie Synodu i jako
miejsce dlań naznaczył Mediolan. Konstancjusz nigdzie się tak nie czuł
zadowolonym, jak wśród teologicznych dyskusji i w zgromadzeniu biskupów,
których miał zawsze nadzieję skłonić, chytrością lub przemocą, do potwierdzenia
swoich opinij. I nie sromali się też biskupi ariańscy iść ślepo, w przedmiotach
wiary, za zdaniem tego ukoronowanego teologa, który podówczas nie przyjął był
jeszcze chrztu św. i nie był nawet katechumenem.
Zgromadził się więc Sobór w Mediolanie, w początkach
roku 355, licząc trzystu przeszło biskupów zachodnich, a znacznie mniejszą
liczbę ze Wschodu. Trzej papiescy legaci przewodniczyli mu, w imieniu
Liberiusza, ci sami mianowicie, którzy uprzednio wysłani byli do Konstancjusza.
Zachowane były wszelkie formy, ale brakło podstawy: gwałtowność i burzliwe
sceny wywoływane przez cesarza odjęły Soborowi wszelką swobodę działania. Zaraz
na wstępie Euzebiusz biskup z Vercelli wezwał wszystkich Ojców do podpisania
Symbolu Nicejskiego, aby następnie, w jedności wiary, przystąpić do
rozstrzygnięcia spraw innych. Lecz skoro biskup miejscowy Dionizy, spełnić
chciał akt ten konieczny, jeden z ariańskich biskupów, imieniem Walent, wyrwał
mu gwałtownie z rąk pióro i papier i wszczął straszną wrzawę, tak iż lud wokół
kościoła zgromadzony, wołał w przerażeniu: "że biskupi zdradzają
wiarę!". W obawie buntu, cesarz przeniósł posiedzenia Soboru do sal
pałacowych, czym resztę mu odjął swobody. Konstancjusz przedstawił Ojcom
własnoręczne pismo, z wyznaniem wiary ariańskim i żądaniem, aby zostało ono
uchwalonym jako obowiązujące dla wszystkich Kościołów państwa. Wtedy powstał
Lucyfer, legat papieski, i świętym przejęty oburzeniem, zawołał: "Gdybyś
nawet Cesarzu, uzbroił przeciwko nam wszystkich żołnierzy swoich, nie zmusisz
nas nigdy do wyrzeczenia się wiary Nicejskiej i podpisania bluźnierstw
Ariusza!". "Ja, odrzekł Konstancjusz, występuję sam, jako oskarżyciel
Atanazego, musicie więc uwierzyć w prawdziwość twierdzeń moich". "Nie
idzie tu, odpowiedział Lucifer z innymi biskupami katolickimi, o sprawę jakąś
doczesną, w której by powaga cesarza była rozstrzygającą, lecz chodzi o wyrok
kościelny, który ma być wydany z bezstronnością jednaką dla oskarżonego i
oskarżyciela. Atanazy jest nieobecnym; nie może być potępiony bez wysłuchania.
Ustawy Kościoła sprzeciwiają się temu". "To czego ja chcę, zawołał
wściekły Konstancjusz, powinno być dla was ustawą. Biskupi Syrii (arianie)
uznają to; uznajcież i wy, albo będziecie wygnani!". Niektórzy historycy
dodają, iż cesarz zapalony gniewem, miecza dobył, rzucając się na biskupów.
Bądź co bądź, nazajutrz, groźba cesarska została spełnioną: trzej papiescy
legaci i Euzebiusz z Vercelli zostali uprowadzeni na wygnanie, wśród tłumów
ludu, płaczącego nad rozłąką z prawymi pasterzami. Hilary diakon, którego
stałość najbardziej się nie podobała, został nadto publicznie wychłostany
rózgami. Prześladowanie rozlało się po całym państwie. Św. Atanazy schronił się
na puszczę; niewiasty i dziewice chrześcijańskie w Aleksandrii niegodnie
zostały znieważone; czterdziestu sześciu biskupów wygnano z ich stolic,
ogłaszając jako winnych obrazy majestatu wszystkich wyznawców współistotności
Syna Bożego z Ojcem (ομοούσιος, consubstantialis) i wielka liczba wiernych
zyskała chwałę męczeństwa.
Liberiusz przesłał wygnanym biskupom list pełen
najrzewniejszej miłości: "Jakież wam pochwały dać mogę, pisze im Papież,
dzieląc serce moje pomiędzy dwa uczucia bólu z powodu waszej nieobecności, i
radości z chwały jaka was spotkała? Najlepszą pociechą którą wam przynieść
mogę, jest, abyście zechcieli uważać mnie jako wespół wygnanego z wami.
Pragnąłbym, ukochani bracia, pierwszą stać się za was wszystkich ofiarą i dać
wam przykład chwały, którąście pozyskali, ale przywilej ten stał się waszych
zasług nagrodą. A ponieważ staliście się tak bliższymi Boga, wspierajcie mnie
waszego brata i sługę, abyśmy cierpliwie znieść mogli te gwałty, którymi nam
grożą z dnia na dzień i srogie rany zadają" (7).
Rychło też pogróżki, o których mówi tu Papież, ziściły
się zmieniając się dlań w otwarte prześladowanie. Urzędnik dworu Konstancjusza,
rzezaniec Euzebiusz, który swoim wpływem zawładnął tak słabym umysłem cesarza,
iż mówiono z ironią "że Konstancjusz wielką ma łaskę u Euzebiusza", wysłany
był przezeń do Rzymu w celu, aby zmusił Liberiusza do podpisania wyroku
potępienia Atanazego. Lecz ani dary, ani groźby nie zdołały zachwiać wielkiej
duszy Papieża. Wtedy Euzebiusz otrzymał reskrypt od gubernatora Rzymu,
nakazujący przenieść Liberiusza do Mediolanu, gdzie przebywał Konstancjusz.
Papież, jak świadczy św. Atanazy, porwany był w nocy z trudnością wielką, z
obawy ludu, który go bardzo miłował (8). Cesarz sam podjął się skłonić Papieża do swoich
zamiarów. Opis tej rozmowy stanowi niewątpliwie jedną z najpiękniejszych kart
historii papiestwa. Toteż go przytaczamy niemal dosłownie, ze świadectwa
Teodoreta biskupa, który jak wiadomo żył w początkach następnego wieku.
"Cesarz:
Ponieważ jesteś chrześcijaninem i biskupem naszego miasta, poczytaliśmy za
rzecz słuszną wezwać cię i upomnieć, abyś zrzekł się tego przeklętego
szaleństwa, jedności z bezbożnym Atanazym. Cały świat go za takiego osądził i
odrzuconym został od społeczności Kościoła wyrokiem soboru w Mediolanie.
Liberiusz: Panie, wyroki kościelne powinny być wydawane z
wielką sprawiedliwością. Nakaż więc aby ustanowiono trybunał, a jeśli Atanazy
uznany zostanie za winnego, wyrok jego ogłoszony będzie stosownie do ustaw
kościelnych, gdyż my nie możemy potępić człowieka, któregośmy nie sądzili.
Cesarz: Cały świat potępił jego bezbożność; on usiłuje tylko
zyskać na czasie, jak to zwykle czynił.
Liberiusz: Wszyscy ci, którzy podpisali wyrok potępiający go,
nie widzieli własnymi oczyma tego co się działo; byli oni tylko zwiedzeni żądzą
chwały, jakąś im przyrzekał, lub obawy niesławy którą im groziłeś.
Cesarz: Co to rozumiesz przez chwałę, obawę i niesławę, o
której wspominasz?
Liberiusz: Wszyscy, którzy nie miłują chwały Bożej, przenosząc
nad nią dobrodziejstwa twoje, potępili bez sądu tego, którego nie widzieli; to
nie przystoi chrześcijanom.
Cesarz: Wszak był on sądzony na soborze odbytym w Tyrze,
gdzie był obecnym, a jednak wszyscy go biskupi potępili.
Liberiusz: Nigdy on nie był sądzony w obecności swojej, w Tyrze
potępiono go bez powodu i to w chwili, kiedy się był oddalił.
Biskup Epiktet (przytomny rozmowie): Panie, czyż nie widzisz, że nie
w interesie wiary lub sądów kościelnych mówi tak Liberiusz, ale aby się mógł
pochwalić w Rzymie, wobec senatorów, iż pokonał cesarza.
Cesarz: Za kogoż to się poczytujesz na świecie, iż sam
śmiesz występować z tym bezbożnikiem, aby zakłócać spokój wszystkich.
Liberiusz: Gdybym w istocie sam tylko występował w tej mierze,
sprawa wiary nie upadłaby przeto.
Eunuch Euzebiusz także obecny: Czy masz cesarza za Nabuchodonozora?
Liberiusz: Nie, lecz i ty nie zbyt rozsądnie poczynasz sobie,
żądając abym potępił człowieka, którego nie osądziłem. Ja żądam aby, przede
wszystkim, powszechnym podpisem stwierdzono wyznanie wiary Nicejskie, następnie,
aby wrócono z wygnania wszystkich braci naszych, a wtedy dopiero aby
zgromadzono sobór w Aleksandrii dla osądzenia Atanazego.
Cesarz: Co raz uchwalonym zostało, nie może być obalonym,
sąd większej części biskupów powinien przemóc, ty sam tylko upierasz się w
przyjaźni dla tego bezbożnika.
Liberiusz: Panie, nie słyszeliśmy nigdy, aby w nieobecności
oskarżonego, wolno było sędziemu, jako osobistemu nieprzyjacielowi jego zwać go
bezbożnym.
Cesarz: Obraził on wszystkich w ogóle a mnie w szczególności
i bardziej niż innych. Toteż więcej się cieszę iż oddaliłem zbrodniarza tego od
spraw Kościoła, niż z dokonanego nad Magnencjuszem zwycięstwa.
Liberiusz: Panie, nie używaj biskupów za narzędzie zemsty nad
nieprzyjaciółmi twoimi; ręce duchownych powinny służyć ku błogosławieństwu i
uświęcaniu. Rozkaż, jeśli chcesz, aby biskupi wrócili do stolic swoich, a jeśli
zgodni będą w wyznaniu prawej wiary Nicejskiej, niech się zgromadzą w celu
zabezpieczenia powszechnego pokoju. Lecz niech to nie wygląda tak, iż chcą
raczej zgnębić niewinnego.
Cesarz: Idzie tu o rzecz jedną tylko: ja cię odeślę do
Rzymu, skoro się zgodzisz z innymi kościołami. Ustąp dla dobra pokoju, podpisz
i wracaj do Rzymu.
Liberiusz: Jużem się pożegnał z braćmi Rzymskimi, boć ustawy
Kościoła przenoszę nad pobyt w Rzymie.
Cesarz: Masz trzy dni do rozwagi i wyboru pomiędzy
podpisaniem i powrotem do Rzymu, a obraniem sobie miejsca, gdzie zostaniesz
wygnany.
Liberiusz: Ani trzy dni, ani trzy miesiące nie zmienią
postanowienia mojego; poślij mnie, gdzie ci się podoba".
Po dwóch dniach Konstancjusz wezwał do siebie
Liberiusza, a ponieważ Papież niezachwianie trwał w świętym przedsięwzięciu,
skazał go na wygnanie do Berei w Tracji. Skoro wyszedł Liberiusz, cesarz posłał
mu w darze pięćset sztuk złota na utrzymanie. "Idźcie, rzekł Papież tym,
którzy mu je przynieśli, oddajcie cesarzowi, on tego potrzebuje dla wojska
swojego". Toż samo powtórzył, gdy mu podobną ofiarę ze strony cesarzowej
wręczano. W końcu rzezaniec Euzebiusz chciał także Liberiuszowi dar złożyć
pieniężny. Papież nie przyjął go dodając: "tyś spustoszył kościoły świata,
a mnie jak zbrodniarzowi przynosisz jałmużnę; idź z nią, a zacznij od przyjęcia
chrześcijaństwa!". I nic zgoła nie wziąwszy, w trzy dni potem, udał się na
wygnanie (9).
Herezja jawny odniosła tryumf. Zaledwo Liberiusz
opuścił Włochy, cesarz nakazał stronnictwu ariańskiemu przystąpić do wyboru
antypapieża. Wola Konstancjusza spełnioną była, i Feliks, archidiakon Kościoła
Rzymskiego nieprawnie wybrany i poświęcony został. Lud nie chciał wchodzić w
żaden stosunek z uzurpatorem papieskiej godności, któremu zresztą, w ślad za
starożytnością Kościoła, winniśmy oddać tę sprawiedliwość, iż jakkolwiek
sprzyjał arianom, nie wyrzekł się wszakże wyznania wiary orzeczonego w Nicei i nieposzlakowanych
był obyczajów (355 r.).
Tymczasem czcigodni wygnańcy z mocą i wytrwałością
wielką bronili katolickiej sprawy, tak pognębionej niemal powszechnie. Z
rozlicznych krańców świata, kędy zagnał ich szalony w uporze i złości
Konstancjusz, podnosili oni głos swój na świadectwo dogmatu prawdziwej wiary.
Euzebiusz z Verceil, Hilary z Poitiers, Atanazy z przedziwną gorliwością
mnożyli swe usiłowania w tej mierze, przesyłając, z głębi wygnania wiernym
swoim listy, traktaty całe z wyjaśnieniem katolickiej nauki a zawstydzeniem
ariańskiego błędu. Znany Hozjusz biskup z Korduby, stuletni już prawie starzec,
czynny brał udział w pracach tych znakomitych apologetów. Przesłał on nadto
cesarzowi pismo pełne godności i mocy, w którym przedstawiając w jasnym świetle
niecne knowania arianizmu zaklinał go, aby zaniechał prześladowania
katolickiego Kościoła. Konstancjusz, w odpowiedzi na tę świetną protestację, za
poduszczeniem heretyków, nakazał przenieść sędziwego biskupa do Sirmium, kędy się
byli zgromadzili arianie dla ułożenia siódmego już z kolei wyznania wiary. Nowa
formuła otwarcie hołdując kacerstwu, odrzucała nie tylko wyraz katolicki,
uchwalony na Soborze Nicejskim: współistotny
(ομοούσιος, consubstantialis), ale nawet inny używany
podstępnie przez niektórych arianów: podobnieistotny
– (ομοιουσιος, similis substantiae), zastępując je
wyrażeniami oznaczającymi iż Syn Boży odmiennej jest natury niż Ojciec.
Hozjusz, rok cały w surowym trzymany więzieniu, zgrzybiały wiekiem a znękany
więzieniem, uwikłany siecią intryg ariańskich uległ, nareszcie, podpisał nową
formułę, mrocząc tak długą i chwalebną swą przeszłość. Upadek znakomitego
patriarchy niecąc żywą boleść w sercach wiernych, odbił się echem prawdziwej
żałoby w całym katolickim Kościele. A gdy znów zbytnio tryumfowali arianie, oto
co pisał o tym, jeden z świętych współczesnych biskupów, Phebadus z Agen: "Wiem iż nam przeciwstawiają, jako
niezłomną powagę, imię Hozjusza z Korduby, najsędziwszego z biskupów, a którego
wiara tak zawsze stałą i bezpieczną była. Ale tu jedno jest z dwojga: albo
wielki ten człowiek myli się obecnie, albo zawsze był w błędzie. A w jednym lub
drugim wypadku, jakaż być może jego powaga? Cały świat wie, jakie były zasady
jego aż do najpóźniejszego wieku; nikomu też nie tajno, z jaką stałością
wyznawał on wiarę katolicką w Sardyce i w Nicei, i z jakim zapałem potępiał
wówczas naukę Ariusza. Jeśli teraz on wyznaje to co przedtem potępiał, a
potępia to, co przedtem wyznawał, znak to jest, iż powaga jego w rzeczach wiary
jest żadna. Gdyż jeśli zostawał w błędzie w przeciągu 90 lat przeszło, któż
mnie przekona, że to, co obecnie po 90 latach wyznaje, jest prawdą? Powaga więc
jego nie ma mocy żadnej, bo sama siebie obala" (10).
Z umysłu przeto przytoczyliśmy tu ten ustęp, dla
pokazania jak głośnym był upadek Hozjusza, i jak się nim chełpili, choć w
gruncie bezskutecznie, arianie.
Wróćmy teraz do Liberiusza Papieża. Dwa lata trwało
jego wygnanie. Teodoret opowiada szczegółowo, w jaki sposób się zakończyło.
Przy końcu kwietnia roku 357 Konstancjusz odbył
uroczysty wjazd do Rzymu, jako zwycięzca Magnencjusza którego był przed sześciu
laty pokonał. Korzystając z tego, niewiasty zacne, małżonki urzędników i
dygnitarzy państwa, prosiły mężów swoich, aby wstawili się do cesarza o powrót
wygnanego Papieża. Lud nie mógł się uspokoić po rozstaniu się z prawowitym i
ukochanym namiestnikiem Chrystusa, nie mogąc znieść antypapieża Feliksa.
Mężowie ci jednak odpowiedzieli, iż się lękają gniewu monarchy, że srogi książę
nic nie przebaczy mężczyznom, że raczej same prosić go o to powinny, a jeśli
skutku swej prośby nie uzyskają, to przynajmniej żadnych złych następstw na
siebie nie ściągną. Kobiety poszły za tą radą i stanęły przed cesarzem, odziane
z wielką wspaniałością, aby tym przepychem więcej względów pozyskać, i błagały
Konstancjusza o litość nad miastem, pozbawionym swego pasterza a narażonym na
zniewagi "wilków". Cesarz odrzekł zrazu, iż Rzym posiada w osobie
Feliksa, zdolnego do zarządu pasterza, ale na dalsze nalegania matron
rzymskich, przedstawiających mu, iż nikt nie wchodzi nawet do kościoła, w
którym się znajduje Feliks, dał się uprosić i nakazał, aby odwołano Liberiusza
i dozwolono mu zarządzać Kościołem wespół z antypapieżem Feliksem. Listy
cesarskie, polecające to odwołanie przeczytano publicznie w cyrku, na co lud
ironicznie zawołał, iż rozkaz ten słuszny jest, a ponieważ w cyrku dwa
przewodniczą stronnictwa dwóch różnych kolorów (11) każde z nich będzie miało
swojego pasterza. Następnie, obróciwszy tak w śmieszność rozporządzenie
cesarskie, wszyscy jednogłośnie krzyknęli: "Jeden Bóg, jeden Chrystus i
jeden Papież!".
Konstancjusz po wielu wahaniach a rozruchach ze strony
ludu uległ opinii publicznej. Podziwienia godny Liberiusz wrócił do Rzymu w 358
r. a Feliks do innego miasta ustąpił (12).
Tak opowiada Teodoret. Historyk ten wchodzi tu w tak
drobne szczegóły, iż niepodobna nie przypuścić, iż skreśliłby także upadek
Liberiusza, gdyby ten istotnie miał miejsce. W tej to bowiem epoce umieszczają
niektórzy rzekomy wypadek podwójnego zachwiania się Papieża: mianowicie
podpisanie z jego strony wyroku potępienia na św. Atanazego i przyjęcie
ariańskiej formuły wiary, – wypadek oparty jakoby na świadectwach śś.
Hieronima, Hilarego, Atanazego i samegoż Liberiusza.
Oto jak go opisuje Fleury
w swojej historii kościelnej.
"Papież Liberiusz zostawał dwa lata na wygnaniu,
którego surowość do tego stopnia wzrastała, iż odjęto mu diakona, imieniem Urbicusa,
którego miał przy sobie. Fortunacjan, biskup Akwilei, pierwszym był, który
nalegał nań, aby uległ woli cesarskiej, i nie zostawił go w pokoju, aż zanim
wymógł ten podpis. Demophil, biskup Berei, gdzie się wygnany Liberiusz
znajdował, przedstawił mu wyznanie wiary ułożone w Sirmium, a mianowicie,
według najprawdopodobniejszej opinii, formułę pierwszą ułożoną przeciw
Photinowi (13) na Soborze z r. 351, na którym znajdował się też
Demophil, a która chociaż odrzucała wyrazy: współistotny
i podobnej istoty, ale mogła
być bronioną w duchu katolickim, jak bronił jej św. Hilary. Liberiusz
potwierdził ją i podpisał jako katolicką, wyrzekł się jedności z Atanazym a
zjednoczył się ze Wschodnimi, to jest arianami" (14).
Fleury który jako jawny wyznawca zasad gallikańskich,
nie podejrzanym jest o stronnicze dla Stolicy Apostolskiej względy, wyznaje
zatem 1) iż Liberiusz nękany był wygnaniem i natarczywością owych biskupów, a
2) co ważniejsza, że formuła wiary podpisana przezeń mogła być uważaną za
katolicką jak też uważaną była przez znakomitego ojca i doktora Kościoła św.
Hilarego, pogromcę ariańskiego błędu.
Bossuet, który, jak wiadomo, głównie podniósł dyskusję co do
upadku Liberiusza, opierając na niej, jako na przeważnym dowodzie, błędne
gallikanów opinie, tak znów mówi w tej kwestii:
"Rzeczą pewną jest, iż Papież Liberiusz zakończył
długi pontyfikat swój w ścisłej jedności z
najświętszymi biskupami Kościoła, ze śś. Atanazym, Bazylim i innymi
tejże zasługi i sławy. Wiadomo, iż chwalonym jest przez św. Epifaniusza i św.
Ambrożego, który po dwakroć zwie go Papieżem świętej pamięci i z tąż pochwałą
umieszcza w jednej z ksiąg swoich, całą przemowę tego Papieża, w której głosi
on jawnie wieczność, wszechmocność, jednym słowem bóstwo Syna Bożego i
doskonałą równość Jego z Ojcem. Nie mniej wiadomo, na podstawie wypadków, że
Liberiusz uległ tylko otwartej przemocy i
że sam, z własnego natchnienia, wrócił później do należnych usposobień: (il
est retourné à son devoir). Oto są dwa wielkie fakty, których nie
należy pomijać, gdyż zgoła obalają one wszelką trudność. Wiadomo nareszcie, ze
stałego świadectwa św. Atanazego i wszystkich współczesnych pisarzy, iż
Konstancjusz sprawił wielki przelew krwi i że ci którzy się opierali woli jego
w sprawie arianizmu, mogli się wszystkiego odeń obawiać, tak był w tej herezji
upartym. Nie mówię tego dla wytłumaczenia Liberiusza, lecz aby wiedziano, iż wszelki akt wymuszony jawnym gwałtem żadnej nie
ma wagi na mocy wszelkiego prawa i protestuje sam przeciw sobie" (15).
Następnie co do formuły podpisanej przez Liberiusza Papieża, Bossuet tak się wyraża:
"Zamiarem naszym nie jest wchodzić w dyskusję co
do formuł wiary układanych w Sirmium. Najbardziej uczeni ludzie wahali się w
tej kwestii i nie chcieli nic stanowczego w tym orzec. Co do nas, przechylamy
się do tego zdania, iż Liberiusz podpisał
najniewinniejszą z tych formuł. Nie mniej wszakże pewną jest rzeczą, że
Papież bardzo źle uczynił, on, co znając wybiegi i błędy arianów, podpisał
wyznanie wiary, w którym tajono, że Chrystus jest współistotnym z Ojcem" (16).
Taki był, według Bossueta i całej gallikańskiej
szkoły, upadek Liberiusza Papieża. Na nim to oparci, nieprzyjaciele
nieomylności papieskiej, przeczą jej, snując stąd faktyczne jakoby zaprzeczenie
tego boskiego przywileju, udzielonego, w rzeczach wiary, Stolicy Apostolskiej!
Zdrowy wszakże rozsądek czytelnika, odrobina logiki
wystarczą tu, zaprawdę, by poznać całą nicość podobnego zarzutu.
Przyjmując nawet, bowiem, fakt upadku Liberiusza Papieża,
który dla nas, bardziej jest, niż wątpliwym, owszem, zgoła nie istniejącym,
czyż podobna widzieć w nim, na mocy samychże wyznań przeciwników, jakikolwiek
cień rzucony na najwyższą doktrynalną powagę Papieży? Czyż raczej nie widoczny
tu zamęt pojęć, sprzeczność twierdzenia ze strony samych gallikanów i
antyinfallibilistów, Bossueta i szkoły jego: które byłyby, zaprawdę,
niewytłumaczone, w umysłach zwłaszcza wyższych, często genialnych, gdybyśmy nie
wiedzieli, co znaczy i sprawia ślepy duch stronnictwa, namiętność w
przesądzaniu wypadków i zasad?
"Liberiusz – twierdzą – źle i bardzo źle zrobił ulegając
knowaniom i wybiegom ariańskim, podpisując formułę ułomną, opuszczającą
wyrażenia przyjęte i uświęcone przez Kościół!".
Ależ, dodają przecie sami, iż formuła ta mogła być
wykładaną w sensie katolickim i jako taka broniona była przez św. Hilarego,
którego nikt nie pomawia o upadek lub sympatię dla błędów ariańskich.
Oto jest, zresztą, owo wyznanie wiary dosłownie
podane: "Credo in unigenitum Patris Filium, Dominum nostrum Jesum
Christum, ante omnia saecula ex Patre genitum, ex Deo, lumen de Lumine, per
quem omnia facta sunt, tum visibilia quam invisibilia, eumdemque Verbum esse et
Sapientiam, Lucem veram et vitam" (17).
Nie ma w nim, to prawda pożądanego wyrazu consubstantialis,
ale któż je śmie potępić, kto się dlań surowszym okaże, nad surowego pogromcę
arianizmu św. Hilarego?
"Liberiusz – twierdzą dalej – źle i bardzo źle
uczynił, potępiając św. Atanazego, którego uprzednio tak dzielnie popierał i
bronił!".
Ale samiż przecie świadczą, iż uczynił to w chwili
zgnębienia, srogich wygnania i tęsknoty udręczeń, gdy mu ostatniego towarzysza
i przyjaciela wydarto, śmiercią nawet grożono, jak świadczy Atanazy św.; że
uczynił to, słowem, pod wpływem otwartej przemocy, jawnego gwałtu. "A wszelki akt taki, słusznie twierdzi
Bossuet, żadnej wagi nie ma na mocy
wszelkiego prawa i woła sam przeciw sobie".
Uznają to jawnie nawet protestanccy pisarze, w słynnej
swej historii Kościoła, ogłoszonej w Magdeburgu, pod imieniem historii centuriatorów, przyznając skądinąd fakt
upadku Liberiusza, a to na mocy świadectwa jakoby św. Atanazego, którego
przywodzą dosłownie: "Liberiusz – opowiada według nich Atanazy – złamany
cierpieniami dwuletniego wygnania i groźbą śmierci, podpisał na koniec żądany
wyrok potępienia; ale przemoc uczyniła to wszystko, a wstręt Liberiusza dla
herezji nie mniej jest rzeczą niewątpliwą niż sąd jego na korzyść Atanazego, i
zdanie to niechybnie wyraziłby, gdyby był wolnym. Wszystko, bowiem, co za
użyciem mąk (per tormenta) wymuszone
na nim zostało, poczytanym być winno za wolę zmuszających nie zaś zmuszonego".
I następnie dodają: "Zdaje się, iż to co opowiadają o podpisie Liberiusza,
nie odnosi się bynajmniej do ariańskiego dogmatu, lecz tylko do potępienia
Atanazego. Rzeczą zresztą widoczną jest, iż
język tam raczej przemawiał a nie sumienie, jak się wyraził w podobnym
zdarzeniu Cyceron. To pewna, iż Liberiusz
pozostał stałym w wyznawaniu wiary Nicejskiej" (18).
Wolnoż więc bez pogwałcenia nie tylko sumienia, ale i
zdrowego rozsądku podobny akt, wywołany przymusem, groźbą, zaprzeczony całym dalszym
i uprzednim postępowaniem i życiem, akt, który jak doskonale wyraża się
Bossuet, reklamuje sam przeciw sobie stawiać
jako dowód przeciw doktrynalnej nieomylności Stolicy Apostolskiej uznawanej,
jak wiadomo, w pewnych określonych warunkach, a przede wszystkim pod warunkiem
całkowitej swobody nauczającego Papieża? "Wszak prawdą jest uznaną przez
cały świat, – powiada w imieniu wszystkich katolików Guéranger – iż aby wyroki
Papieża, podobnie jak i soboru powszechnego, były obowiązujące i miały wagę,
potrzeba koniecznie aby wolne były od wszelkiego przymusu" (19). Teologia i
zdrowy rozsądek wspólnie o to wołają.
Wiadomo, iż Kościół uznaje nieomylność swojego Papieża
wtedy tylko, gdy ten przemawia ex Cathedra, według przyjętego wyrażenia,
to jest, pomijając już niektóre wymagania teologów, jak uprzednie narady,
badania, modlitwy – co się rozumie samo przez się – wtedy, gdy Namiestnik
Chrystusów głosi wyrok swój, w rzeczach objawionej prawdy, jako najwyższy
Mistrz i Pasterz owczarni Pańskiej, swobodnie, świadomie, w wyrazach
oznaczających jawnie obowiązek powszechnej uległości i przylgnienia ze strony
wiernych, a groźbę dla niewierzących i nieuległych. Formy wyroku lub wyrażenia
mogą być różne, – ale te są warunki niezbędne nieomylności Papieskich uchwał; a
czyż posiada je ów akt Liberiusza, jeśli nawet rzeczywiście istniał, czy raczej
im wszystkim nie przeczy?
Toteż, pomimo jawny duch stronniczy, co niestety
mroczył szczytny umysł Bossueta, ilekroć bądź nędznym względom dworactwa dla
Ludwika XIV, bądź niesfornym pretensjom gallikanizmu hołdował, być nie mogło,
aby nie przejrzał on jaśniej w tej tak jasnej, niewątpliwej Liberiusza sprawie,
aby chciał zostawać do końca fałszywym oskarżycielem Papieża,
usprawiedliwionego przez samychże protestantów.
I oto spotykamy świadectwo własnego sekretarza jego,
iż w ostatnim przeglądzie dzieła swojego, "starł on cały ustęp o Liberiuszu Papieżu, jako zgoła nie dowodzący tego,
co był w nim sobie zamierzył!".
W istocie nowsza edycja dzieł wielkiego biskupa z
Meaux, z roku mianowicie 1745, już go wcale nie mieści.
Pocieszający to a pożądany hołd naszej zasadzie
złożony! Tylko że w interesie samejże prawdy i sprawiedliwości, my na nim
poprzestać nie możemy. I gdy Bossuet czuł się w obowiązku, po dwudziestoletnim
namyśle i pracy, zetrzeć ustęp o Liberiuszu z liczby mniemanych dowodów
omylności papieskiej, my raczej w imię obowiązku sumiennej historii, w imię
zdrowej krytyki, spieszymy zetrzeć sam fakt upadku Papieża tego, z szeregu
wypadków dziejowych. Bo i jakież są dowody, na których, zdaniem przeciwników,
ma się on opierać?
Przytaczają nam świadectwa św. Atanazego, św.
Hilarego, św. Hieronima, które niechybnie byłyby zwycięskie i rozstrzygające,
gdyby były prawdziwe.
Owoż gruntowna krytyka wykazała dowodnie, iż tak nie
jest, iż są one widocznie sfałszowane i należą do znacznie późniejszej epoki,
niż same dzieła, z których są niby wyjęte.
Rzecz to obecnie, w dziedzinie historycznej krytyki,
nie ulegająca wątpliwości, dyskusja całkiem wyczerpana (20).
W istocie, św. Atanazy mówi o upadku Liberiusza w swej Apologii przeciw arianom i Historii o arianach. Tymczasem
rzeczą pewną jest, iż Apologia pisaną
była najpóźniej w r. 350, to jest na dwa lata przed wyborem Liberiusza na
Apostolską Stolicę; widocznie więc jest to dodatek późniejszy, niezręczną
dorzucony ręką, boć całą apologię śmieszną i niezdarną czyni. Toż samo
powtórzyć trzeba o Historii arianów pisanej
dla pustelników ówczesnych znacznie przed epoką mniemanego upadku Papieża. Jest
to więc nowy a późniejszy dodatek nie mniej rażąco sprzeczny z treścią pisma
samego i ustępami, do których niezgrabnie jest przyłatany. Dodatki te,
sfałszowania nie zadziwią nikogo, kto zna historię arianów i nienawiści ich dla
Atanazego św. i jego wszystkich obrońców. Jeśli możebnym było publicznie na
Soborze odbywanym w Tyrze w r. 335, zarzucać św. patriarsze morderstwo biskupa
Arseniusza (z Hypseli w Egipcie), pokazywać jego rękę odciętą podczas gdy
Arseniusz żywy z obiema rękami mógł stanąć jak też rzeczywiście stanął w gronie
zebranych biskupów; jeśli możebnym było, co więcej aby podpis tegoż Arseniusza
znalazł się na akcie potępiającym Atanazego za dokonane na nim samym
morderstwo; jeśli było możebnym, aby, za życia św. biskupa, krążyły fałszywe
jego pisma, listy, jak na przykład list mniemany do Konstancjusza cesarza, to
cóż znów łatwiejszego było, jak w lat kilkadziesiąt później, po jego śmierci
sfałszować dzieła jego, podczas gdy już ani on, ani Liberiusz zaprotestować
przeciw temu nie mogli?
Arianie uczynili to z Liberiuszem, co donatyści z
Marcelinem Papieżem. Oba też fakty te zarówno upadają z braku wszelkich
dowodów.
Świadectwo św. Hilarego nie istnieje zgoła i próżno
byśmy go w autentycznych pismach jego szukali. Tak zwane Fragmenta, przypisywane św. Hilaremu a mieszczące listy
Liberiusza, uznane są powszechnie za sfałszowane i bardzo wątpliwy płód Ojca
św. stanowią. Nareszcie, Hieronim św. tak pisze w swej Kronice: "Liberiusz znękany udręczeniem wygnania,
podpisał heretycką formułę i wszedł do Rzymu jako tryumfator". Owoż Kronika ta pisana była w 30 lat po
wygnaniu Liberiusza i na Wschodzie, kędy za sprawą heretyków, najdziwaczniejsze
krążyły wieści. Gdyby więc nawet ustęp ów był rzeczywiście autentycznym,
mieściłby tylko powtórzenie owych przesadnych i fałszywych pogłosek, nie
świadczących bynajmniej przeciw Papieżowi podobnie jak heretycką nie była owa formuła, broniona przez św. Hilarego.
Tymczasem uznanym faktem jest, iż Kronika ta nie mniej niż uprzednio
przytoczone i mnogie inne Ojców starożytnych pisma, uległa wielkiemu skażeniu
ze strony nieprzyjaciół Kościoła i tych świętych mężów. A nadto, jak świadczy
doktor Menochiusz: "nie ma śladu upadku Liberiusza w rękopisie Kroniki św. Hieronima, przechowywanym
w Watykanie, a darowanym Papieżowi przez królowę Szwedzką, w rękopisie który
jak twierdzi Holstenius nader jest starożytnym i według powszechnego
zdania uczonych, sięga 6 lub 7 wieku" (21). Jest to więc znów dodatek zrobiony poniewczasie.
To pewna, iż w lat pięćdziesiąt po powrocie
Liberiusza Papieża z wygnania potwarz nań rzucona, zaczęła się przejawiać na
świecie. Mamy w tej mierze niewątpliwe świadectwo Rufina, kapłana z Akwilei,
który mógł znać Liberiusza w jego młodocianym wieku, a znał niechybnie i był w
stosunku z Fortunacjanem biskupem, mniemanym sprawcą zachwiania i upadku Papieża.
Owoż Rufin pisze: "Liberiusz, biskup Rzymu, wrócił za życia Konstancjusza. Ale nie wiem na pewne, czy cesarz
przyzwolił na to, że się zgodził on podpisać, czy żeby zadowolić lud Rzymski,
który go o to prosił przed jego wyjazdem" (22).
Słyszał był więc Rufin coś z głoszonych o Liberiuszu oszczerstw, ale wątpi,
twierdzić nie śmie, a to samo, czyż nie jest najlepszym dowodem na korzyść Papieża?
Czyż możebnym byłoby, aby, jeśli upadek jego rzeczywiście miał miejsce, nie
wiedział o nim z pewnością Rufin, któryby mógł o tym z ust sprawcy,
Fortunacjana posłyszeć, i czytać rzekome listy Liberiusza pisane w tej sprawie?
Czyż mógłby, nie wiedzieć o tym cały świat ówczesny, który wiedział o upadku
Hozjusza, bolejąc głośno, jak widzieliśmy, nad jego zachwianiem? Czyżby sami
arianie nie rozgłosili faktu tego, tak korzystnego dla nich, oni, co z takim
tryumfem wyzyskiwać umieli akt stuletniego starca i to tylko biskupa z Korduby?
Ale nie dość na tym; nie dość, iż nic zgoła nie
istnieje, co by świadczyło o upadku Liberiusza. Nie przestając na tych ujemnych
tylko dowodach niewinności jego, mamy mnogie dodatnie, które niezłomny jego
charakter i wiarę w niewątpliwym przedstawiają świetle.
Tak 1) pewnym jest iż wszyscy biskupi świata
katolickiego nie przestają być w ścisłej jedności z Liberiuszem Papieżem po
jego powrocie jak i przedtem; przysyłają mu akta odbywanych synodów do
potwierdzenia, używają rady jego we wszelkich ważniejszych trudnościach i
sprawach.
2) Ze wszech stron świata, najznakomitsi mężowie,
najwięksi święci a najbardziej spraw i wypadków świadomi, śpieszą składać hołdy
jego apostolskiej odwadze i cnotom. Św.
Syrycjusz Papież poczytuje go za jednego z najświetniejszych
poprzedników swoich. Św. Bazyli zwie
go błogosławionym, świętym, najświętszym; św.
Epifaniusz Papieżem świętej i błogosławionej pamięci, Kasjodor wielkim Liberiuszem, najświętszym
biskupem który przeszedł innych w zasłudze i we wszystkim był jednym z
najsławniejszych mężów; Teodoret uważa
go jako znakomitego i zwycięskiego atletę wiary; Sozomen, jako męża rzadkiego pod każdym względem, św. Ambroży mówiąc o nim, jako o świętym i
najświętszym biskupie, dodaje w piśmie do siostry swej Marceliny: "Czas
jest przypomnieć ci nauki Liberiusza, tego Papieża świętej pamięci, słowa
wielkiego mówcy, o tyle milsze, o ile większe były cnoty jego". Na koniec Menologium Greków (23), którego
nikt podejrzewać nie może, ogłasza uroczystość św. Liberiusza tymi słowy:
"27 września, wspomnienie
naszego św. Ojca Liberiusza. Błogosławiony Liberiusz, obrońca prawdy, był
biskupem Rzymu za panowania Konstancjusza. Gorliwość, którą pałał ku wierze
prawowiernej, sprawiła iż bronił wielkiego Atanazego ściganego przez heretyków
i wygnanego z Aleksandryjskiej Stolicy z powodu przywiązania dla prawdy. Póki
żyli Konstantyn (II) i Konstans, dwaj pierwsi synowie Konstantyna Wielkiego,
wiara Katolicka tryumfowała, lecz po śmierci tych książąt, Konstancjusz,
najmłodszy, który był arianinem, stał się samoistnym panem cesarstwa i herezja
natenczas przemogła. Wtedy to Liberiusz, który ze wszystkich sił walczył z
bezbożnością heretyków, wygnanym został do Berei, miasta Tracji; ale Rzymianie,
których miłość i poszanowanie posiadał, pozostali mu wiernymi i uprosili u
cesarza powrót jego. Liberiusz wrócił do Rzymu, gdzie umarł, mądrze rządząc
owczarnią swoją".
Wobec wszystkich tych niewątpliwych świadectw, nie
trudno, zaprawdę, czytelnikowi, stanowczy sąd wydać w tej sprawie. Co do nas,
nie wahamy się twierdzić iż fakt upadku św.
Liberiusza jest fałszem historycznym, wierutną baśnią, których tyle
niestety, w kolei wieków wytworzyła namiętność i zła wola na niekorzyść Papieży.
Jeśli nawet, prawdziwie bohaterskiej odwagi Liberiusz
podpisał jakąkolwiek formułę wiary, inną niż Nicejska, toć niechybnie była ona
prawowierną, wyrażającą współistotność Bożego
Słowa, choćby tam brakło wyrazu tego; wszystkie autentyczne akta tego św. Papieża
przynoszą mu chwałę, jako wiernemu, nieustraszonemu obrońcy prawdy katolickiej (24).
Dał mu też Bóg tę pociechę, iż zanim skończył
chwalebny swój a pełen doświadczeń żywot, i poszedł po wysłużoną nagrodę w
niebiosach, mógł ujrzeć na ziemi jeszcze koniec Julianowego ucisku, pokój i
tryumf Kościoła, biskupów prawowiernych wróconych na swoje stolice i sameż
polityczne władze lepiej usposobione dla prawdziwej wiary.
Kończymy tu naszą o św. Liberiuszu rozprawę, mogąc z
całą słusznością zastosować doń, co pewien historyk o wszystkich w ogóle Papieżach
tej epoki powiada, iż jeśli pierwsi dziedzice Stolicy Piotrowej byli
apostołami-męczennikami, to dalsi, do których nasz Liberiusz należy, byli
apostołami-wyznawcami i prawodawcami wśród nowego chrześcijańskiego świata (25).
–––––––––
Przechodzimy obecnie do drugiego w tymże periodzie
Papieża, przeciw któremu nie mniej głośną w późniejszych i naszych nawet
czasach podniesiono wrzawę, oskarżając go, jeśli już nie o błąd otwarty, to o
chwiejność w rzeczach wiary, zbyteczną dla błądzących pobłażliwość, brak słowem
stanowczości, energii, tak zgubny w sprawach religii ze strony najwyższego jej
Mistrza i Przedstawiciela.
To Papież Wigiliusz (538 – 555) w słynnej
sprawie tak zwanych "trzech rozdziałów"
(Capitula tria). Poznajmy ją bliżej, w szczegółowym historycznym
przebiegu.
Wigiliusz wybranym był na Apostolską Stolicę (d. 20
lipca 538 r.) w smutnych dla Rzymu i Kościoła czasach. Od chwili upadku
zachodniego cesarstwa, od r. 476 Italia po dwakroć zmieniała już pana.
Teodoryk, król Ostrogotów, dwukrotnie pokonał był Odoakra, wodza Herulów,
pierwszego jej zdobywcę, a w końcu zdradziecko zamordował, stając się
założycielem olbrzymiego państwa, które teraz z kolei, za jego następców,
odzyskiwał na korzyść cesarstwa wschodniego, zwycięski miecz Belizariusza,
dowódcy wojsk Justyniana cesarza.
Rządy królów Ostrogockich, arianów z wyznania, a
barbarzyńców z charakteru i obyczajów, z wyjątkiem chyba lat pierwszych
panowania Teodoryka, klęską były dla katolickich krajów, dla Rzymu i Stolicy
Świętej. Tak św. Jan Papież umarł z ucisku i głodu, rzucony do więzienia za
rozkazem Teodoryka. Tak św. Agapit zakończył żywot swój w obcej ziemi, w
Konstantynopolu, dokąd wysłał go Teodat król Gotów; a następca jego na Stolicy
Piotrowej Sylweriusz, przemocą, pod grozą śmierci Kościołowi narzuconym został.
Na szczęście Teodat, który w nim powolne dla politycznych celów chciał znaleźć
narzędzie, srodze w nadziejach swoich był zawiedzionym. Św. Sylweriusz okazał
się najgodniejszym następcą tylu wielkich Papieży, którzy z narażeniem życia
własnego umieli bronić niezawisłości Kościoła i Apostolskiej Stolicy i jak oni
męczeńską stał się ofiarą. Wybór jego nastąpił w chwili, gdy Belizariusz, jedno
po drugim zwycięstwo odnosząc nad Gotami, zbliżał się do murów Rzymu. Papież
sam kazał mu bramy miasta otworzyć, witając go jak wybawiciela, a nie wiedząc
zgoła, iż znakomity wódz Justynianów, w podwójnym przybył tu celu. Pierwszym,
otwartym, było wygnanie Ostrogotów, zajęcie Italii siłą oręża, a imieniem
wschodniego cesarza; drugi, tajny, było to spełnienie rozkazu Teodory, słynnej
z wdzięków lecz i przewrotności, niegodnej przedtem aktorki i dworaczki, a
podówczas cesarzowej, małżonki Justyniana, który jej intrygom tak niedołężnie
ulegał.
Chytra ta kobieta, korzystając z wpływów, jakie wywierała
imieniem słabego książęcia, chciała teraz osadzić na Stolicy Piotra Papieża bez
sumienia, któryby się zgodził przypuścić do jedności kościelnej eutychianów, a
w szczególności ulubieńca jej Antyma, heretyka, nieprawego patriarchę
Carogrodzkiego, potępionego niedawno przedtem wyrokiem soboru odbytego w
Konstantynopolu, i potwierdzonego przez Agapita Papieża (26).
Zdawało się jej, iż już znalazła uległe swej woli
narzędzie w osobie Wigiliusza, rzymskiego diakona, a używanego od dawna u dworu
cesarskiego w charakterze wysłannika papieskiego i sekretarza, którego już
Bonifacy II Papież w 529 r. jako następcę wskazywał. Wigiliusz, w istocie,
przyjął był od niej pieniądze, obowiązał się przywrócić Antyma na biskupią
stolicę, i udał się do Rzymu w zamiarze dokonania tej niecnej ugody. Ale Bóg
zrządził inaczej, okazując jawnie tę opatrzną nad Kościołem i Stolicą Świętą
opiekę, która sprawia, iż bramy piekieł przemóc ich nie zdołają. Wszystko, co,
jako diakon podpisał Wigiliusz, zostawszy Papieżem, z oburzeniem odrzucił i
potępił.
Tymczasem Belizariusz przybywszy do Rzymu, zastał już
zajętą Stolicę Piotrową, i jak widzieliśmy, z upragnieniem i przychylnością
przez Sylweriusza św. przyjęty został. Papież wszakże ani chciał słyszeć o
niegodnych z cesarzową układach i przywróceniu Antyma. Teodora wraz z Antoniną,
żoną Belizariusza, nie mniej przewrotną i wpływową, postanowiły użyć gwałtu,
przemocy i przesłały zwycięskiemu wodzowi nowe w tym duchu zlecenia. Ze
wstrętem podjął się spełnienia ich Belizariusz, i choć nędznie uległ, wołał wszakże
pełen oburzenia: "Uczynię, co mi nakazano, lecz, ci co czyhają na życie
Sylweriusza, surową zdadzą liczbę przed trybunałem Chrystusa". Po dwakroć,
wzywał do siebie św. Papieża, prosił, nalegał, groził, lecz gdy nic zachwiać
nie zdołało bohaterskiej duszy Sylwera, uwięził go, a później, na mocy
fałszywych świadectw, pomawiających Papieża o porozumienie z Gotami, odarł z
szat papieskich i wysłał na wygnanie do Patary w Lycii (537 r.). Następnie
puszczono pogłoskę o złożeniu św. Sylweriusza z godności papieskiej, a diakon
Wigiliusz, jeszcze podówczas trwający w złych usposobieniach, zasiadł przemocą
jako uzurpator na Stolicy Świętej, wsparty żelaznym ramieniem Belizariusza.
Wkrótce jednak Justynian cesarz, który nie wiedział o tym, co zaszło, a
przynajmniej udawał że nie wie, surowo napomniany przez biskupa owego miejsca,
kędy zagnany był prawowity namiestnik Chrystusów, dał rozkaz, aby go
natychmiast odwołano do Rzymu. Sylweriusz wrócił, ale na to tylko, by drugiemu
uległ wygnaniu. Wigiliusz porwał go, a w porozumieniu z Belizariuszem, ślepo
zawsze uległym intrygom cesarzowej i jej powiernicy, swej żony, zesłał go na
wyspę Palmaria, gdzie według opinii powszechnej, święty ten pasterz w nędzy i
głodzie życie swe zakończył dnia 20 lipca 538 r. Prokop, historyk współczesny,
inaczej śmierć jego przedstawia. Według niego, Sylweriusz miał być zamordowany
ręką żołnierza Eugeniusza, którego Antonina wysłała w celu dokonania tej
zbrodni (27).
Po tej śmierci tragicznej, duchowieństwo Rzymskie
dla uniknięcia odszczepieństwa, może zresztą i z obawy obecnego Belizariusza,
nie wybierało już nowego Papieża, uznając tym Wigiliusza i uprawniając jego
uprzedni, niesprawiedliwy wybór. Nie ma śladu w historii, aby istniały
jakiekolwiek reklamacje w tej mierze. Wigiliusz więc wszedł do szeregu
prawowitych następców św. Piotra. Ale smutna przeszłość jego jakąż obawą serca
wiernych przejmować mogła. Pięćset lat upłynęło od męczeństwa pierwszego
namiestnika Chrystusa, a Kościół Rzymski miał dotychczas biskupów godnych tego
najwznioślejszego stanowiska, świętych męczenników lub nie mniej świętych
doktorów i wyznawców. Świat przywykł był niejako do tej świętości swoich Papieży,
i w szóstym jeszcze wieku, jak świadczy św. Ennodiusz, biskup Pawii, wierzono
iż była ona jakby przywilejem Apostolskiej Stolicy. Tymczasem ujrzał ze
smutkiem, iż zasiadał na niej niedawny jeszcze antypapież, uzurpator, gnębiciel
swojego poprzednika, i zausznik niegodnej Teodory! Lecz smutek ten szybko w
żywą radość zmienionym został, bo oto, według wyrażenia Pisma, nastąpiła
"zmiana prawicy Najwyższego". Wigiliusz zaledwo w sposób prawowity
wszedł w dziedzictwo Piotrowe, duchem orodzony Bożym i w nowego, iście
apostolskiego zmieniony człowieka, jął się z całą energią obrony tych praw i
świętej prawdy, które sam przedtem zdeptać zamierzał. I takim stałym ich
obrońcą okazał się w całym panowaniu swoim.
"Niech Bóg broni, pisał on do Teodory
upominającej się o dotrzymanie obietnicy co do przywrócenia Antyma i innych,
niech Bóg broni, abym uczynił rzecz podobną! Uprzednio działałem i mówiłem jak
szalony, ale obecnie, oświadczam ci, iż za nic w świecie nie zezwolę na
odwołanie biskupa heretyka i wyklętego. Jestemci ja niegodnym następcą św.
Piotra, ale czyż ci, którzy potępili Antyma, moi święci poprzednicy Agapit i Sylweriusz,
byli tak jak ja niegodnymi?". Taka była niespodziana odpowiedź Wigiliusza,
według świadectwa Anastazego Bibliotekarza, który też opowiada, jak i wiele
wycierpiał Papież wskutek tej szlachetnej retraktacji (28).
W tymże duchu pisał Wigiliusz do cesarza Justyniana,
do Menasa, prawego patriarchy Konstantynopolitańskiego, a listy te są
niewątpliwym świadectwem jego prawowierności. Oświadcza on tam jawnie iż
wyznaje tę samą wiarę, jaką wyznawał Leon Wielki, Hormizdas, Jan, Agapit,
poprzednicy jego; przyjmuje i wyznaje cztery sobory, i list św. Leona, jako
wyroki Ewangelii, a potępia Nestoriusza i Eutychesa.
Pomimo tego wszakże znaleźli się historycy pewni,
którzy tak doskonale wyznaną i okazaną wiarę Wigiliusza, w wątpliwym
przedstawiali świetle.
Diakon Liberat z Kartaginy i biskup Wiktor z Tunnony,
pisarze ówcześni, przytaczają list jego, jakoby do Antyma pisany w celu
przypuszczenia go do jedności Kościoła. Krytycy nowożytni jednomyślnie
odrzucają pismo to jako apokryf, napiętnowany wyraźnymi fałszerstwa znamiony. W
istocie, sam napis wystarczyłby do obalenia jego autentyczności; brzmi bowiem
następująco: "Wigiliusz do swoich panów
i chrystusów (pomazańców)"
(29).
Owóż cała historia kurii i kancelarii rzymskiej świadczy przeciw podobnej formule,
nigdy nie używanej przez Papieży w stosunku z biskupami.
Zresztą, czyż podobna przypuścić, aby Wigiliusz pisał
do Antyma, przypuszczając go do jedności z sobą, podczas gdy tak energicznie
protestował przeciw temu w liście do Teodory, narażając się na jej gniew i
zemstę srogą; aby oświadczał się w liście do heretyka iż wspólnej z nim jest
wiary, gdy jednocześnie twierdził w pismach do Justyniana i Mennasa, iż wierzy
i wyznaje to tylko, co wyznawał Leon św., Sobór Chalcedoński, iż potępia
Eutychesa i uczniów jego, jak Antyma, Sewera i innych?
Toteż widzimy iż w najżywszych zatargach z cesarzem, z
cesarzową, z patriarchą, z soborem, nikt mu i nigdy nie wyrzuca podobnej
dwulicowości, nikt nie wspomina nawet o owym zmyślonym liście, który widocznie
był tylko niezgrabnym wynalazkiem kilku współczesnych nieprzyjaciół Papieża.
W końcu i w późniejszych czasach, w sporze wynikłym co
do Wigiliusza, nie podnoszono już wcale tej kwestii, ograniczając się jedynie
na słynnej sprawie "trzech rozdziałów",
o której teraz z kolei mówić mamy.
Pod imieniem "Trzech
rozdziałów" (capitula tria) znany jest w historii zbiór pism
Teodoreta biskupa Cyru, Teodora z Mopsuesty i Ibasa z Edessy. Pierwszy z nich
pisał przeciw dwunastu artykułom, ogłoszonym na Soborze Efeskim (431 r.) a
ułożonym przez św. Cyryla; drugi skreślił wyznanie wiary, jeszcze przed owym
soborem; nareszcie, list przyznawany Ibasowi, a napisany do Persa imieniem
Marisa, zawierał obronę Teodora z Mopsuesty od zarzutu herezji. Pisma te
mieściły w sobie pewne błędy, ale uznane i napiętnowane przez samychże autorów,
którzy podpisując katolicki symbol wiary i zrzekając się wszelkiego z herezją
stosunku, dowiedli byli jawnie swej prawowierności. Toteż Sobór powszechny,
odbyty w Chalcedonie w 451 r. zbadawszy dzieła te, ze względu na dobrą wiarę
autorów, nie potępił ich imiennie, przestając na ogólnym wytknięciu błędów
jakie zawierały w sobie.
Tymczasem eutychianie, nie śmiejąc otwarcie wystąpić
przeciw uznanej powadze soboru, postanowili podstępem do tegoż samego zmierzyć
celu, namawiając cesarza, aby powagą swoją rzeczone pisma, jako błędne,
potępił.
Nic zresztą, nie było łatwiejszego, nad uzyskanie
podobnego edyktu. Justynian I, który, jak wiadomo, wsławił w dziejach imię
swoje, świetnością oręża swoich jenerałów, mądrością prawników, podwójnej
wszakże, a wielce szkodliwej ulegał słabości. To naprzód znane już niedołęstwo
jego wobec intryg przewrotnej małżonki Teodory, a następnie dziedziczna jakby
książąt Bizantyńskich choroba, pretensja do wiedzy teologicznej, do mieszania się
w rzeczy i sprawy czysto duchowe, z dziedziny powagi kościelnej, obcej całkiem
świeckim monarchom i rządom.
Już przedtem ogłosił był Justynian wyrok co do błędów
Oryginesa, który niemało wywołał wrzawy i nie zadowolił nikogo. Obecnie, nie
zrażony uprzednim niepowodzeniem, pospieszył z pożądanej skorzystać zręczności
i w r. 546 nowy wydał edykt, pod tytułem: "Wyznanie wiary cesarskiej przeciw trzem rozdziałom",
wystosowany do całego katolickiego świata. Wyrok ten potępiał bez ogródki owe
trzy pisma i kończył się trzema następującymi klątwami: "Jeśliby kto
bronił Teodora z Mopsuesty, niech będzie wyklęty! Jeśliby kto bronił pism
Teodoreta, niech będzie wyklęty! Niech będzie wyklęty, kto by bronił bezbożnego
listu biskupa Ibasa do Marisa Persa!".
Wielu katolickich biskupów Wschodu zmuszonych zostało
do podpisania tego teologicznego edyktu cesarza. Lecz Wigiliusz Papież z całą
energią oparł się wszelkim pokuszeniom w tej mierze. "Potępić «trzy rozdziały», odpowiedział on, nie
jestże to pośrednio dotykać powagi Soboru Chalcedońskiego, który je
oszczędził?". I mężnie odtrącał wszystkie o to prośby i nalegania.
Justynian znów, z swej strony, okazywał w tej sprawie zapał namiętny, szalony.
Mennas patriarcha Konstantynopolitański pierwszy zmuszony był przezeń podpisać wyznanie wiary cesarskiej. Ulegli
też i inni trzej patriarchowie z Jeruzalem, Antiochii i Aleksandrii. Byli
jednak liczni biskupi Wschodu, którzy się temu oparli, posyłając protestacje
swe na ręce Stefana diakona, legata papieskiego i wraz z nim, zrywając duchowną
jedność z Mennasem. Świadczy o tym Facundus biskup Hermiany w Afryce, obecny
podówczas w Konstantynopolu, w rozprawie swej napisanej w obronie "trzech
rozdziałów" (30).
Zresztą, dodać tu trzeba, że Mennas i inni, którzy
ulegli woli Justyniana, uczynili to byli z zastrzeżeniem, iż o tyle tylko
przyjmują wyrok cesarski, o ile spodziewają się potwierdzenia ze strony Papieża.
Zastrzeżenia te i protestacje niepospolitego są znaczenia w historii, gdyż
wykazują, w jakim ogólnym poszanowaniu na Wschodzie była najwyższa powaga
Stolicy Apostolskiej.
Toteż Justynian czuł, iż jej wyrok był tu koniecznie
potrzebny, dla ostatecznego przeprowadzenia tej sprawy. Zawezwał więc
Wigiliusza do Konstantynopola, gdzie też udał się Papież, zaklinany, jak świadczy
Facundus, przez biskupów Zachodu, przez Rzymian, Kościoły Afryki, Sardynii, Illirii,
aby nie przyzwalał na żadną innowację.
Dla dokładnego pojęcia całego sporu, który się z taką
namiętnością z jednej strony, a taką z drugiej energią odbywał, konieczną
rzeczą jest zwrócić tu uwagę na to, iż nie chodziło tam bynajmniej o wiarę,
lecz o osoby. Co do wiary, co do samej zasady, wszyscy ściśle zgodni byli z
sobą, biskupi Wschodu i Zachodu, Justynian i Wigiliusz; lecz rozdzieleni byli w
kwestii osób Teodora z Mopsuesty, Ibasa i Teodoreta. Czy pisma ich zasługiwały
na te klątwy pośmiertne? Czy było potrzeba i czy roztropnie było potępiać je
tak uroczyście? Nie byłoż to uwłaczać jakby powadze Soboru Chalcedońskiego,
który tego był nie uczynił? Czy godziło się potępiać osobę Teodora z Mopsuesty
tak późno po jego śmierci? Jak należało postąpić w sprawie tej, a wśród
krytycznych okoliczności, Papieżowi, by nie zakłócić pokoju i jedności
Kościoła? Czy wypadało zachować całą ścisłość surowości w tej mierze, czy zwolnić
ją nieco w pewnych względach, dla łatwiejszego pogodzenia umysłów?
Oto były kwestie ówczesne, w gruncie trudne, z których
pierwsze nie dość jeszcze były wyjaśnione, a ostatnia zależała od okoliczności,
mogących się zmieniać co chwila.
Patrzmyż jak się, w istocie, zmieniały one, i jak
wśród nich postąpił sobie Wigiliusz.
Wiemy już, iż zgodził się przybyć osobiście do Stolicy
Wschodu i przybył tam, w lutym r. 547.
Na wstępie potwierdził on wyrok legata swego co do
patriarchy Mennasa i zarazem ogłosił uroczystą klątwę na eutychianów, i ich
zwolenników. Następnie przeszedł do kanonicznego zbadania "Trzech rozdziałów" jako głównego
przedmiotu dyskusji, a uczynił to na Soborze odbytym w Konstantynopolu i
złożonym z 70 biskupów. Znaleziono tam i wytknięto wiele rażących błędów. Toteż
po dojrzałym namyśle, Wigiliusz ogłosił wyrok, który Judicatum (sąd –
orzeczenie) nazwał, potępiający owe pisma, z wyraźnym wszakże zastrzeżeniem, iż
nie chce tym uwłaczać powadze Chalcedońskiego Soboru. Wyrok był prawdziwie słuszny
i mądry, zaspakajający w gruncie oba przeciwne stronnictwa. Lecz umysły tak z
jednej, jak z drugiej strony zbyt rozdrażnione były, zbyt zajątrzone walką, aby
go spokojnie ocenić i zrozumieć mogły. Nieprzyjaciele "trzech rozdziałów" żądali ich potępienia
jawnego, bez ogródki i zastrzeżeń żadnych. Ich obrońcom nie przypadło do smaku
to nawet względne potępienie. Do tych ostatnich należeli liczni biskupi Afryki,
Algieru, Dalmacji. Dwaj diakoni, nadto, będący dotychczas przy osobie Papieża i
towarzyszący mu w podróży na Wschód, oświadczyli się teraz przeciw niemu i
przesłali prowincjom Zachodu kłamliwą wieść, iż Wigiliusz odstąpił od wyroków
Soboru Chalcedońskiego i jego powagę zapoznał.
Aureliusz biskup Arelatu (Arles), mianowany uprzednio
przez Papieża legatem Stolicy Świętej, otrzymawszy wiadomość tę, pospieszył
zapytać Wigiliusza o prawdziwy stan rzeczy. Papież odpowiedział, iż nie uczynił
nic przeciwnego wyrokom poprzedników swoich i czterech powszechnych Soborów.
"Ty więc, pisał Wigiliusz, który jesteś namiestnikiem moim na Stolicy
Apostolskiej, uprzedź wszystkich biskupów, aby się nie trapili fałszywymi
listami lub pogłoskami, jakie do nich mogą przybywać, i byli przekonani, iż
zachowamy nienaruszenie wiarę ojców naszych. Skoro nas cesarz wypuści, poślemy
wam kogoś, aby was uwiadomił dokładnie o całym postępowaniu naszym, czego
dotychczas uczynić nie mogliśmy już z powodu przerwanych w zimie komunikacyj,
już z powodu opłakanego stanu Italii zniszczonej wojną". List ten nosi
datę 29 kwietnia 550 roku. Jednocześnie też niemal pisał Papież do Walentyniana
biskupa z Tomi w Scytii, piętnując najenergiczniej potwarze oskarżenia, jakie
przeciw niemu szerzono, gromiąc ich sprawców, których, następnie, gdy się nie
upamiętali, odjęciem ich godności ukarał (31).
Judicatum
więc papieskie nie przyniosło wcale pożądanego rezultatu, którego się po nim
można było spodziewać. Biskupi Zachodu, uprzedzeni mylnie, iż dotknięta była
powaga Soboru Chalcedońskiego, pozostawali wciąż w niedowierzaniu i nieufności;
eutychianie, z swojej strony, naglili Papieża o bezwarunkowe potępienie "Trzech Rozdziałów", bez żadnych
zastrzeżeń co do rzeczonego Soboru. Spór wrzał coraz goręcej. Justynian nalegał
z taką natarczywością na Wigiliusza, iż ten był dnia pewnego zmuszonym zawołać:
"Czyż sądzicie, że więżąc mnie nawet,
uwięzicie tym Piotra?". W końcu, postawion pomiędzy dwoma tymi
zagorzałymi stronnictwami, Papież poczytał za rzecz słuszną w celu ich
pogodzenia, zwołać Sobór powszechny, aby powaga jego obustronnie uznana,
położyła stanowczo kres wszelkim nieporozumieniom. "Niech biskupi
łacińskiego języka, mówił on do Justyniana, ci mianowicie którzy upatrują
przedmiot zgorszenia w potępieniu «Trzech
Rozdziałów», przybędą na Sobór, lub przynajmniej niech swobodnie
wypowiedzą swe zdanie, a niech tak ustanie rozdział w Kościele Bożym".
Następnie wycofał z rąk cesarskich swoje Judicatum, aby tak sprawa na
nowo, a w sposób bardziej jeszcze uroczysty rozstrzygniętą była. Cesarz posłał
do Afryki i Illirii, wzywając biskupów, lecz eutychianie całą siłą opierali się
zgromadzeniu Soboru, który obalał ich nadzieje. Teodor Cezarejski, stojący na
czele heretyckiego stronnictwa, gwałcąc wszelkie poszanowanie dla rozkazów
papieskich, pospieszył wykreślić z dyptychów świętych imiona katolickich pasterzy,
umieszczając natomiast imię biskupów herezji, intruzów (32). Wywieszono
nadto publicznie edykt Justyniana, uwłaczając tym Papieżowi i powadze
przyszłego Soboru. Wobec podobnych aktów zuchwalstwa, Wigiliusz oświadczył, iż
zrywa jedność ze sprawcami ich Wschodnimi biskupami, i wzbraniał się odtąd
obcować z nimi; a ta apostolska iście odwaga i stałość ze strony Papieża do
takiego szaleństwa przywiodła Justyniana, iż począł uciskać go, grozić śmiercią
i zmusił do szukania przytułku w kościele św. Piotra. Nie przestając na tym,
cesarz chciał go uprowadzić stamtąd przemocą, i wysłał w tym celu pretora na
czele zbrojnego orszaku zbirów, którzy otoczyli świątynię. Wtedy, w
Konstantynopolu, nastąpiła barbarzyńska scena, której Rzym za czasów Gotów
nawet nie widział. Pretor i żołnierze jego z dobytymi mieczami wtargnęli do
kościoła; Wigiliusz, na widok ten schronił się pod ołtarz i oburącz chwycił się
kolumn, które go utrzymywały, a otoczony był gronem wiernych diakonów i innych
duchownych. Na nich to naprzód rzuciła się rozpasana zgraja, szarpiąc ich, rwąc
za włosy i wlokąc niegodnie, byleby jedno oddalić od stóp ołtarza. Następnie
nie oszczędzono i samego Papieża, ciągnąc go gwałtownie to za nogi, to za włosy
i brodę. Wigiliusz opierał się tym dzikim gwałtom, a że był mocnej budowy i
wielkiej siły, nie puścił filarów, których się trzymał, tak iż kilka z nich
runęło i ołtarz byłby niechybnie upadł, gdyby nie podtrzymały go ręce
duchownych. Na odgłos tej wrzawy i gwałtów, lud przerażony zbiegł się do
świątyni, wydając krzyki zgrozy i oburzenia, do których mieszały się nawet
głosy niektórych żołnierzy; a obawa ogólnego rokoszu wygnała wreszcie z
kościoła pretora i zbirów jego (33). Działo się to w roku 551, a historia zapisała fakt
ten na cześć Papieża, na hańbę Justyniana, który już jej nie mógł podzielić z
Teodorą, zmarłą na dwa lata przed wypadkami tymi. A podczas gdy tak
cesarz-teolog gnębił niegodnie namiestnika Chrystusa, wojska jego ginęły marnie
w Italii, nie zasilane przez książęcia zajętego religijnymi sporami.
Wigiliusz trwał niewzruszony. Po gwałtach przyszły
chytre eutychianów wybiegi, ale zarówno mężnie odtrącone zostały. Papież,
zagrożony w Konstantynopolu utratą reszty swobody i życia, rychło opuścił to
miasto i schronił się w kościele św. Eufemii w Chalcedonie gdzie ciężko
chorował. Siedem lat już mijało pobytu jego na Wschodzie, siedem lat
ustawicznej walki przeciw poduszczeniom i brutalnej przemocy. Szlachetny a tak
długi opór potrafił wreszcie cokolwiek zmiękczyć srogą dumę i zawziętość
cesarza. Justynian sam oświadczył się z chęcią zwołania powszechnego soboru,
którego od tak dawna serca wiernych pragnęły.
Sobór ten, w istocie, otwartym został w
Konstantynopolu d. 4 maja 553 roku. Wigiliusz nie chciał się znajdować na nim,
gdyż nie dopełniono warunku, którego się on tak roztropnie domagał, a
mianowicie, aby, o ile być mogło, liczba biskupów Wschodu, nie przemagała
zbytecznie ilości Zachodnich pasterzy, aby tak jedni i drudzy, zbadawszy
dokładnie kwestię sporną, ostatecznie uspokojeni zostali. Tymczasem w szeregu
151 zgromadzonych Ojców, zaledwo pięciu było biskupów z Zachodu, i to
Afrykańskich, najmniej rzeczy świadomych, jak wyraźnie skarżyło się na to
duchowieństwo Italii i innych krajów (34). Można też było łatwo przewidzieć, jak groźne i
przeważne wpływy wywierać będzie cesarz, który nie wahał się targać wielokrotnie
na Papieża, biskupów, samowolnie osadzając ich na Stolicach, lub strącając i
wyganiając z nich, ilekroć się sprzeciwili teologicznym jego wyrokom, jak się
stało, na przykład, w Tunisie, z wielkim wylewem krwi duchowieństwa i ludu (35).
Sobór jednak odbywał, jedno po drugim, posiedzenia
swoje, bez względu na nielegalność swą i opór Papieża, którego rozsierdzony
cesarz wysłał na wygnanie. Na ósmej sesji czyli, jak zwano, konferencji, "Trzy rozdziały" zostały potępione w tychże niemal słowach,
jakich użył był Wigiliusz w swoim Judicatum. W ogóle przyznać trzeba, iż
Sobór, pomimo całą służalczą uległość dla cesarza a brak względności i
poszanowania dla widomej Głowy Kościoła, nie zboczył w uchwałach swoich z zasad
prawowierności.
Justynian tymczasowo nalegał wciąż na Papieża o
złączenie się z Soborem, o przyjęcie postanowień jego; Wigiliusz wytrwale
opierał się i czekał; czekał, zanim ostatecznie uspokoją się i rozjaśnią
umysły, znikną niesnaski i nieporozumienia. I gdy mógł sądzić, że to już
nastąpiło, dwukrotnie swój wyrok ogłosił, mianowicie w uchwale z d. 14 maja
553, zwanej Constitutum, istnym wzorze godności, roztropności,
umiarkowania, i w 6 miesięcy później w liście z d. 8 grudnia tegoż roku, który
Grecy słusznie do aktów Soboru zamieścili, jako dopełnienie i potwierdzenie
jego.
"Trzy rozdziały" zostały już nieodwołalnie
potępione, jako widocznymi dotknięte błędami, osoby czyli autorowie ich
oszczędzeni, jako zmarli w prawowierności, powaga Soboru Chalcedońskiego
ocalona, uchwały nowe Konstantynopolitańskie przyjęte, pokój, o ile być mogło
ustalony, a Sobór świeżo odbyty, dotychczas bez znaczenia i powagi, teraz jako
prawowity, a piąty powszechny uznany i potwierdzony.
Tak zdobywszy to wszystko, kosztem własnego spokoju i
bezpieczeństwa, zadośćuczyniwszy licznymi cierpieniami i bohaterską
wytrwałością za winy dawne, popełnione przed prawowitym wstąpieniem na Stolicę
Świętą, Wigiliusz mógł teraz powrócić do Rzymu stęsknionego za pasterzem swoim.
Od dawna też, i jak świadczą dzieje głosem wielkim duchowieństwo Rzymskie wraz
z wiernym ludem wołało do cesarza o rychłe wyzwolenie jego. A Justynian, nowym
Narzesa, wodza swojego, uświetniony zwycięstwem, uległ, w końcu, wymaganiu temu
(36).
Wigiliusz odwołany z wygnania wraz z współwygnanymi duchownymi, zabawił jeszcze
czas jakiś w Konstantynopolu, i pospieszył do Stolicy swojej, której mu już
jednak nie dano było oglądać. Przybywszy bowiem, do Syrakuzy w Sycylii w
początkach r. 555 zmożony poniesionymi gwałtami, cierpieniem, chorobą, pobożnie
żywota swego dokonał.
W szczytnej godności, której tak namiętnie przedtem
pożądał, znalazł on, jak widzieliśmy, wiele bólu, trudów, a bardzo mało chwały,
i jeśli życiem uprzednim zasłużył sobie na sąd surowy, na słuszną naganę, toć
nie mniej słuszną i sprawiedliwą cześć zyskał dla swej pamięci zasługą
prawowitego panowania swojego, niezłomnym hartem duszy, niezachwianą stałością,
jaką do końca wiernie okazywał, wśród najtrudniejszych okoliczności. Taki jest
ściśle historyczny przebieg żywota Wigiliusza Papieża i owej słynnej "Trzech Rozdziałów" sprawy.
Zgodni z nami, co do szczegółów dziejowych, niechętni
dla Papieży i Stolicy Świętej gallikanie i antyinfallibiliści, różnią się zgoła
w ocenieniu wspomnionych uchwał Wigiliusza i sądzie co do ogólnego jego
postępowania.
Tak, naprzód, druga z kolei konstytucja papieska, Constitutum
zwana, z d. 14 maja 553 roku, pomówiona jest, jeśli nie o jawne wyznanie
heretyckiego błędu, – o co zaiste, niepodobna oskarżyć Papieża, który
tylokrotnie piętnował i potępiał eutychianów, – to przynajmniej o zbytnią dlań
pobłażliwość i jakby poparcie, w osobie Ibasa biskupa Edessy którego list
błędami skażony należał do owych "Trzech
Rozdziałów".
I oto jest ten zarzut, wypowiedziany przez Msgra
Mareta w znanej pracy jego "O
Soborze", wydanej przed otworzeniem ostatniego powszechnego
zgromadzenia Kościoła w Watykanie: "Zamiast
potępić go (list Ibasa), pisze wspomniany biskup z Sury, Wigiliusz, myląc się co do faktu, oświadcza, iż
list Ibasa był potwierdzonym przez Sobór Chalcedoński, a tak biorąc zań na
siebie odpowiedzialność, tolerując wyrażenia i opinie, które on zawiera, a
które tak surowo napiętnowane zostały przez Sobór (Kontantynopolitański), Papież nakazuje, aby mniemana uchwała Ojców
Chalcedony co do tego pisma była nietknięta i została nienaruszoną na równi z
innymi orzeczeniami tegoż Soboru" (37).
W istocie oskarżenie to wielkiej jest wagi. Lecz
uzasadniając je Msgr. Maret przestaje tylko na przytoczeniu tych kilku słów z Constitutum
"Orthodoxa est Ibae episcopi a patribus pronunciata dictatio" (38), i
wnioskuje z nich absolutnie, iż Wigiliusz chciał tym orzec prawowierność listu
Ibasa uznaną w Chalcedonie.
Na szczęście, źródła historyczne, akta i konstytucje Papieża
stoją dla wszystkich otworem, a z nich widzimy, iż nie ta zgoła była myśl
Wigiliusza. Oto co pisze Papież:
"Orthodoxa est Ibae episcopi a patribus pronuntiata dictatio. Illa vero
quae in ipsa Ibae sacerdotis epistola in injuriis beatae recordationis Cyrilli
per errorem intelligentiae dicta sunt, patres in sancta Chalcedonensi synodo
epistolam pronuntiantes orthodoxam, nullatenus receperunt" (39).
Same te słowa wystarczą, zaprawdę, dla wykazania
prawdziwej myśli Wigiliusza. Papież widocznie oddziela tu część zdrową,
katolicką rzeczonego pisma, uznaną jako taką, przez Sobór, od błędów
krzywdzących pamięć św. Cyryla, popełnionych z braku jasnego rzeczy pojęcia, a
których i Sobór zgoła nie przyjął i Papież bynajmniej nie chwali.
Zresztą, w dalszym ciągu Constitutum Wigiliusz
obszernie wykłada myśl swoją co do Ibasa i zbyt jasno, aby ją, bez wyraźnej
złej wiary, można było zapoznać. Przypomina on treściwie cały przebieg sprawy
Ibasa na Soborze Chalcedońskim, jak biskup ten sprzeciwiał się zrazu dwunastu
artykułom św. Cyryla, gdyż ich nie pojmował i fałszywie sobie tłumaczył, jak
następnie, wyprowadzony z błędu, pojąwszy je lepiej, uznał i potwierdził,
poddając się we wszystkim uchwałom Soboru itd. Słowem Wigiliusz z całą
dokładnością sprawę tę przedstawia, wykazując niewątpliwie, dlaczego Sobór użył
pobłażania względem Ibasa, nie potępiając listu jego skądinąd prawowiernego,
pomimo niektórych błędów, i dlaczego on sam w ślady Soboru w tej mierze
wstępuje.
Dodać tu jeszcze winniśmy, w ślad za O. Guéranger, że
nawet i Sobór Konstantynopolitański względniej postąpił z Ibasem, niż z dwoma
innymi autorami potępionych "Rozdziałów", zgadzając się niejako w tym
z Ojcami Chalcedony i Wigiliuszem. Bo gdy z bezwarunkową surowością okłada on
klątwą "bezbożnego Teodora z Mopsuesty
i bezbożne pisma Teodoreta", list Ibasa potępia wprawdzie, lecz nie
śmie go jako autentyczny, wprost pod piórem jego zrodzony przedstawić i powiada
tylko: "Si quis defendit epistolam quam dicitur Ibas ad Marin Persam
haereticum scripsisse, anathema sit" (40). Wigiliusz Papież użył tych samych słów w liście
swoim z d. 8 grudnia 553 r. potwierdzającym uchwały Soboru.
Ale Msgr. Maret, jako rzecznik gallikańskich uprzedzeń
i zasad, dalej idzie jeszcze w sprawie Wigiliusza. Twierdzi on mianowicie:
"iż niepodobna zaprzeczyć potępienia Papieża
Wigiliusza przez piąty Sobór powszechny" (41).
Tymczasem rzecz to nie tylko podobna, możebna, ale konieczna, na mocy historii i zdrowego
rozsądku, i to tak dalece, iż sam biskup z Sury śpieszy następnie zaprzeczyć
temu, co widocznie pod wpływem stronniczego zaślepienia napisał.
Bo, naprzód, na próżno byśmy w aktach Soboru szukać
chcieli imienia Wigiliusza lub wzmianki o Constitutum jego. Sobór nie
wspomniał o nich ani jednym słowem, a poprzestał tylko na potępieniu "Trzech Rozdziałów", które nie mniej
potępiał Papież we wszystkich trzech uchwałach swoich. Papież i Sobór
najzgodniejszego byli zdania w tej mierze, a wyroki Konstantynopolitańskie
opiewały toż samo, co Constitutum Wigiliusza. Różnica leżała w tym jedynie,
że Papież, w imię obowiązku wspólnego Pasterza i Zwierzchnika Kościoła, baczył
na opór i nieporozumienia ze strony biskupów Zachodu, zwlekał więc stanowczo z
decyzją, czekał na ostateczne wyjaśnienie sprawy; Sobór zaś nie czekał, nie
baczył na nic, chyba na wolę i kaprysy Cesarza; że Papież nie chciał mieć
udziału w zgromadzeniu, które nie łączyło warunków przezeń wymaganych, – a
Sobór, ulegając Justynianowi, nie miał względu na nieobecność Papieża, brak
koniecznego potwierdzenia z jego strony, obradował wciąż i wyrokował, nie
protestując nawet przeciw uciskowi i wygnaniu Namiestnika Chrystusa.
A że tak było w istocie, świadczą dzieje, które tymi
słowy opowiada sam Msgr. Maret: "komisarz cesarski przeczytał wyrok cesarza,
który w celu ukarania Papieża za nieobecność na soborze i zmienność
postępowania w tej sprawie, nakazywał, aby imię Wigiliusza wyrzuconym było z
dyptychów świętych. To straszne nadużycie
władzy cesarskiej nie obudziło reklamacji soboru. (Cet énorme abus de la puissance impériale n'excita
pas les reclamations du concile). Lecz
dozwalając, na spełnienie rozkazu książęcego i opuszczając osobę Papieża,
oświadczył on iż pozostaje w jedności z Apostolską Stolicą" (42).
Trudno wyraźniej napiętnować niegodne postępowanie
Soboru, a jednak, jak właśnie uważa Guéranger: "nikczemność ta
biskupów nie zraża wcale Msgra Mareta, poczytuje on za rzecz wcale naturalną,
że sobór widząc się uwolnionym przez cesarza od osoby Papieża, ucieka się do łączności ze Świętą Stolicą.
Zaprawdę, jeśli kiedy biskup Rzymski przedstawiał swobodę w Kościele, to śmiało
rzec można, iż czynił to właśnie teraz, w tej okoliczności, nie wspominając już
o innych uciskach które nieszczęsny ten Papież znosić musiał ze strony władzy
cesarskiej w czasie swojego pobytu w Konstantynopolu. I nie podobna sobie
wytłumaczyć, jak może biskup obojętnie pomijać podobne niegodziwości!" (43).
O tymże to więc potępieniu Wigiliusza na soborze
chce mówić Msgr. Maret.
To pewna iż wyłączenie z dyptychów świętych było
rodzajem ekskomuniki, klątwy. Ale czyż podobny akt despotyzmu, kaprysu Cesarza,
przyniesiony soborowi przez rządowego komisarza, narzucony nędznemu dworactwu i
służebnictwu biskupów może mieć jakiekolwiek znaczenie? Czyż mogą mieć
jakąkolwiek wagę postanowienia i uchwały samegoż Soboru, bez potwierdzenia i
woli papieskiej, owszem wbrew i naprzeciw niemu czynione? I czymże był ów Sobór
Konstantynopolitański, zanim przez tegoż Papieża Wigiliusza uznany i
potwierdzony został, cóż znaczył bez prawowitego zwołania, bez reprezentacji
powszechnego Kościoła, wymaganej wyraźnie przez Papieża, bez prezydencji
papieskiej, a pod wpływem kaprysów i przemocy despotycznego książęcia? Wszak
nawet słynny patriarcha Focjusz, sprawca Greckiego odszczepieństwa, uznaje, iż
Sobór ten zyskał dopiero powagę, dzięki potwierdzeniu na piśmie ze strony
Wigiliusza (44).
Nie dziw więc, że i Msgr. Maret zmuszonym jest to
wyznać, i wyznaje rzeczywiście, gdy mówi: "przychylenie się Wigiliusza do uchwał piątego Soboru, nadało mu powagę
całkiem niezaprzeczoną", i następnie: "gdyby Wigiliusz nie był w końcu uznał piątego Soboru, powaga Soboru tego
byłaby pozostała wątpliwą" (45).
To tylko dziwna, jak można, wobec podobnych wyznań
opierać się jeszcze na jakimś potępieniu Papieża, przeciwstawiając akta Soboru
temu, który sam tylko mógł im nadać i nadał znaczenie i powagę!
Sprzeczność ta jest tylko nowym dowodem tej
wypowiedzianej już przez nas prawdy, iż duch i namiętność stronnictwa może
łatwo zaćmić i zwichnąć najjaśniejsze skądinąd i najgruntowniejsze umysły.
"Celem wyłącznym pisma Msgra Mareta, powiada O.
Guéranger, było ustalić gallikańską zasadę wyższości Soboru nad Papieża. Owoż
upada tu do szczętu cała budowa takim kosztem wzniesiona. Znanym prawidłem
logiki jest: iż kto zanadto dowodzi, niczego nie dowodzi (qui prouve trop no
prouve rien (46)), i o nie to rozbija się twierdzenie autora. Jeśli
bowiem Sobór Konstantynopolitański, który zgoła nie był powszechnym ni
prawowitym przed potwierdzeniem papieskim był jednak zdaniem jego wyższym od Papieża,
wynikałoby stąd iż wszelkie zebranie biskupów przewyższa go i ma prawo
rozkazywać Namiestnikowi Chrystusa. Przekonani wszakże jesteśmy, że biskup z
Sury odrzuca podobną konsekwencję!" (47).
Ostatnim, na koniec, a najpowszechniejszym zarzutem,
jaki Msgr. Maret wraz z całą szkołą gallikanów, febronianów,
antyinfallibilistów przeciw pamięci Wigiliusza Papieża podnosi jest chwiejność
jego, ciągła zmienność w postępowaniu, niezgodność jakby samych uchwał,
wydawanych w sprawie "Trzech rozdziałów".
"I to jest właśnie, mówią oni, co nań sąd
tak surowy ściągnęło" (48).
Nic jednak łatwiejszego, jak odpowiedzieć na to, i
zdrowy rozsądek snadnie tu może wystarczyć.
Gdybyśmy nawet bowiem przypuścili, że chwiejnym i
zmiennym było postępowanie Wigiliusza w tej sprawie, nie bacząc na wzniosłe
pobudki, które wymagały tej pozornej zmienności, to czyż ze względu na same
historyczne okoliczności, godzi się potępiać za to Papieża, lub wnioskować stąd
przeciw świętemu charakterowi Stolicy Apostolskiej?
"Należy być sprawiedliwym względem każdego
człowieka, a nawet względem Papieża" mówi tu ze słusznym żalem Guéranger.
"Miałże Wigiliusz w Konstantynopolu należną swobodę, wystarczającą, by
zapewnić aktom swoim niewzruszoną powagę wyroków apostolskich? Justynian
sprowadził go do swej Stolicy przymusem lub dobrowolnie. Cesarz ten, uparty w
rzeczach teologii, wziął inicjatywę w kwestii dotyczącej wiary; postępował
względem Papieża, jakby był jego zwierzchnikiem w porządku duchownym, a Sobór
ulegał jego gorszącym zachciankom. Wigiliusz, ze swej strony, wyzuty z podpory
episkopatu zachodniego, którego obecności na próżno się domagał, zgnębiony
uciskiem, dręczony wspomnieniem oporu, jaki napotkało było jego Judicatum
w wielu prowincjach łacińskich, mógłże być uważany jako całkowicie swobodny i niezawisły
w myślach i czynach swoich? I możnaż to wszystko, co czynił pod takim
naciskiem, poczytywać za akt mający najwyższą powagę biskupa Rzymskiego?
Prawdą jest, przez cały świat uznaną, iż wyroki Papieża
i Soboru powszechnego powinny być wolne od wszelkiego przymusu, aby miały
znaczenie. Owoż, rzecz widoczna, iż takim nie jest położenie Wigiliusza w
Konstantynopolu" (49).
Przyznać też nie możemy, aby sprzecznymi były w
gruncie wspomnione uchwały Papieża. Judicatum, Constitutum i list ostatni, wyrokujący tejże samej są
treści co do istoty rzeczy, tęż samą prawowierną głoszą naukę, toż samo
mieszczą potępienie błędów eutychiańskich lub nestoriańskich, którymi zarażone
były owe "Trzy rozdziały".
Różniły się tylko w tym, iż gdy pierwsza uchwała, zwana Judicatum,
potępiała pisma te z zastrzeżeniem powagi Soboru Chalcedońskiego, gdy druga,
wznawiając toż potępienie, nakazywała umiarkowanie i cierpliwość, tak potrzebne
wśród namiętnego sporu, trzecia ostateczną i stanowczą już wypowiadała klątwę,
w 6 miesięcy po soborze, w chwili, gdy sprawa wyjaśniona, nieporozumienia w
znacznej części usunięte zostały, a pobłażliwość i umiarkowanie już zbytecznymi
i niebezpiecznymi były.
Toteż dalecy od przyznania owej mniemanej chwiejności
Wigiliusza, my raczej w zmiennym pozornie postępowaniu jego, widzimy jasny
dowód prawdziwie apostolskiej roztropności i troski o dobro i pokój Kościoła.
"Papieże, mówi słusznie uczony De Marca w swej obronie Wigiliusza,
którego świadectwo tym skrzętniej zapisujemy, im mniej on przychylnym jest dla
Apostolskiej Stolicy, dwa zwykle mają sposoby postępowania w sprawach i sporach
Kościelnych: summo jure tj. stanowczo, rozstrzygająco, na mocy
najwyższego prawa, strasznymi gromami swej sprawiedliwości, lub jure remisso,
w imię umiarkowania i cierpliwości, oczekując chwili stosownej, aby godzić lub
karać". Tak postępował Wigiliusz w sprawie "Trzech rozdziałów" (50).
I zaprawdę, kto jedno bacznie rozpatrzy wszystkie okoliczności,
wśród jakich się Papież znajdował i działał, przyznać musi, iż roztropnie i
miłośnie postąpił.
Dość pobieżnie przypomnieć sobie i jasno przedstawić
to, cośmy w historycznym tej sprawy przebiegu skreślili.
Dwa wielkie stronnictwa powstały w katolickim świecie.
Biskupi Wschodni, słusznie skądinąd przerażeni uporem i postępami herezji,
chcieli, domagali się, aby stanowczym ciosem klątwy ugodzono w słynne pisma,
dotknięte szkodliwymi błędami, a bez względu na zgasłych od dawna w
prawowierności autorów. Lecz wymagania ich zbiegły się były z niegodnymi
pretensjami cesarza i zachciankami samejże herezji czyhającej na powagę
Chalcedońskiego Soboru. Biskupi Zachodu bardziej byli umiarkowani, być może
dlatego, iż dalsi od niebezpieczeństwa byli; nieufnie patrzyli zresztą na
Wschód i cesarza, boć tam to się wszystkie podówczas wykluwały herezje i błędy.
Pomiędzy dwoma tymi obozami stanął Wigiliusz.
Rozstrzygnąć sprawę od razu, użyć surowości i najwyższego prawa, byłoby może
rzeczą nie trudną, ale bardzo niebezpieczną. Papież, Ojciec i pasterz
powszechnego Kościoła, baczył przede wszystkim na grożący rozdział Zachodu od
Wschodu, lękał się klęski odszczepieństwa. Więc zwlekał, wahał się, namyślał i
czekał, opierając się gwałtownej natarczywości cesarza, kosztem własnej swobody
i bezpieczeństwa. I przetrwał mężnie do końca, zbierając pożądany owoc swoich
cierpień i trudów; gdyż oto po siedmioletnich przeszło doświadczeniach,
pożądany rezultat nastąpił: błąd został potępiony, osoby oszczędzone, i ocalona
powaga Soboru Chalcedony. A co zdawać się mogło chwiejnością i zmiennym postępowaniem
w Wigiliuszu, okazało się raczej jako dowód dojrzałości zdania i apostolskiej
troskliwości jego.
Tak snadź kwestię tę pojmowali i wielcy następcy jego
na Apostolskiej Stolicy, którym nikt już zmienności i braku potrzebnej nie
zarzuca energii, skoro w lat wiele po jego śmierci, spotykając resztki
niesnasek w sprawie "Trzech rozdziałów", używali podobnej
pobłażliwości i umiarkowania. Jeden tu przykład wystarczy. Wiadomo iż wszyscy,
po Wigiliuszu, Papieże potępiali zarówno z nim pisma owe, uznając i potwierdzając
wyroki piątego powszechnego Soboru. Tymczasem w lat 40 po jego śmierci, za
czasów Grzegorza Wielkiego Papieża, zdarzyło się, iż królowa Longobardów Theodelinda, za staraniem Konstancjusza
biskupa Mediolanu, oświadczyła się z chęcią wrócenia na łono Kościoła. Jedyną
trudnością w tej mierze był opór, ze strony księżniczki tej, co do potępienia
"Trzech Rozdziałów". Papież napisał był list do niej wyraźną
mieszczący wzmiankę o Soborze V i klątwie na nie rzuconej. Biskup uważał za
rzecz słuszną nie pokazać jej pisma tego, aby nie zrażać, i odniósł się z tym
do Grzegorza św. I oto jaką otrzymał odpowiedź: "Co do tego, o czym mi
donosisz, iż poczytałeś za konieczne nie oddać królowej listu mojego, gdyż
piąty Sobór był w nim wzmiankowany, jeśli sądzisz, w istocie, iż mogła się była
tym zgorszyć, dobrześ uczynił zatrzymując moje pismo. Dlatego więc powtórnie
piszemy, w myśl twoją, w sposób, iż wspominamy tylko cztery Sobory, nie mówiąc
zgoła o piątym" (51).
Jeśli więc Grzegorz Wielki, dla pozyskania jednej
duszy, dla oszczędzenia pojedynczego zgorszenia, mógł swoją pobłażliwość do
tego podnieść stopnia, iż wolał przemilczeć o Soborze V powszechnym, byleby nie
wzniecać gasnącego sporu, któż potępi, kto raczej nie uzna roztropnej miłości
Wigiliusza, który wahał się ze stanowczą klątwą w chwili najnamiętniejszej
walki, grożącej schizmy, ze względu na mnogich gorszących się biskupów,
pasterzy milionów ludu?
A zatem tam, gdzie niechęć, uprzedzenie stronnicze
widzą naganną zmienność, my uznajemy raczej i pochwalamy pasterską
wyrozumiałość i czujność; gdzie one surowy
sąd, słuszną upatrują karę ze strony soboru i cesarza, my widzimy zgubne
nadużycie władzy lub występne służalstwo; czcząc, nadto, bohaterczą wytrwałość
Wigiliusza, poniesione mężnie cierpienia, jako znamię mocy apostolskiego ducha
i opatrznie zrządzoną ekspiację uprzednich jego przewinień i błędów!
Pozostaje nam, w epoce tej, sprawa trzeciego Papieża
pomówionego o otwarte sprzyjanie herezji, potępionego jawnie przez Sobór, –
sprawa Honoriusza I i monoteletów, której następny poświęcamy rozdział.
–––––––––––
Errata historii co do
Papiestwa w kolei wszystkich wieków. Studium krytyczne przez X. A.
Krechowieckiego, Doktora Teologii. Lwów 1873, ss. 23-65.
Przypisy:
(1) O. Lacordaire, Conférence
de N. D. 30. Novem. 1845.
(2) Vie de S.
Athanase ou Athanase le Grand et son siècle par Moehler. Jest
to najgruntowniejsze dzieło o arianizmie, do którego odsyłamy czytelnika
pragnącego dokładnie poznać ciekawy ten epizod dziejów Kościoła.
(3) Ammian
Marcellin. lib. 27. n. 3.
(4) Patrz
Rohrbacher, Histoire Universelle de l'Eglise catholique, t. III, pag.
593, także Darras, Hist. gener. de l'Eglise Cath., t. I, p. 425.
(5) Coustant, Epist.
Rom. Pontif., Labbe, t. H.
(6) Tamże, Epist.
4.
(7) Lib. epist.
7.
(8) S. Athan. ad
Monach.
(9) S.
Athanasius, Historia Arianorum ad Monachos, n. 39. Theodoret. l. 27. c
15 et 16.
(10) Biblioth. PP. t. IV.
(11) W cyrku odbywano gonitwy i
dla odróżnienia współubiegających się, różnych używano kolorów.
(12) Theod. l. 2. c. 25, także
Socrates hist. l. 2. c. 37 i Sozom. l. 4. c. 12.
(13) Photinus biskup z Sirmium w
345 r., heretyk. Błędy jego potępione zostały na soborze odbytym w Sirmium.
(14) Fleury, Hist.
Eccles. liv. XIII.
(15) Oeuvres
complètes de Bossuet, t. XII, p. 110 et 111. Outhenin Chlandre.
(16) Defens.
Cler. Gallic., lib. IX, c. 33 – tamże.
(17) Acta
Sanctorum, dissert. P. Stilding. 23 Sept.; także
Biblioth. veter. P. P.; Dissert. Fr. Ant. Zachariae de commentitio
Liberii lapsu, in Thes. theol. Venet. 1762.
(18) Centuriae
eccles. Histor. per aliquos studiosos et pios viros in urbe Magdeburgica et
Basileae per Joan. Oporinum 1562. Cent. IV, c. X, p. 1284.
Patrz także J. de Maistre, Du Pape, liv. 1. ch. XV.
(19) Dom Guéranger, La
Monarchie pontificale.
(20) Czytelnika chcącego kwestię
tę w najdrobniejszych, wyczerpujących poznać szczegółach odsyłamy do historii
krytycznej Liberiusza, ogłoszonej w Acta Sanctorum, t. VI, artic. P. Stilding; Dissertation sur le pape Libère par l'abbé
Corgne; Fr. Ant. Zachariae Dissert. de commentitio Liberii lapsu, in Thes.
theol. Venet. 1762, t. H, p. 580, także Gallaud, Biblioth. veter. PP.
t. V.
(21) Patrz J.
Chantrel, Histoire popul. des papes, vol. III, p. 167. Menochius,
uczony Jezuita ur. w r. 1576 prof. Pisma św. Holstenius uczony
protestant naprzód, później bibliotekarz Watykański ur. w 1594 r.
(22) Rufin. Hist.
Eccl. lib. 8. c. 27.
(23) Menologium to co u
Łacinników Martyrologium, katalog świętych, męczenników.
(24) Oprócz wyżej ukazanych
dzieł, rozpraw wyczerpujących kwestie Liberiusza Papieża, wspomnieć tu jeszcze
powinniśmy o drogocennej pracy ks. Constant pt. Histoire et
l'Infaillibilité des Papes t. I. ch. VII.
(25) Comte de Beaufort, Histoire
des Papes.
(26) Eutychianie, zwani
tak od Eutychesa, archimandryty jednego z klasztorów w Konstantynopolu,
inaczej jeszcze monofizyci, utrzymywali iż w Chrystusie Panu jedna jest
tylko natura, przecząc prawdziwości Jego człowieczeństwa. – Potępieni zostali
uroczyście na Soborze w Chalcedonie w 451 r.
(27) Liberat. c. 22. Procop. Hist.
arcan. c. I.
(28) Rohrbacher, Hist. Univ.
de l'Eglise, t. V, pag. 123.
(29) Liberat. c. 22.
(30) Facund. l. 4, c. 3 et 4.
(31) Labbe, t. 5. Epist. 12, 13,
14.
(32) Dyptychy św. były to
tak zwane tablice czy księgi, w których zapisywano imiona Papieży, patriarchów,
biskupów, które czytano w czasie uroczystych nabożeństw na znak jedności
duchownej i czci im składanej. Wykluczenie z dyptychów oznaczało klątwę.
(33) Labbe, t. 5, p. 407 et seq.
(34) Labbe, t. 5,
p. 408.
(35) Tamże, p. col.
340 i 605.
(36) Liber
pontif. seu Anast. Bibl.
(37) Du Concile,
tome I, p. 157.
(38) "Za prawowierne uznanym
jest przez Ojców pismo Ibasa biskupa".
(39) "Za prawowierne uznanym
jest przez Ojców pismo biskupa Ibasa. Co zaś do rzeczy krzywdzących
błogosławionej pamięci Cyryla, zawartych w tymże liście, wskutek błędnego
pojęcia, Ojcowie świętego Chalcedońskiego Soboru, zgoła ich nie przyjęli,
jakkolwiek uznali prawowierność listu". Labbe, Concilia,
t. V, col. 370.
(40) Labbe, Conc.,
t. V, col. 576. Dom Guéranger, La Monarchie pontificale, p. 105. "Jeśliby
kto bronił listu, który, jak mówią, napisał Ibas do Marina Persa heretyka,
niech będzie wyklęty".
(41) Tamże, col. 596. Cenna pod
każdym względem praca uczonego opata Benedyktynów z Solesmes O. Guérangera,
zawiera nieprzepartą odpowiedź na wszystkie sofizmatyczne twierdzenia i wnioski
Msgra Mareta ogłoszone w dziele jego Du Concile et de la paix religieuse.
Wiadomo jednak, iż biskup ten rychło po wydanych uchwałach Soboru
Watykańskiego, poddał się im całkowicie, odwołując wszystko, co w pracy swojej
przeciwnego im napisał.
(42) Tom I, ex pag.
259.
(43) La
Monarchie pontificale, p. 100 et 101.
(44) Rohrbacher, Hist.
Univ. de l'Eglise Cath., t. V, p. 148.
(45) Tome 1er, p.
266.
(46) Qui nimis
probat – nihil probat.
(47) La Monar.
pontif., pag. 103.
(48) Du Concile,
t. I, pag. 159.
(49) La Monar.
pontif., pag. 106.
(50) De Marca, De
Vigilii Decreto, Labbe, t. V.
(51) "Quod
scripsistis, quia epistolam meam reginae Theodelindae minime transmittere
voluistis, pro eo quod quinta Synodus in ea nominabatur; si eam exinde
scandalizari posse credidistis, recte factum est ut minime transmitteretur.
Unde nunc ita facimus, sicut Vobis placuit, ut quatuor Synodos solummodo
laudaremus, et quintae Synodi nullam mentionem faceremus". Ad Constantium Mediolanensem. Epist.
XXXVI. lib. III.