niedziela, 11 sierpnia 2019

Czerwone Ludobójstwo

Największa zbrodnia w dziejach ludzkości

Szwecja – 1946, Japonia – 1948, Wielka Brytania – 1967, Finlandia – 1970, USA – 1973, Dania – 1973, Cypr – 1974, Francja – 1975, Austria – 1975, Islandia – 1975, Niemcy – 1976, Nowa Zelandia – 1977, Włochy – 1978, Norwegia – 1979, Holandia – 1981, Turcja – 1983, Grecja – 1986, Kanada – 1988, Belgia – 1990, RPA – 1996, Szwajcaria – 2002, Portugalia – 2007, Hiszpania – 2010, Urugwaj – 2012, Luksemburg – 2013
To nie są daty zwycięskich wojen czy rozgrywek sportowych. To daty największych klęsk XX wieku – legalizacji zabijania dzieci nienarodzonych. Oczywiście ta lista jest dalece niekompletna i w gruncie rzeczy zafałszowana, bo obejmuje tylko momenty legalizacji aborcji „na życzenie”. A przecież w wielu krajach taką legalizację poprzedzały prawa dopuszczające tę zbrodnię „tylko” w niektórych wypadkach, np. gwałtu, upośledzenia płodu czy zagrożenia życia lub zdrowia matki – a więc takie, jak dzisiaj w Polsce, która na tle Europy i w ogóle świata zachodniego uchodzi za kraj pod tym względem „zacofany”. Trzeba więc pamiętać, że każdy „kompromis aborcyjny” prędzej czy później prowadzi do legalizacji aborcji „na życzenie”, a nie do całkowitej ochrony życia.

Czerwone ludobójstwo

Historia tej największej zbrodni w dziejach ludzkości – która liczbowo już dawno przerosła wszystkie wojny i holokausty XX wieku – zaczęła się prawie sto lat temu. Znamy nawet dokładną datę: 18 listopada 1920 r. Tego dnia bolszewicki rząd Lenina jako pierwsza władza państwowa na świecie zniósł wszelkie kary za zabijanie dzieci nienarodzonych. Tym aktem Włodzimierz Lenin i jego towarzysze potwierdzili swoją szatańską rolę w historii. Co ciekawe, inny ludobójca z tej samej partii, Józef Stalin, w 1936 r. znacznie ograniczył tę swobodę aborcyjną (podobnie jak i swobodę udzielania rozwodów), co jego główny oponent, Lew Trocki, uznał za dowód postępującego „konserwatyzmu” reżimu sowieckiego. A więc jeden z największych morderców w dziejach paradoksalnie przyczynił się do ocalenia jakiejś liczby swoich najsłabszych poddanych.
I kolejny paradoks: po śmierci Stalina, gdy komuniści przestali masowo mordować i zamykać w więzieniach swoich przeciwników, jednym z przejawów „odwilży” stał się powrót do leninowskiej swobody aborcyjnej – najpierw w Związku Sowieckim w 1955 r., a potem w pozostałych krajach bloku komunistycznego. Na tej fali 27 kwietnia 1956 r. sejm PRL uchwalił ustawę o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, która legalizowała aborcję „ze względów społecznych”, czyli faktycznie „na życzenie”. I tylko jeden poseł miał odwagę głośno zaprotestować przeciwko temu barbarzyństwu – był to katolicki pisarz Jan Dobraczyński. Co ciekawe, tego samego dnia ten sam sejm przyjął ustawę o amnestii, dzięki której tysiące „wrogów ludu” mogło opuścić komunistyczne więzienia…

Niepodległa, lecz nie katolicka

Ustawa z 1956 r. obowiązywała w Polsce przez 37 lat, do momentu przyjęcia przez sejm RP sławetnego „kompromisu aborcyjnego”, czyli ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży z 7 stycznia 1993 r. Ustawy, która musiała być rozczarowaniem dla obrońców życia, liczących na to, że Trzecia Rzeczpospolita całkowicie odetnie się od największej zbrodni PRL i powróci do katolickich korzeni naszego narodu.
Trzecia Rzeczpospolita i jej elity polityczne wolały jednak powrócić do tradycji II Rzeczypospolitej. Bo – wbrew naiwnej legendzie – międzywojenna Polska wcale nie była państwem katolickim. Świadczy o tym choćby długa lista masonów zajmujących wysokie stanowiska państwowe, począwszy od pierwszego prezydenta II RP, do dziś uchodzącego za „męczennika demokracji”, po większość premierów i dużą część ministrów po przewrocie majowym z 1926 r.
Ale najbardziej wymownym świadectwem prawdziwego oblicza sanacyjnej Polski jest kodeks karny, który wszedł w życie 1 września 1932 r. Wprowadzał on kary do 3 lat więzienia dla kobiety, która dopuszcza się lub zezwala na „spędzenie płodu”, i do 5 lat więzienia dla osoby, która tego dokonuje lub udziela przy tym pomocy. Jednocześnie w kodeksie zapisano, że nie ma przestępstwa, jeśli „zabieg” został dokonany przez lekarza i był „konieczny ze względu na zdrowie ciężarnej” albo ciąża była wynikiem przestępstwa wymienionego w czterech innych paragrafach kodeksu karnego: chodziło o osoby nieletnie, upośledzonych umysłowo, gwałt, kazirodztwo, nadużycie stosunku zależności lub wyzyskanie krytycznego położenia.
Trudno nie zauważyć podobieństwa tych przepisów do obecnie obowiązującego w Polsce prawa aborcyjnego, które dla współczesnych aborcjonistów i tak jest „skrajnie restrykcyjne”. Ale trzeba też pamiętać, że wskutek przyjęcia kodeksu karnego z 1932 r. międzywojenna Polska stała się drugim na świecie – po Związku Sowieckim – krajem, w którym zalegalizowano zabijanie dzieci nienarodzonych!
Oczywiście także i ówczesne lobby aborcyjne liczyło na więcej. Najlepiej świadczy o tym publicystyka Tadeusza Boya-Żeleńskiego i jego kochanki, Ireny Krzywickiej (z domu Goldberg), zwłaszcza na łamach „Wiadomości Literackich”, które przed wojną spełniały mniej więcej taką rolę, jak „Gazeta Wyborcza” w naszych czasach. Boy-Żeleński to bez wątpienia ważna postać dla polskiej kultury, świetny tłumacz i znawca literatury, ale też jedna z najbardziej mrocznych figur w establishmencie II RP właśnie ze względu na swoje zaangażowanie w walkę o zabijanie nienarodzonych i niszczenie tradycyjnej rodziny (szczególnie perwersyjne było ukute przez niego pojęcie „piekło kobiet”, mające uzasadniać aborcję, antykoncepcję i rozwody).
Niewiele by jednak zdziałali Boy z Krzywicką, gdyby Polską lat trzydziestych rządziły katolickie elity. Tak jednak nie było. Weterani Legionów, a nieraz jeszcze Organizacji Bojowej PPS, którzy po 1926 r. przejęli ster władzy w Rzeczypospolitej, jakże często byli faktycznymi bezbożnikami, którzy – za przykładem Józefa Piłsudskiego – formalnie przyjmowali protestantyzm, by móc się rozwieść i związać z nową „żoną”. Takie rozwiązłe życie prowadzili nawet ludzie noszący stopnie generalskie lub teki ministerialne, więc nie powinno ono dziwić w przypadku całych zastępów niższych urzędników. Kodeks karny z 1932 r. nie był zatem przypadkiem, lecz logiczną konsekwencją moralnego oblicza sanacyjnej elity władzy.
Co ciekawe, tej straszliwej decyzji zwykle się przedwojennym piłsudczykom nie pamięta. Wypomina im się najrozmaitsze grzechy – od brutalnej walki z opozycją i obozu w Berezie Kartuskiej po fatalną politykę zagraniczną, która doprowadziła do klęski w 1939 r. – ale ten najgorszy z grzechów, legalizacja dzieciobójstwa, jakoś dziwnie został im zapomniany. To prawda, że prawo komunistyczne z 1956 r. było znacznie gorsze, podobnie jak decyzja ministerstwa sprawiedliwości III Rzeszy z 9 marca 1943 r., znosząca karalność aborcji wobec „kobiet ze Wschodu”, w tym także Polek. Ale nie wolno zapominać, że ten niechlubny marsz ku masowemu zabijaniu najmniejszych Polaków rozpoczął się w niepodległej II Rzeczypospolitej, której stulecie już niebawem będzie hucznie obchodzone.

Świadectwo i przestroga

Historia jako refleksja o dziejach ma sens tylko wtedy, gdy oparta jest na prawdzie, a nie na mitach. Dlatego warto sięgać zwłaszcza po te świadectwa, które odrzucają fałsze historycznej mitologii. Takim świadectwem jest powieść o jednoznacznym tytule Kainka – bodaj jedyna w polskiej literaturze katolicka powieść antyaborcyjna. To niezwykła książka, bo ukazała się tylko raz, i to w „drugim obiegu”, jako reakcja na zbrodniczą ustawę z 1956 r. Jej autorem był Stanisław Tworzynowski – pod tym pseudonimem krył się ksiądz Stanisław Tworkowski (1901–1999), obrońca Warszawy przed bolszewikami z 1920 r., kapelan i pułkownik Armii Krajowej, długoletni kapłan wielu warszawskich i podwarszawskich parafii (73 lata w kapłaństwie!), cieszący się zaufaniem prymasów Wyszyńskiego i Glempa, przedwojenny narodowiec, obrońca Tradycji katolickiej i krytyk zmian posoborowych, wreszcie niestrudzony obrońca nienarodzonych, współzałożyciel w 1977 r. Polskiego Komitetu Obrony Życia i Rodziny.
Za nielegalne wydanie Kainki ks. Tworkowski został aresztowany i skazany w 1960 r. na sześć tygodni więzienia. Zapewne jednak warto było odcierpieć te i inne szykany, jakich ten odważny kapłan doświadczył z rąk komunistów, bo jego książka (napisana jeszcze w 1942 r. w okupowanej Warszawie) jest wstrząsającym świadectwem postępującego upadku moralnego międzywojennej Polski.
Bohaterka powieści, Jola Bożymówna, to studentka, która „wpadła w oko” sanacyjnemu dygnitarzowi i stała się jego kochanką. Beztroskie, zabawowe życie na koszt wysoko postawionego „sponsora” kończy się w momencie, gdy Jola zachodzi w ciążę. Panie z „wysokich sfer”, wśród których obraca się dziewczyna, zachęcają ją do aborcji, a nawet kierują ją do odpowiedniego lekarza, zaś kochanek oczywiście pokrywa wszelkie koszty „zabiegu”. Jednak Jola nie jest aż tak zepsuta, jak środowisko jej „sponsora”, i leżąc na fotelu ginekologicznym zaczyna odczuwać wyrzuty sumienia. Jest już za późno na zmianę decyzji, ale po zabiciu dziecka bohaterka powieści przeżywa coraz większe rozterki moralne, aż w końcu trafia na rekolekcje dla kobiet w jednym z warszawskich kościołów. Tam słyszy o zbrodni dzieciobójstwa i nie mogąc dać sobie rady z wyrzutami sumienia, postanawia popełnić samobójstwo, na szczęście nieskutecznie.
Obok zdemoralizowanej elity mamy w tej książce także obraz innej Polski – katolickiej i zdrowej moralnie. Oczywiście literatura piękna kieruje się swoimi prawami, więc pewne typy ludzkie mogą być tu przerysowane, zwłaszcza że powieść ks. Tworkowskiego miała wyraźny cel: pokazanie prawdy o zbrodni aborcji i przypomnienie katolickiego nauczania moralnego. Ale choć jest to tylko fikcja literacka, a książka powstała 75 lat temu, to warto by ją wydać także dzisiaj. Bo dzisiejsze elity wcale nie są lepsze od tamtych, a proceder mordowania najsłabszych trwa nadal – obojętnie, czy „w majestacie prawa”, czy wbrew niemu.

https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/2488

Ksiądz to Alter Christus – Drugi Chrystus




ks. Hubert Kuszpa FSSPX

Alter Christus – Drugi Chrystus

„Chwalcie słudzy Pana, który podnosi z ziemi biednego i z gnoju wywyższa ubogiego, aby go posadzić z książętami” (Ps 112)
Podczas święcenia każdego kapłana Pan Bóg dokonuje przez biskupie ręce i usta cudu, który przerasta wielokrotnie naturalne stworzenie całego uniwersum. Bo oto ten mężczyzna, będąc najzwyklejszym i najnędzniejszym z ludzi, co gorsza będąc nawet grzesznikiem, został wybrany, aby stać się kapłanem. Ziściły się na nim słowa psalmu 112: „Chwalcie słudzy Pana, który podnosi z ziemi biednego i z gnoju wywyższa ubogiego, aby go posadzić z książętami”. Kim jest kapłan? Czym jest kapłaństwo? Wydaje mi się, że najprostszą definicją kapłana jest alter Christus, tzn. drugi Chrystus. Kapłan katolicki to nikt inny jak drugi Chrystus, a kapłaństwo katolickie to nic innego jak przedłużenie kapłaństwa Chrystusowego, jak przedłużenie tajemnicy Jego wcielenia.
Pan Bóg stworzył człowieka, aby ten, po krótkiej próbie na ziemi, cieszył się wiecznie obecnością Boga w niebie. Ale człowiek wzgardził tą miłością przez swój grzech. I chociaż zasłużył przez to na wieczne potępienie, to jednak dobry Ojciec w niebie tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał (J 3, 16) – postanowił, że ma się stać człowiekiem, aby przez mękę krzyżową odkupić całą ludzkość. I Słowo Boże stało się ciałem. Syn Boży zstąpił na ziemię, przebywał pośród nas, nauczał nas wszystkiego, co przekazał Mu Ojciec, wskazywał nam drogę do Królestwa Niebieskiego, dał nam przykład doskonałych cnót, leczył nasze słabości, uwalniał nas spod wpływu złych duchów, pocieszał stroskanych, spędzał całe noce na modlitwie za nas, ażeby w końcu dać dowód swojej największej miłości ku nam i położyć swe drogocenne życie za nasze grzechy. Zmartwychwstając po trzech dniach, przekonał nas ostatecznie o prawdziwości swojego posłannictwa. Chociaż po swoim zmartwychwstaniu przebywał wśród nas jeszcze 40 dni, to jednak było wskazane, żeby opuścił ziemię i powrócił do Ojca Przedwiecznego. Ale jako Wcielona Mądrość nie chciał nas opuszczać całkowicie. Chciał, aby Jego dzieło zbawienia było kontynuowane na ziemi przez Jego sługi, przez Jego kapłanów, tak, żeby On sam był w nich i działał przez nich. Dlatego mówi się o kapłanie alter Christus. To twierdzenie ma swoje odbicie w rycie konsekracji podczas Mszy św. Osoba kapłana niejako zanika w czasie tego rytu. Kapłan wymawia słowa opisujące postępowanie Chrystusa w czasie ostatniej wieczerzy, samemu wykonując jednocześnie gesty odpowiadające dokładnie tym słowom, podnosi wzrok do nieba, dziękczyni i błogosławi, jakby sam był Chrystusem. Następnie kapłan wypowiada dokładnie te same słowa konsekracji, które wypowiedział Chrystus podczas ostatniej wieczerzy. Nie mówi: „Oto Ciało Chrystusa”, tylko „Oto Ciało moje”. Podobnie postępuje przy konsekracji kielicha. Właśnie w tym momencie możemy najdobitniej odczuć identyfikację kapłana z Jezusem Chrystusem.
Również w innych sakramentach kapłan kontynuuje dzieło Chrystusa na ziemi. Podczas chrztu wyrywa dusze ze szponów szatana i okowów grzechu pierworodnego, aby je na nowo oddać Bogu. W konfesjonale kilkoma słowy odpuszcza grzechy, podobnie jak Chrystus oczyszczał grzeszników z ich nieprawości. A czyż przez kapłana na ambonie nie przemawia sam Pan nasz Jezus Chrystus, tak jak dawniej pouczał lud żydowski? Czyż to nie sam Chrystus wypędza szatana z ciał opętanych ludzi, kiedy kapłan wypowiada słowa egzorcyzmu? Tak samo jak Chrystus przed 2 tys. lat modlił się słowami psalmów w intencji powierzonych sobie dusz, tak dzisiaj kapłani są zobowiązani do codziennej modlitwy brewiarzowej – to w nich i przez nich modli się Chrystus. Widzimy, że zadanie kapłana jest takie samo, jakim było zadanie Chrystusa – mianowicie zbawienie świata, zbawienie niezliczonych dusz ludzkich.
Pan Bóg tak rozporządził, że z wielkimi zadaniami tu na ziemi związane są również wielkie godności i przywileje, bez których wykonanie powierzonego zadania byłoby niemożliwe. Spójrzmy tylko na Najświętszą Maryję Pannę – z Jej rolą Matki Bożej było związane wyniesienie Jej na Królową Nieba i ziemi. Podobnie kapłan musi być postrzegany i czczony, jak już powiedzieliśmy wcześniej, jako drugi Chrystus. Wprawdzie pozostaje nadal grzesznikiem jak pozostali ludzie, ale wraz z charakterem kapłańskim wyciśniętym na jego duszy podczas święceń kapłańskich została mu przekazana obiektywna godność i świętość Chrystusowa. Pan Jezus powiedział: „Jako mię posłał Ojciec, i ja was posyłam” (J 20, 21), a gdzie indziej: „Kto was słucha, mnie słucha; a kto wami gardzi, mną gardzi” (Łk 10, 16), ponadto nazywał kapłanów światłością świata i solą ziemi. Św. Paweł nazywał kapłanów: „mężami Bożymi”, „szafarzami Bożymi” i „pomocnikami Bożymi”. Św. Jan Chryzostom „zbawicielami świata”, św. Klemens „widzialnymi obrazami Boga”. Św. Franciszek z Asyżu twierdził, że gdyby spotkał jednocześnie anioła i kapłana, najpierw oddałby pokłon kapłanowi ze względu na udzieloną mu władzę konsekracji, a dopiero potem aniołowi. Godność kapłańska okazuje się wreszcie z bojaźni, jaka przejmowała świętych na samą myśl o kapłaństwie. „Gdybym nie był kapłanem – mawiał św. Wincenty a Paulo – nigdy bym się nie odważył nim zostać, tak czuję się niegodnym tej świętej władzy”. Św. Proboszcz z Ars powiedział: „Gdyby ktoś wiedział, co to jest być kapłanem, uciekłby na pustynię, jak święci, aby nim nie zostać”. Rzeczywiście, mężowie takiej cnoty jak św. Cyprian, św. Atanazy, św. Jan Chryzostom, św. Ambroży, św. Grzegorz Wielki opierali się długo przyjęciu święceń, a św. Franciszek z Asyżu pozostał do śmierci diakonem, gdyż objawiono mu w widzeniu, że dusza kapłana winna być tak czysta jak naczynie kryształowe. Jakże wielka godność kapłana – tak, że możemy powiedzieć za św. Proboszczem z Ars: „Dopiero w niebie zrozumiemy wielkość kapłaństwa. Gdybyśmy ją zrozumieli na ziemi, umarlibyśmy nie z przerażenia, lecz z miłości”.
Jednak kapłaństwo to nie tylko godność i honory. Aby sprostać tak wielkiemu zadaniu nie wystarczy, aby kapłan był tylko obiektywnie świętym, ze względu na swój niezmywalny charakter kapłański. Aby skutecznie przekazać owoce ofiary kalwaryjskiej naszego Pana Jezusa Chrystusa musi on posiadać również świętość subiektywną, tzn. osobistą, która będzie odpowiadać tej obiektywnej. Jego tożsamość z Chrystusem nie może ograniczać się tylko i wyłącznie do godności kapłańskiej, ale musi rozciągać się również na zewnętrzne obyczaje, na cnoty, jak i całe życie wewnętrzne. Jego świętość powinna być tak wielka, żeby wierni widząc go mogli powiedzieć, że jest podobny do Chrystusa, że jest dla nich prawdziwym zastępcą Pana Jezusa na ziemi. Kapłan powinien móc powiedzieć za św. Pawłem: „Bądźcie naśladowcami moimi, jak i ja Chrystusa” (1 Kor 4, 16), a także „żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Gal 2, 20). Od świętości kapłana zależy nie tylko jego osobiste zbawienie, ale również wszystkich dusz jemu powierzonych, według słów św. Jana Marii Vianneya: „Jeżeli proboszcz święty, parafia dobra, jeżeli proboszcz dobry, parafia przeciętna, jeżeli proboszcz przeciętny, parafia zła, jeżeli proboszcz zły, nie ma już żadnej parafii”. Ale czyż młody człowiek, grzesznik i nędznik, być może większy niż wszyscy pozostali, na którego właśnie nałożono ręce i uczyniono go kapłanem, będzie w stanie podołać takim wymaganiom? Czyż inni kapłani, którzy po wielu latach walk o tę świętość, którzy po licznych porażkach przekonali się być może tylko o tym, że są jeszcze słabsi niż myśleli, czyż ci kapłani nie zniechęcą się, nie poddadzą się i porzucą pola bitwy, ograniczając swoje życie do szarej przeciętności? Pozostawieni swoim własnym siłom i wysiłkom rzeczywiście niczego nie wskórają. Tylko łaska Boża jest w stanie doprowadzić ich do wyznaczonych szczytów świętości. Ażeby tę łaskę sprowadzić na ziemię, potrzeba modlitwy – i tu zaczyna się wasze zadanie, umiłowani w Chrystusie. Musicie walczyć o waszych kapłanów na kolanach. Będą to długie i mozolne bitwy, będziecie często zniechęceni pozornymi porażkami, widząc ciągłe wady waszych duszpasterzy, ale nie poddawajcie się za żadną cenę! Pamiętajcie, że chodzi tutaj o wasze własne zbawienie, o zbawienie waszych dzieci i wszystkich potomnych. Według rozporządzenia Bożego możecie je osiągnąć tylko przez kapłanów, którzy są Jego zastępcami i pośrednikami na ziemi.
Z tego kazania powinniście zapamiętać i zastosować w życiu dwie rzeczy. Po pierwsze uświadomić sobie, jak wielką jest godność kapłana, że jest drugim Chrystusem i że dlatego należy go szanować i dziękować Panu Bogu za jego istnienie. Po drugie zawsze powinniście wspierać swoich kapłanów, przede wszystkim przez regularną modlitwę za nich, gdyż sami nie będą w stanie dźwigać brzemienia złożonego na ich barkach.
Kazanie wygłoszone podczas podróży poprymicyjnej


Wieża Babel

 

 

Wieża Babel

I

Gdy rzucę okiem dokoła siebie na wiedzę filozoficzną lub na to, co taką nazwę nosi, spostrzegam, że ogólny stan umysłów daje się streścić w jednym wyrazie: zamęt. Prawda jest rozwiązaniem zagadnień. Co się tyczy błędu, ma on wobec danych zagadnień rozliczne sposoby postępowania. Przybiera różne postawy, bo na drodze do nicości wiele znajduje się stacji. Rozróżniam trzy główne. Na pierwszej błąd mówi: Oto jest rozwiązanie zagadnienia – i daje rozwiązanie fałszywe. Na drugiej błąd nie próbuje nawet rozwiązać zagadnienia, ale stara się je sformułować i mówi: Oto zagadnienie, ale jest ono nierozwiązalne. Na trzeciej niezdolny ani postawić, ani rozwiązać zagadnienia, wygłasza tylko puste słowa bez związku.
Na pierwszej stacji napotykamy system, przybierający pozory zasadniczości, udający niewzruszoność, aby przedrzeźniać postawę prawdy. Na drugiej napotykamy jawną niemoc. Na trzeciej słyszymy bredzenie gorączkowe. Rzućmy okiem na dzieje świata, ujrzymy w nich postęp tego, co piętnujemy. Przede wszystkim człowiek musi cześć oddawać, człowiek zaczyna zawsze od czci i uwielbienia. Atoli, podczas gdy dziedzictwo święte przechowywało się nietknięte tylko u ludu wybranego, ku czemu zwróciła ludzkość swoje uwielbienie?
Wiecie, co mówi historia: oto wskazuje nam palcem woła Apisa. Ludzkość poczęła wielbić przyrodę i to jest istotą pogaństwa. Człowiek uczuł się słabym i zagrożonym wobec przyrody, widział działalność, której nie był sprawcą i cześć jej począł oddawać, aby ją sobie przejednać. Przypisywać przedmiotom widzialnym i zewnętrznym własną wolę i osobistość potężną, czcić te twory, jak gdyby one same w sobie miały źródło życia – oto jest pogaństwo.
Pogaństwo czci rzeczy zewnętrzne, królestwo zwierzęce, królestwo roślinne. Nagle człowiek, który bił pokłony przed cebulą, podnosi się i, zmieniając przedmiot swego bałwochwalstwa, gardzi rzeczami widzialnymi i poczyna wielbić siebie samego w swoim życiu intelektualnym i w swej myśli własnej, jak gdyby sam w sobie miał źródło życia. I oto jest racjonalizm. Racjonalizm, którego Fichte najzupełniejszym jest przedstawicielem, polega na wielbieniu własnego ja, czyli intelektualnego i moralnego życia człowieka. Jest to wyższa forma bałwochwalstwa.
Ale człowiek, uwielbiający samego siebie, nie jest zadowolony ze swego bóstwa. Nie jest zadowolony ani z bóstwa greckiego, którem jest natura, ani z bóstwa racjonalistycznego, którym jest człowiek; wytwarza sobie przeto jeszcze jedno bóstwo, będące połączeniem obu wyżej wymienionych. Racjonalizm i pogaństwo zespolone są ze sobą, dają panteizm. Panteizm jest jednoczesnym uwielbieniem życia zwierzęcego i moralnego człowieka, uwielbieniem człowieka i natury jako potęg identycznych w swej istocie i w swoim rozwinięciu, jako różnych objawów jedynej substancji, w sobie samej mającej źródło życia. Panteizm przedstawia nam błąd w jego formie najwyższej i absolutnej: jest to szczyt nicości. Pogaństwo, racjonalizm, panteizm – oto błędy, z których umysł nas może sobie zdać sprawę, błędy usystematyzowane, błędy mające swoje imię. Zwracam szczególną uwagę na tę ostatnią okoliczność. Przybyliśmy na drugą stację.

II

Pogaństwo ma wrogiego sąsiada, racjonalizm ma wrogiego sąsiada, panteizm ma wrogiego sąsiada. Ten sąsiad wspólny, ten wróg wspólny: to sceptycyzm. Trzy wymienione wyżej doktryny mają w sobie ziarno, z którego wyrasta sceptycyzm. Mitologia grecka, Fichte, Spinoza, Plato i Schelling noszą w swoim łonie Pyrrona, który prędzej czy później musi się z nich narodzić.
Gdy błąd nosi miano sceptycyzmu, nie rości już żadnej pretensji do chwały rozwiązania, chce tylko stawiać zagadnienia i na każde pytanie ducha ludzkiego odpowiada pytaniem: cóż mogę wiedzieć? Wszelako sceptycyzm ma jeszcze imię, zowie się sceptycyzmem. Ma jeszcze świadomość swego jestestwa; wie, że nic nie wie. Jest zatem pod nim jakaś podstawa. Bossuet, aby śledzić za postępem pośmiertnego rozkładu ciała, wystawia sobie je w trumnie. Przez pewien czas wiadomo, co to jest: jest to trup. Trup ma nazwę, ale po upływie tego czasu słowo ludzkie staje zakłopotane wobec niewiedzy czegoś, co nie ma już nazwy w żadnym języku. Nie ma już trupa: pozostaje jakieś nic, czy też jakieś nie wiedzieć co. Śledźmy podobnie za postępem rozkładu w świecie niewidzialnym.
Widzieliśmy wyżej i nazwaliśmy właściwymi nazwami różne trupy. Atoli teraz, gdy Schelling umarł, gdy Niemcy pogrążone w śnie śmiertelnym, oczekują zmartwychwstania, co robi błąd? Gdzie się znajduje? Znajduje się na trzeciej stacji. Weźcie mikroskop. Czy widzicie tam w dole uwijające się wciąż te nieskończenie maleńkie istotki? To są mali ludzie dzisiejsi, którzy już nawet czytać zapomnieli. Wy, którzy moglibyście być wielcy, gdybyście byli chcieli zgiąć kolana, Fichte, Schellingu, Heglu, jakże jesteście ukarani! Buntowaliście się na wyżynach, a oto kara dotknęła was nawet w tych, co się tam na dole uwijają. Co to za jedni? Co robią? Co mówią? Mówią coś, ale nic nie oznajmiają. Niepodobna ani określić, ani nazwać nawet ich błędu. Wstąpili w dziedzinę owego nie wiedzieć czegoś, o którem wyżej mowa. A jednak trzej ludzie genialni powstali ongi w Niemczech. Fichte, Schelling, Hegel głosili swe poglądy.
Jakże się stało, że stąd nie tylko nie wynikła prawda, ani nawet żadna szkoła błędu, żadna szkoła, mogąca nosić to miano? Dlaczego ci, którzy wymieniają imię Hegla jako imię swego ojca duchowego, są tylko śmiesznymi szkolarzami? Dlaczego Niemcy nie uwieńczyły się prawdą? Co takiego stało się tam na wyżynach? Na wyżynach, gdzie tak dobrze byłoby modlić się. Niemcy znieważały Kościół, przed którym cedry na szczytach Libanu, pod grozą śmierci, zniżać muszą najwynioślejsze swe wierzchołki. 1 Niemcy dotknięte zostały karą: pozostały bezpłodne. Bunt dokonał się w świecie niewidzialnym: kara uderza nasze oczy. Mamy ją przed sobą jako naukę. Fichte, Schelling, Hegel niczego nie dokonali. Bóg, który nie pozbywa się nigdy swej niezawisłości ni swej chwały, odmówił im swoich tajemnic. Dlaczegóż więc dał im geniusz, skoro mieli go zmarnować bezpłodnie? Może dlatego, aby świat ujrzał, dokąd zachodzi geniusz ludzki, gdy o własnych tylko idzie siłach. Inne jeszcze pytanie. Pojmujemy, że nie znaleźli prawdy, ale dlaczego nie pozostawili jakiejś pomnikowej szkoły błędu? Przyczyna tego bardzo prosta i bardzo głęboka. Wyczerpali błąd.
Hegel dał ostateczny wyciąg błędu i zawarł go całkowicie w jednym słowie. Jego formuła wypisana jest na drzwiach szkoły szatana, który teraz wyśmiewa się z naśladowców i wzywa ich, aby prześcignęli mistrza. Szatan rozpoznał siebie w formule heglowskiej, uczcił ją jako rzecz sobie przynależną, bo Pycha, Szatan i Hegel ten sam wydają okrzyk: Byt i Nicość są tożsamością. Ponieważ mistrzowie niemieccy nie schylili się dość nisko, aby być słyszanymi od uczniów francuskich, którzy w ogóle niewysokiego są wzrostu i tępego słuchu, więc biedni uczniowie w okrutnym znaleźli się kłopocie. Ażeby powtórzyć lekcję, trzeba było ją słyszeć. Owóż jeden pochwycił taki wyraz, inny owaki, ten zapamiętał przymiotnik, tamten rzeczownik. I cóż z tego wynikło? Zszyli jakoś te strzępy porozrywane; ale owe urywki zdań, obok siebie umieszczone, nie miały sensu, a uczniowie nie spostrzegli tego wcale. Uczniowie uczniów, tworzący pewną część publiczności francuskiej, zawołali jak w molierowskim „Lekarzu mimo woli”: To tak piękne, że nic tego nie rozumiemy!… Jakoż istotnie, odgrywając komedię w języku niezrozumiałym tak dla publiczności, jak i dla siebie samych, aktorzy bez obawy mogli wygłaszać wszelkie wyrazy, jakie tylko ślina im do ust przyniosła. Charakterystyczną cechą wielu tych, co we Francji plotą o filozofii, jest nieuctwo, niemal że cudowne. Ponieważ fundamenty gmachu nie zostały założone, więc każdy na chybił trafił rzuca kamień na kupę w przypuszczeniu, że z tych wszystkich kamieni może sam przez się powstanie budynek. Niepodobieństwem byłoby tym ludziom ani porozumieć się, ani też zwalczać się nawzajem; nie mogą oni ani zawrzeć pokoju, ani prowadzić wojny.
Spytajcie ich, co to jest Bóg. Nie mają o Nim żadnego pojęcia, bądź prawdziwego, bądź fałszywego, a jeśli chcecie sięgnąć do głębi ich myśli lub tego, co oni nazywają swą myślą, zobaczycie, że Bóg jest dla nich abstrakcją. Ale sami oni o tym nie wiedzą, bo z niczego nie zdają sobie sprawy w sposób dokładny. Spytajcie ich, czy uznają Boga katechizmu będącego zarazem Bogiem wiedzy? Niezupełnie.
Spytajcie ich, czy Go odrzucają?
– Niezupełnie.
Czy chcą innego?
– Niekoniecznie.
Czy nie chcą żadnego?
– I to nie.
Istota, którą sobie wyobrażają, jeśli w ogóle do czegokolwiek jest podobna, jest jakimś uroczystym kształtem nicości. Ciągnijmy dalej ich katechizm, którym zastąpili katechizm właściwy.
Czy Jezus Chrystus jest Bogiem?
– Niezupełnie.
Więc nie jest Bogiem?
– Nie mówię tego zupełnie; posuwasz się za daleko. Chrystus jest czymś podobnym nieco do Boga; ponieważ jednak nie wiem, czym jest Bóg, nie mogę więc powiedzieć dokładnie, czy Chrystus jest zupełnie tym samem co Bóg.
Więc czy Chrystus jest Bogiem, tak jak Kościół naucza?
– Niezupełnie; zresztą nie biorę tego wyrażenia w tym samem znaczeniu, co ty.
Jakiego wyrażenia? Wyrażenia: Chrystus jest Bogiem. W jakimże znaczeniu więc je bierzesz?
– W znaczeniu nowoczesnym, w znaczeniu szerokim, w znaczeniu filozoficznym.
Jakież to jest owo znaczenie nowoczesne, znaczenie szerokie, znaczenie filozoficzne?
– Zbyt mię do muru przypierasz. Jestem chrześcijaninem, a nie katolikiem.
Więc jesteś protestantem?
– Niekoniecznie.
Czymże więc jesteś? Każdy człowiek, głoszący się chrześcijaninem, jeśli nie jest katolikiem, musi być uznany za protestanta.
– Ja wyznaję religię przyszłości.
Czyż myślisz, że Bóg ulegnie zmianie lub ustąpi miejsca innemu bogu?
– Niezupełnie tak. Idziesz znowu za daleko.
Podobny dialog możecie zawsze usłyszeć, gdy zechcecie, wyjąwszy tylko zawartą w nim dobroduszną naiwność, którą tu przypisuję przeciwnikowi, a która zastąpiona będzie przez uroczystą przemowę. Istota rzeczy jednak pozostanie ta sama. Przeciwnik wasz zaprzeczać będzie sobie samemu w tej samej prawie mierze, co i wam zaprzecza. Daremnie szukać będziecie jego doktryny, nie znajdziecie jej. Gdy będzie wam się zdawało, że już ją trzymacie, wymknie się wam, zmieni swą postać, jeżeli w ogóle to, co nie istnieje, może ulegać zmianom. Chcecie posiąść tajemnicę tej rzeczy, która nie może mieć imienia, ponieważ nie ma bytu, posiadającego jedynie prawo do imienia – rzeczy, która uchodzi za filozofię u czytelników „Przeglądu dwóch światów”? Chcecie wiedzieć, co to jest za doktryna? Jest to drobna moneta formuły heglowskiej, przeznaczona na użytek tych, którzy nie mogą znieść całkowitej sumy jej wyników. Jest to praktyka teorii heglowskiej, przeznaczona na użytek tych, którzy nie mają siły spojrzeć wprost w jej oblicze. Byt i Nicość są tożsamością, powiedział mistrz. Mówmy cokolwiek na chybił trafi, powtarzają uczniowie. A nie sądźcie, że rozumieją oni związek, łączący ich z Heglem.
Oni absolutnie nic nie rozumieją. Posłuszni są prawu, które ich na dół popycha, ale nie rozumieją ani tego prawa, ani w ogóle żadnej rzeczy. A jednak publiczność współczesna patrzy i zachwyca się; należy powiedzieć raczej: zachwycała się, gdyż obecnie przestała się już zachwycać, i zobojętniawszy zupełnie tak dla Bytu jak i dla Nicości, zapadła w sen. Ale to postęp wątpliwej wartości. Czas już, aby zrozumiała, że sobie z niej zadrwiono; czas powiedzieć trupom, zawalającym drogę: Ustąpcie przed życiem! Ustąpcie przed światłem! Ludzkość nie chce gnić razem z wami. Oto głowa potężna znalazła formułę i syntezę błędu. Odtąd wszelki błąd jest tylko powtórzeniem. Idźcie precz! Idźcie precz niefortunni uczniowie, niezdolni wydać należycie lekcji ile wyuczonej w języku, którego sami nie rozumiecie. Idźcie precz i starajcie się, aby o was zapomniano, bo jeśli przypadkiem jakiś erudyta przypomni sobie o was za lat dziesięć, trudno powiedzieć, z jak potężnym wybuchem śmiechu wymieni wasze imiona. Liczyliście na noc wiecznotrwałą, a oto dzień już świta. Idźcie precz! Jesteście umarli. Z licznego zastępu słuchaczy pozostała wam tylko garstka dobrodusznych mieszczuchów, słuchających was z otwartymi ustami. Są to ci, co nie dosłyszeli jeszcze odzywającej się z dala pobudki przebudzenia. Jesteście umarli, zupełnie umarli i łaska Boża nie wskrzesi was dnia trzeciego. Dotykam pulsu Europy i czuję, że ona pragnie żyć: a zatem jesteście umarli. Wasz kamień grobowy nie należy do tych, które mogą być podniesione; myśl ludzka musiałaby zagasnąć, gdyby nie zastąpiła próżni pełnią, a Hegla – prawdą. Jedna tylko jest rzecz młoda na ziemi, a tą jest chrześcijaństwo. Jego wrogowie obecni przez swoją mierność pozwalają nam widzieć dokładnie próżnię błędu. Okazują go takim, jakim jest: zawiłą nicością. Korzystajmy z ich uczynności. Jeśli nie słuchaliśmy świadectwa prawdy, posłuchajmy świadectwa błędu, posłuchajmy głosu zgnilizny: ma ona właściwą sobie wymowę.
Jeśli nie chce być podobną do robaka mogilnego, który umiera, gdy go oddalą od trupów, niechże wiedza uczyni wysiłek, jaki czynią kwiaty: niech szuka słońca! Niech idzie do Galilei! Tam oczekuje ją wieczna młodość; tam anioł na nią czeka, aby ją poprowadzić ku Temu, którego poszukuje, a który jest Nieśmiertelny – Zmartwychwstały.
Za: Ernest Hello, Studia i szkice, Lwów 1912. Nakładem Księgarni Polskiej B. Połonieckiego.

Rozmowa Pawła VI z abp. Lefebvre’em

Rozmowa Pawła VI z abp. Lefebvre’em

Paweł VI
17 maja br. Katolicka Agencja Informacyjna zamieściła w swoim serwisie internetowym artykuł pt. Opublikowano zapis rozmowy Pawła VI z abp Lefebvre’m, będący w zasadzie tłumaczeniem wpisu pt. Ecco il verbale segreto dell’incontro fra Paolo VI e Lefebvre z witryny „Vatican Insider”; z polskim tekstem można się zapoznać także na stronie „Gościa Niedzielnego”. Znany dziennikarz Andrzej Tornielli poinformował w artykule, że wydana w maju br. książka zatytułowana La barca di Paolo (Łódź Pawłowa), poświęcona pontyfikatowi papieża Montiniego (jej autorem jest regens Prefektury Domu Papieskiego, ks. Leonard Sapienza), zawiera transkrypt1 rozmowy, jaką podczas audiencji udzielonej mu 11 września 1976 r. w Castel Gandolfo abp Marceli Lefebvre przeprowadził z Pawłem VI w obecności abp. Jana (Giovanniego) Benellego, substytuta w Sekretariacie Stanu oraz prałata Paskala Macchiego, prywatnego sekretarza papieża2.
Książka ks. Sapienzy, zawierająca różne niepublikowane dotąd dokumenty – m.in. dwa listy z decyzją o rezygnacji z urzędu papieskiego, przygotowane przez Pawła VI i datowane na 2 maja 1965 r. (a więc w dwa lata po wyborze na Stolicę Piotrową) na wypadek choroby, która uniemożliwiłaby mu dalszą posługę (wł. in caso di malattia invalidante)3 – została, co oczywiste, napisana i wydana w perspektywie zapowiedzianej na 14 października br. kanonizacji papieża Montiniego. W podobnej perspektywie został napisany wspomniany artykuł w „Vatican Insider”; czytelnik może zeń poznać krótką historię wydarzeń, które doprowadziły do ukarania abp. Lefebvre’a suspensą a divinis, a następnie do dramatycznego spotkania w Castel Gandolfo. Obraz rozmówców, jaki wyłania się z artykułu, jest jednoznaczny: z jednej strony zatwardziały w nieposłuszeństwie abp Lefebvre (Paweł VI: „Waszej Ekscelencji powiedziano i napisano wiele razy, że się myli i dlaczego się myli. Wasza Ekscelencja nigdy nie chciał słuchać. […] Gdyby Wasza Ekscelencja podjął wysiłek, aby zobaczyć i zrozumieć to, co czynię i mówię każdego dnia, by zapewnić Kościołowi wierność wobec wczoraj oraz wymagań dnia dzisiejszego i jutrzejszego, to nie doszedłby do tej bolesnej sytuacji, w której się znajduje […]”), z drugiej – udręczony, bolejący nad krnąbrnością francuskiego hierarchy, ale także nad problemami w Kościele papież, który jest pełen pokory („Z pokorą przyjmuję reprymendy Waszej Ekscelencji”) i który z całych sił nieustannie pracuje dla dobra tego Kościoła („Każdego dnia pracujemy z wielkim wysiłkiem i z równym uporem, by wyeliminować pewne nadużycia, niezgodne z obowiązującym prawem Kościoła, które jest prawem Soboru i Tradycji. […] To my pierwsi ubolewamy z powodu nadużyć. Jesteśmy pierwszymi i najbardziej dbającymi o szukanie lekarstwa”). Papież, który – jak do tamtej pory bezskutecznie – starał się („Trzykrotnie Paweł VI pisał listy do arcybiskupa i posyłał swoich wysłanników, by odwiedzili siedzibę tradycjonalistów”) zażegnać rozłam, jaki tamtego „gorącego lata” 1976 r. groził Kościołowi. Czy jednak ten obraz dobrego papieża i złego arcybiskupa jest prawdziwy?
Nie ma tu miejsca ani na szeroki opis relacji abp. Lefebvre’a z Rzymem (został on zresztą przedstawiony w kilku książkach), ani na szczegółową analizę wypowiedzi Pawła VI. Przyjrzyjmy się bliżej jednemu fragmentowi artykułu:
„Jeśli Wasza Ekscelencja nie jest przeciwko Soborowi – mówił dalej Paweł VI – to musi się do niego stosować, do wszystkich jego dokumentów.”
Przekonanie, że dokumenty II Soboru Watykańskiego w całości należą do depozytu wiary, a ich ranga doktrynalna jest niepodważalna (a więc muszą być w całości i bez zastrzeżeń uznane przez wszystkich katolików), było rozpowszechniane (przykładowo w pierwszym liście, jaki 29 czerwca 1975 r. Paweł VI wysłał do abp. Lefebvre’a, papież napisał m.in.: „Jak można zatem […] zwalczać […] sobór taki, jak II Sobór Watykański, o autorytecie nie mniejszym aniżeli Sobór Nicejski, a pod pewnymi względami nawet większym?”; z kolei w trzecim liście, z 15 sierpnia 1976 r., znalazło się zdanie: „Twoje stanowisko przeczy zarówno Ewangelii, jak i wierze”) i utrzymywane dość długo, i to pomimo równoczesnych zapewnień, że sobór był jedynie „pastoralny”, a nie dogmatyczny. Wszystkich, którzy odrzucali bądź to wybrane sformułowania, bądź całe dokumenty soborowe, traktowano jak niegdyś traktowało się heretyków – i skazywano na ostracyzm. Tymczasem, jak w 2016 r. przypomniał abp Gwidon Pozzo, sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, w dokumentach Vaticanum II „nie chodzi o doktrynę czy definitywne orzeczenia, ale raczej o instrukcje i wskazówki dla pracy duszpasterskiej” i że to „było jasne już podczas soboru. Jego sekretarz generalny, kard. Perykles Felici, 16 listopada 1964 r. oświadczył: «Ten święty sobór definiuje tylko tę naukę jako wiążącą dla Kościoła, którą wyraźnie zadeklaruje jako taką odnośnie do wiary i moralności». Tylko te teksty, które ojcowie soboru uznali za wiążące, mają być za takie uważane. Nie zostało to [później] wymyślone przez «Watykan», ale jest zapisane w oficjalnym sprawozdaniu soboru”. Zatem abp Lefebvre – ani nikt inny – wcale nie musiał się „stosować do wszystkich dokumentów” soboru – nawet jeśli tego domagał się papież Montini, który już po wspomnianej audiencji, w czwartym liście z 11 października 1976 r. pisał do Arcybiskupa, że „bodaj najistotniejszym, fundamentalnym wręcz problemem” jego przypadku jest „jasno wyrażona odmowa uznania autorytetu II Soboru Watykańskiego w całej jego rozciągłości”.
Taktyka modernistów – wśród nich Pawła VI – polegała bowiem właśnie na tym, by powołując się na swój autorytet, wówczas bez zastrzeżeń uznawany przez wszystkich katolików, wygłaszać różne absolutne twierdzenia i formułować zakazy i nakazy, które – choć nie miały oparcia w stanie prawnym czy tradycji Kościoła – były obliczone na zastraszenie topniejącej opozycji. Taktyka ta niestety przyniosła modernistom nadspodziewane sukcesy, tylko akurat nie w przypadku abp. Lefebvre’a.
Zanim oddamy głos abp. Lefebvre’owi, warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy. Otóż relacje między nim a Rzymem nie wyglądały wcale w ten sposób (jak zdaje się sugerować artykuł Tornellego), że z jednej strony papież pisał do francuskiego hierarchy koncyliacyjne listy i posyłał „swoich wysłanników, by odwiedzili siedzibę tradycjonalistów”, a z drugiej strony odpowiadała mu cisza. Abp Lefebvre przez wiele lat aktywnie dążył do uzyskania audiencji – została mu ona udzielona dopiero wówczas, gdy sprawy zaszły już bardzo daleko, a w mediach podniósł się szum.
* * *
15 września 1976 r. abp Lefebvre zorganizował w Ecône konferencję prasową, podczas której udzielił dziennikarzom informacji o przebiegu audiencji w Castel Gandolfo. Tego samego dnia „L’Osservatore Romano” zamieściło oświadczenia dyrektora biura prasowego Stolicy Apostolskiej, o. Romea Pancirolego, jakoby Paweł VI nie zarzucał abp. Lefebvre’owi nakazywania seminarzystom składania przysięgi przeciwko papieżowi. W komunikacie z 18 września abp Lefebvre napisał: „Jesteśmy gotowi przysiąc na krucyfiksie, że papież takie oskarżenie rzeczywiście wysunął. Zdumieni nim, zapytaliśmy Ojca Świętego, czy mógłby nam w takim razie dostarczyć treść owego ślubowania. Jakże moglibyśmy bowiem wpaść na pomysł przypisywania Ojcu Świętemu podobnych słów, jeśli takie ślubowanie nigdy nie istniało, ani w rzeczywistości, ani też w naszym sercu? Jest niepojęte, iż dyrektor Biura Prasowego rozpowszechnia tak oczywiste kłamstwa”. W tym samym dniu Arcybiskup wygłosił w Ecône mowę do seminarzystów o przebiegu audiencji u Pawła VI oraz o „pewnych wydarzeniach, mających miejsce od lipca do września 1976 r.”. Poniżej publikujemy obszerny fragment tej mowy.
Udaliśmy się zatem do Besançon. […]
I wtedy przybył do mnie ten ksiądz! Powiedziano mi: „Oto ksiądz z Rzymu, który koniecznie chce się widzieć z Waszą Ekscelencją. Ma Ekscelencji coś ważnego do przekazania”. – Zatem dobrze, po Mszy mogłem poświęcić mu kilka minut. Ksiądz ten powiedział mi później, że został posłany przez biskupa z Chieti oraz że Ojciec Święty z całą pewnością jest gotów udzielić mi audiencji. Odpowiedziałem temu księdzu: „Podróż do Rzymu jest bezcelowa i niczego nie wniesie. Nie mam zamiaru podejmować się tego, przynajmniej teraz. Najpierw muszę pojechać do Fanjeaux, dopiero potem do Rzymu, gdzie muszę wziąć udział w spotkaniu Bractwa. Teraz naprawdę nie mogę jechać. Tak czy inaczej będzie to znowu to samo. Powiedzą mi: może Ekscelencja zostać przyjęty pod warunkiem, że zaakceptuje sobór i jego reformy”. „Nie, nie – zapewnił mnie ów ksiądz – coś się zmieniło. Zapewniam Waszą Ekscelencję, że dzisiejsza sytuacja jest zupełnie inna niż ta, która panowała jeszcze przed miesiącem. Ekscelencja zostanie przyjęty przez Ojca Świętego. To jest pewne. Ordynariusz Chieti będzie towarzyszył Ekscelencji do Ojca Świętego”. Zaufałem zatem abp. [Valentiniemu z] Chieti i powiedziałem sobie: Być może jest to osobisty przyjaciel Ojca Świętego. Może Ojciec Święty powierzył mu misję dyskretnego ściągnięcia mnie do Rzymu, by tam móc ze mną porozmawiać. To w końcu możliwe. Postanowiłem zatem po wizycie w Fanjeaux spędzić 48 godzin w Rzymie, by zobaczyć, czy da się przeprowadzić całą sprawę. W rzeczywistości jednak jechałem tam z przekonaniem, że rozwiązanie sprawy jest i będzie niemożliwe.
W czwartek pojechaliśmy więc do Albano. W piątek wczesnym rankiem spotkałem tego księdza w Rzymie, a wtedy powiedział mi: „Jeśli mógłby Ekscelencja napisać kilka słów do Ojca Świętego, jestem gotów je przekazać. Zawiozę ten list do Castel Gandolfo”. Napisałem zatem krótki, bardzo krótki list, o takiej mniej więcej treści: „Ojcze Święty! Niech Wasza Świątobliwość raczy przyjąć zapewnienie o mojej głębokiej czci. Jeśli pewne sposoby artykułowania myśli, zawarte w mych słowach lub pismach, nie spodobały się Waszej Świątobliwości, żałuję tego głęboko. Wciąż żywię nadzieję, że Wasza Świątobliwość udzieli mi audiencji i zapewniam Go o moim najgłębszym, podobnym synowskiemu oddaniu”. Po czym list ten podpisałem. Ksiądz ten nie przeczytał nawet tych słów, włożył go do koperty, natychmiast ją zakleił i zaadresował w zwyczajowy sposób, przyjęty dla korespondencji z Ojcem Świętym. Potem pojechaliśmy do Castel Gandolfo.
Tam wszystko odbyło się zupełnie inaczej, aniżeli piszą o tym gazety, m.in. „Le Monde”. Relacjonują coś, czego nigdy nie było. Piszą, że chciałem się spotkać z msgr. Macchim, który właśnie przechadzał się z Ojcem Świętym po ogrodach Castel Gandolfo, i zachowałem się przy tym tak, jakbym Jego Świątobliwości w ogóle nie zauważył. To jednak ów ksiądz, Labellarte, przybywszy z Castel Gandolfo, poinformował mnie o spotkaniu z msgr. Macchim. Siedliśmy przy kawiarnianym stoliku naprzeciw wejścia do pałacu w Castel Gandolfo, by nieco poczekać, a on powiedział do mnie: „Idę i natychmiast dostarczę Ekscelencji odpowiedź”. Poszedł i powrócił, przynosząc wiadomość: „Niestety, odpowiedź nie może zostać udzielona natychmiast”. Monsignor Macchi rzeczywiście był wtedy w ogrodach Castel Gandolfo, towarzysząc Ojcu Świętemu. Ksiądz Domenico powiedział mi wtedy, że zatelefonuje jeszcze wieczorem, między szóstą a siódmą.
Powróciliśmy zatem wraz z ks. Labellartem do Albano, gdzie spożyliśmy posiłek. Potem pan Pedroni powtórnie zawiózł go do Castel Gandolfo, gdzie przypuszczalnie spotkał się z msgr. Macchim i zatelefonował do nas, do Albano: „Będzie Ekscelencja przyjęty na audiencji jutro, o wpół do jedenastej”. Przyznaję, że byłem mocno zaskoczony, gdyż wszystko odbyło się, bądź co bądź, tak szybko i zupełnie bez przygotowań! Następnego dnia, w sobotę, kwadrans po dziesiątej udaliśmy się do Castel Gandolfo. Tam, jak sądzę, święci anieli Pańscy przegnali wszystkich kurialnych urzędników, ponieważ gdy przybyłem, przy wejściu stało tylko dwóch szwajcarskich gwardzistów, potem spotkałem msgr. Maggiego4, nie zaś msgr. Macchiego – mają oni prawie takie same nazwiska. Monsignor Maggi, Kanadyjczyk, towarzyszył mi do windy, gdzie znajdował się tylko obsługujący ją chłopak, nikt ponadto. Wszyscy trzej pojechaliśmy na pierwsze piętro i tam, w towarzystwie msgr. Maggiego przemierzyłem wszystkie sale. Przeszedłem ich sześć czy siedem, zanim dotarłem do gabinetu Ojca Świętego; po drodze – ni żywej duszy. Bywałem już przyjmowany na prywatnych audiencjach za czasów Piusa XI, Piusa XII, Jana XXIII, nawet Pawła VI – zawsze był tam obecny przynajmniej gwardzista szwajcarski, przynajmniej papieski żandarm, jakichś kilka osób, jakiś pokojowiec czy prałat. Byli tam, by uniknąć dwuznaczności, by doglądać, aby wszystko odbywało się prawidłowo. Lecz teraz sale były puste, zupełnie puste! Dotarłem zatem do gabinetu Ojca Świętego, gdzie zastałem jego samego, obok zaś abp. Benellego; pozdrowiłem najpierw Ojca Świętego, następnie abp. Benellego, po czym usiedliśmy i audiencja się rozpoczęła.
Ojciec Święty był z początku raczej podenerwowany, można nawet powiedzieć – w pewien sposób rozgorączkowany i gwałtowny. Było po nim widać, że jest dotknięty do żywego i mocno urażony tym, co czynię, co my wszyscy czynimy. Zwrócił się do mnie: „Osądzasz mnie, ekscelencjo, wyrokujesz o mnie! Jestem dla ciebie modernistą! Protestantem! To niedopuszczalne! Źle postępujesz! Nie możesz tak dłużej. Powodujesz prawdziwy skandal w Kościele…!” i tak dalej. Wszystko to było powiedziane w tonie najwyższego zdenerwowania. Ja, naturalnie, cały ten czas milczałem.
Potem rzekł mi: „Mów teraz, no proszę, mów. Co masz, ekscelencjo, do powiedzenia?”.
Odpowiedziałem mu wtedy: „Nie przybywam tu jako przywódca tradycjonalistów. To Wasza Świątobliwość tak mnie nazwał. Jestem tylko katolikiem, księdzem, biskupem pomiędzy milionami katolików, pomiędzy tysiącami księży i bez wątpienia także pomiędzy innymi biskupami. Wszyscy jesteśmy rozdarci w naszych sumieniach, w naszych duszach, w naszych sercach. Z jednej strony pragniemy całkowicie podporządkować się Waszej Świątobliwości, podążać za Waszą Świątobliwością, a wszystko to bez najmniejszego nawet zastrzeżenia wobec osoby Waszej Świątobliwości. Z drugiej jednak strony zdajemy sobie sprawę, że kierunek, w jakim Stolica Apostolska podąża od czasów soboru, oddala nas od dzieła wielkich poprzedników Waszej Świątobliwości. Cóż zatem powinniśmy uczynić? Znajdujemy się w takim położeniu, że do wyboru pozostają nam jedynie dwie drogi: albo nawiązać do poprzedników Waszej Świątobliwości, albo też zerwać z nimi i przyłączyć się do Waszej Świątobliwości. To olbrzymie, niepojęte dla katolika rozdarcie. I nie ja je spowodowałem, nie jest to ruch przez mnie powołany do życia; to uczucie wypływające z serc wiernych, milionów wiernych, których nawet nie znam. Nie wiem także, jak oni są liczni. Są jednak na całym świecie, wszędzie. Wszyscy zaniepokojeni tym trwającym już od 10 lat rujnowaniem naszego Kościoła, obracaniem w zgliszcza coraz to większych połaci kościelnego życia. Proszę spojrzeć na przykłady: istnieje w ludziach pewne przekonanie, wewnętrzne przekonanie, leżące u podstaw wszystkich ich działań, wszystkich myśli i czynów. Tego przekonania ludzie nie chcą już i nie mogą zmienić, ponieważ stało się ono ich wyborem. Zdecydowali się na dochowanie wierności Tradycji, stając za tymi, którzy tę Tradycję podtrzymują. Proszę spojrzeć na siostry zakonne, które spotkałem przed dwoma dniami. Wspaniałe, godne tego miana siostry zakonne, zachowujące nakazy życia zakonnego, wychowujące powierzone im dzieci tak, jak życzą sobie tego ich rodzice. Wielu rodziców powierza tym siostrom swoje pociechy, wiedząc, że otrzymają one dobre katolickie wychowanie. To siostry, które zachowały swój strój zakonny, a ponieważ dochowały wierności modlitwie wszech czasów i katechizmowi wszech czasów, zostały ekskomunikowane, a ich przełożona zdjęta ze stanowiska. Pięciokrotnie przybywał do nich ich biskup, żądając rezygnacji ze stroju duchownego, jako że zostały przeniesione w szeregi laikatu. Ludzie, którzy widzą podobne rzeczy, przestają je rozumieć. A jednocześnie zakonnice, które zrezygnowały ze swego stroju, które wystawiły się na całą próżność i pokusy tego świata, nie przestrzegając już nakazów własnej reguły, właśnie zostały oficjalnie uznane przez episkopaty i tym nie czyni się najmniejszych zarzutów. Prości chrześcijanie, ludzie z ulicy, którzy widzą podobne rzeczy, nie mogą przejść nad nimi do porządku dziennego. Wśród księży sytuacja wygląda identycznie. Dobrzy księża, odprawiający Msze, modlący się, przesiadujący w konfesjonałach, wykładający prawdziwą naukę, nawiedzający chorych, noszący sutanny, księża, którzy cieszą się poważaniem i szacunkiem swych parafian, z powodu wierności i przywiązania do rytu mszalnego swej prymicji, do katechizmu wszech czasów, ci księża są narażeni niczym przestępcy na hańbiące kary, są ekskomunikowani. Lecz ci księża, którzy podejmują pracę w fabrykach, odrzucają sutannę, by nie wiedziano, kim naprawdę są, głoszący rewolucję, ci są oficjalnie akceptowani i nikt nie ośmieli się niczego im powiedzieć. W moim przypadku jest tak samo. Usiłuję wykształcić księży, dobrych księży, takich, jacy bywali kształceni wcześniej. Mamy wiele powołań, ci młodzi ludzie są podziwiani przez ludność, wszędzie gdzie się pojawią, czy to w pociągach, czy w metrze, są pozdrawiani, gratuluje im się noszenia duchownego stroju, ich postawy – a ja zostałem suspendowany a divinis! Lecz ci biskupi, którzy nie mają już ani jednego seminarzysty, ani jednego młodego księdza, którzy nie mają już nic albo też dysponują co najwyżej seminariami, które nie potrafią już wykształcić dobrych księży, tym nie mówi się ani słowa! Niech Wasza Świątobliwość zrozumie, że prosty chrześcijanin, porzucony chrześcijanin jasno to rozpoznał. On już się zdecydował, nie będzie więcej przyglądał się w spokoju. Miarka się przepełnia. Sytuacja w Kościele staje się nie do zniesienia!”.
„To nieprawda! Ekscelencja nie kształci dobrych księży – rzekł do mnie Ojciec Święty – gdyż składają oni ślubowanie przeciwko papieżowi!”.
„Co takiego? Ślubowanie przeciwko papieżowi? Ja – ślubowanie przeciwko papieżowi! Wychowuję ich w zupełnie przeciwnym duchu, w respekcie i czci wobec papieża, następcy św. Piotra. Modlimy się za Waszą Świątobliwość. Modlimy się za Ojca Świętego. Wasza Świątobliwość nigdy nie zdoła mi czegoś takiego wykazać! Czy mógłbym zobaczyć chociaż kopię tej przysięgi?”.
A teraz watykańscy reporterzy oznajmiają w dzisiejszej gazecie, którą sami mogliście przeczytać, że Watykan dementuje ten fakt i oznajmia, że nie jest prawdą, jakoby Ojciec Święty postawił mi podobny zarzut! Ojciec Święty nie zarzucił mi, ich zdaniem, że polecam jakoby swym seminarzystom i młodym księżom składanie ślubowania przeciwko papieżowi. Ale jak mógłbym to sobie wymyślić? To niewyobrażalne! Teraz to dementują. „Ojciec Święty nic takiego nie powiedział!”. To niesłychane! A ja, naturalnie, nie dysponuję nagraniem tej rozmowy. Nie poczyniłem także z tej rozmowy jakichkolwiek notatek, tak więc nie dysponuję żadnym konkretnym dowodem na potwierdzenie swojej wersji wydarzeń; niczym, poza moją reakcją! Nie mogę zapomnieć swej reakcji na to stwierdzenie Ojca Świętego.
Widzę jeszcze samego siebie wykonującego ten gest: „Ależ jak to w ogóle możliwe, że Wasza Świątobliwość czyni mi podobny zarzut! Czy mógłbym zobaczyć kopię tego ślubowania?”. A teraz mówią, że to nieprawda. Niesłychane!
Ojciec Święty rzekł następnie: „Czy nieprawdą jest, że osądzasz mnie, ekscelencjo?”. Miałem silne wrażenie, że zawsze odnosi coś do swojej osoby, jak gdyby czuł się osobiście dotknięty. „Osądzasz mnie! A zatem cóż powinienem zrobić? Może ustąpić z mego urzędu, a wtedy ty zająłbyś moje miejsce?”. Wtedy wzniosłem ręce nad głową: „Ależ Ojcze Święty, proszę nie mówić czegoś podobnego! Nie, nie, nie, nie!”.
Po czym rzekłem: „Ojcze Święty, za Twym pozwoleniem będę mówił dalej: rozwiązanie tego problemu leży w rękach Waszej Świątobliwości. Nie trzeba robić nic innego, jak tylko powiedzieć biskupom: «Przyjmijcie w duchu braterstwa, wyrozumiałości i miłości wszystkie te grupy tradycjonalistów, które pragną zachować dawne modlitwy, dawne sakramenty, dawny katechizm. Przyjmijcie ich, udostępnijcie im miejsca w celu sprawowania kultu, zjednoczcie się z nimi w taki sposób, by mogli się oni modlić, by mogli pozostać w łączności z wami, byście pozostali w duchowym związku z ich biskupem». Wasza Świątobliwość skieruje tylko jedno słowo do biskupów, a znowu zapanuje porządek, znikną nasze problemy. Wszystko powróci do normy. Dla mnie i moich seminarzystów nie byłoby niczym trudnym odwiedzić biskupów i prosić ich, by zezwolili na osiedlenie się księży Bractwa w ich diecezji. Wszystko uregulowałoby się samo z siebie. Chętnie podjąłbym współpracę z jakąś komisją, którą Wasza Świątobliwość wyłoniłby spośród członków Św. Kongregacji ds. Osób Zakonnych, a która mogłaby odwiedzić moje seminaria. Lecz naturalnie, nadal pragniemy i będziemy pragnąć służyć Tradycji. Bardzo chciałbym powtórnie nawiązać normalne, oficjalne stosunki ze Stolicą Apostolską i Świętymi Kongregacjami. Nie życzę sobie niczego ponadto”. Odpowiedział mi na to: „Muszę się nad tym zastanowić, muszę się pomodlić, muszę zasięgnąć opinii konsystorza5 oraz kurii6. Teraz nie mogę udzielić ci, ekscelencjo, odpowiedzi. Zobaczymy”.
Potem rzekł do mnie: „Pomódlmy się razem”, ja zaś: „Bardzo chętnie, Ojcze Święty”. Odmówiliśmy głośno Ojcze nasz, Przybądź, Duchu Święty, Zdrowaś Mario, a następnie odprowadził mnie niezwykle uprzejmie do drzwi, nieco ociężale, szedł z pewnym wysiłkiem, powłócząc nieco nogami. W sali obok poczekał, aż ks. Domenico przyjdzie, by mnie odprowadzić, i wręczył mu niewielki medal. Potem się rozstaliśmy. Arcybiskup Benelli przez cały ten czas nie otworzył ust. Jedynie notował, jak gdyby był sekretarzem. Nie przeszkadzał mi w najmniejszym stopniu. Jego obecność była wręcz niezauważalna. Sądzę, że tak samo jak mnie nie przeszkadzał również Ojcu Świętemu, gdyż nawet nie otworzył ust, nie wypowiedział ani słowa.
Jeszcze dwukrotnie powtórzyłem Ojcu Świętemu, że klucz do rozwiązania problemu spoczywa w jego rękach. On również wyraził zadowolenie z faktu, że rozmowa ta doszła do skutku. Odpowiedziałem, że zawsze jestem do dyspozycji. Potem poszliśmy.
Od tamtej chwili w gazetach można było znaleźć na ten temat wszystko, co tylko możliwe, nawet najbardziej fantastyczne wymysły. Zaakceptowałbym wszystko, podporządkowałbym się całkowicie. Lecz padające stwierdzenia były krańcowo odmienne: niczego nie zaakceptowałem, w niczym nie ustąpiłem. A teraz jeszcze słychać, że kłamałem, że wymyśliłem sobie rzeczy, które miałem omawiać z Ojcem Świętym. Ma się wrażenie, że wszyscy są tak wściekli z powodu dojścia tej audiencji do skutku, i to bez wcześniejszej zapowiedzi, bez zwykłych w takim wypadku wstępnych formalności, że teraz wszelkimi sposobami próbuje się ją zohydzić, a mnie samego oszkalować. Najwidoczniej ktoś żywi obawy, iż ta audiencja wywoła u wielu ludzi uczucie sympatii i ci ludzie powiedzą sobie: jeśli abp Lefebvre odwiedził teraz papieża, to dzielące ich problemy już nie istnieją, znowu poprzestaje z Ojcem Świętym na dobrej stopie. W rzeczywistości nigdy przecież nie byliśmy przeciwni Ojcu Świętemu, zawsze życzyliśmy sobie pozostawać z nim w zgodzie.
* * *
Dobrze się stało, że przypomniano to spotkanie sprzed prawie 40 lat, ponieważ zapis rozmowy Pawła VI z abp. Lefebvre’em pokazuje, jak niewiele się od tamtego czasu zmieniło: II Sobór Watykański nadal jest wynoszony pod niebiosa jako początek „nowej wiosny Kościoła”, a owa rzekoma wiosna wciąż przynosi tylko gorzkie owoce. Każdy, kto bez uprzedzeń spojrzy na sytuację, w jakiej obecnie znajduje się Kościół katolicki i katolickie społeczeństwa, musi przyznać, że to założyciel Bractwa Św. Piusa X miał rację – autodestrukcja Kościoła, o której przy innej okazji mówił Paweł VI, nadal postępuje, a nawet w ostatnich latach nabrała tempa.
Co mamy robić w tych strasznych czasach? Słowa abp. Marcelego Lefebvre’a z jego deklaracji z 21 listopada 1974 r. są nadal aktualne:
Jedyna droga wierności Kościołowi i doktrynie katolickiej, dla dobra naszych dusz, to kategoryczne odrzucenie reformy.
Dlatego też bez buntu, goryczy ni urazy kontynuujemy nasze dzieło formacji kapłańskiej w świetle odwiecznego Magisterium w przekonaniu, że jest to największa przysługa, jaką możemy oddać Kościołowi, papieżowi i przyszłym pokoleniom.
Z tej to przyczyny, w oczekiwaniu na chwilę, kiedy prawdziwe światło Tradycji rozproszy ciemności, zakrywające niebo nad wiecznym Rzymem, trzymamy się mocno tego, w co zawsze wierzono i praktykowano w Kościele w zakresie wiary, moralności, liturgii, katechizmu, formacji kapłanów, struktury Kościoła, a co zostało skodyfikowane w księgach sprzed okresu modernistycznych wpływów soboru.
Jesteśmy przekonani, że postępując w ten sposób, z pomocą łaski Bożej, Najświętszej Maryi Panny, św. Józefa i św. Piusa X zachowujemy wierność Kościołowi katolickiemu, wszystkim następcom św. Piotra i pozostajemy fideles dispensatores mysteriorum Domini Nostri iesu Christi in Spiritu Sancto – wiernymi szafarzami tajemnic naszego Pana Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym. Amen.
Cytowane fragmenty pochodzą z książki Aby Kościół trwał. Abp Lefebvre w obronie Kościoła i papiestwa. Dokumenty z lat 1971–1990, dostępnej w internetowej księgarni Wydawnictwa Te Deum.
  1. Dosł. trascrizione, KAI używa słowa „stenogram” – prawdopodobnie chodzi o notatki, a nie o stenograficzny, tj. dokładny zapis całej rozmowy – wszystkie przypisy red. WTK.
  2. Z zamieszczonej niżej relacji abp. Lefebvre’a wynika, że był to raczej drugi sekretarz Pawła VI, prał. John Magee.
  3. Wydawca – jest nim Edycja Świętego Pawła – w opisie książki napisał, że te dwa listy są „kolejnym dowodem świętości Pawła VI, pokornym i profetycznym świadectwem miłości {papieża} do Chrystusa i Jego Kościoła”; autorem komentarza do listów jest papież Franciszek.
  4. Prawdopodobnie chodziło o innego sekretarza papieża Pawła VI, ks. prałata Johna Magee, ponieważ wymowa tego nazwiska jest zbliżona do wł. Maggi. Jeśli tak, to Arcybiskup się pomylił — ks. Magee jest Irlandczykiem.
  5. Konsystorz papieski jest plenarnym zebraniem obecnych w Rzymie kardynałów, obradujących pod przewodnictwem papieża.
  6. Kuria Rzymska w szerszym znaczeniu to całe bezpośrednie otoczenie papieża, natomiast w węższym i właściwym znaczeniu stanowią ją rzymskie urzędy zwierzchnie, pomagające papieżowi w kierowaniu Kościołem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Z historii FSSPX i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika
 
https://news.fsspx.pl/2018/06/rozmowa-pawla-vi-z-abp-lefebvreem/ 

O NIENAWIŚCI WOBEC KATOLIKÓW – ks. Grzegorz Śniadoch


sobota, 10 sierpnia 2019

Jedność z papieżem – tak, ale nie wbrew wierze!

Problemy wywołane kryzysem wiary i moralności narastają w Kościele katolickim, a podziały coraz wyraźniej dają się odczuć nawet wśród członków najwyższej hierarchii kościelnej. W tej sytuacji nieuzasadniona krytyka stanowiska Bractwa Św. Piusa X, nagłośniona pod koniec ubiegłego roku przez niektóre „katolickie” media, może się wydawać czymś nieistotnym, jednak warto zwrócić na nią uwagę, bowiem dotyka ona rzeczywistego problemu: trudności zachowania łączności z papieżem, a jednocześnie wiary katolickiej.

30 listopada ub.r. redakcja należącego do archidiecezji Toronto tygodnika „The Catholic Register” opublikowała na swoim portalu internetowym artykuł pt. Tradycyjne Bractwo Kapłańskie Św. Piotra podkreśla jedność z papieżem Franciszkiem. Autorka artykułu, Debora Gyapong, cytowała przebywającego wówczas w Kanadzie nowego (od 9 lipca 2018 r.) przełożonego generalnego Bractwa Św. Piotra (FSSP), ks. Andrzeja Komorowskiego:
Nie można wejść do nieba, nie będąc w jedności z papieżem. Papież jest widzialnym obliczem naszego Pana. Jedność z nim jest bardzo ważna, jeśli chce się być w Kościele. Istnieje tylko jeden Kościół założony przez Pana, a papież jest Jego widzialnym wikariuszem1.
Niestety, kontekst wypowiedzi przełożonego generalnego Bractwa Św. Piotra nie wynika z artykułu, jednak jego autorka odniosła ją do historii powstania Bractwa Św. Piotra, które oddzieliło się od „schizmatyckiego Bractwa Św. Piusa X” (FSSPX), zostawiając czytelnikom wyciągnięcie logicznego wniosku: duchowni i świeccy związani z Bractwem Św. Piusa X nie trwają w jedności z papieżem (w przeciwieństwie do tych związanych z Bractwem Św. Piotra), a więc nie mogą wejść do nieba.
Dalszą część artykułu stanowią – oprócz krótkiego komentarza dziennikarki – wypowiedzi ks. Józefa Bisiga FSSP, pierwszego przełożonego generalnego Bractwa Św. Piotra, a obecnie rektora seminarium w Nebrasce (USA), poczynione zapewne po jego prelekcji w Ottawie z 24 listopada ub.r. Ks. Bisig zarzuca abp. Lefebvre’owi, że był sedewakantystą; ponadto Arcybiskup miał „zerwać z Rzymem” i „stać się schizmatykiem”. Bractwo Św. Piusa X rzekomo znajduje się poza jednością Kościoła katolickiego i powinno do niej powrócić; musi także zaakceptować „autorytet żywego Magisterium”2.
Artykuł ukazał się tuż po spotkaniu nowego (od 11 lipca 2018 r.) przełożonego generalnego Bractwa Św. Piusa X, ks. Dawida Pagliaraniego, z prefektem Kongregacji Nauki Wiary kard. Ludwikiem Ladarią Ferrerem, które miało miejsce w listopadzie ub.r., a autorka krótko wspomniała o tym fakcie na końcu swojego tekstu. Tymczasem dwa tygodnie później polska Katolicka Agencja [dez-]Informacyjna nawiązała do tego artykułu, wykazując się w swojej depeszy taką gorliwością sądów oraz zdolnością „logicznego” wnioskowania, jakiej nie powstydziłyby się biura komunistycznej propagandy:
Przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego św. Piotra, ks. Andrzej Komorowski zdystansował się od niedawnej decyzji lefebrystowskiego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X o odrzuceniu jedności ze Stolicą Apostolską w imię „błędów doktrynalnych”, w jakie rzekomo popadł Kościół od czasu Soboru Watykańskiego II. – Nie ma możliwości pójścia do raju bez jedności z papieżem – stwierdził zdecydowanie duchowny3.
Depesza KAI, przytaczająca wypowiedź generała FSSP, została następnie powielona przez inne „katolickie” media w Polsce4 i przedstawiona jako reakcja na oficjalny komunikat ks. Pagliaraniego FSSPX po spotkaniu z kard. Ladarią.
Stanowisko Bractwa Św. Piusa X, wyrażone w komunikacie z 23 listopada ub.r., choć jasne i zdecydowane, ani nie było żadnym novum, ani tym bardziej nie zawierało słów o „odrzuceniu jedności ze Stolicą Apostolską”: ks. Pagliarani podkreślił, że istotą sporu toczącego się między Bractwem a Watykanem są kwestie doktrynalne, które „bezapelacyjnie pozostają najważniejsze” w relacjach z Rzymem, nie są zaś nimi np. kwestie związane z formalnym uregulowaniem statusu kanonicznego FSSPX. „Powyższe skłania Bractwo do wznowienia rozmów teologicznych”, które mają być wyrazem „bezwarunkowego świadectwa wiary przed całym Kościołem”5. Tendencyjne użycie przez dziennikarzy do tego sporu wypowiedzi przełożonego generalnego Bractwa Św. Piotra stanie się bardziej zrozumiałe, kiedy pokrótce przypomnimy historię wzajemnych relacji między oboma instytutami.
Stanowisko Bractwa Św. Piusa X odnośnie do Bractwa Św. Piotra zostało sformułowane przy okazji jego powstania i można je streścić w paru zdaniach: konsekracje biskupie w 1988 r. były prawnie uzasadnione i nie stanowiły aktu schizmatyckiego; stan zerwania z Tradycją w Kościele posoborowym jest stanem obiektywnym; abstrahując od kwestii zasadności konsekracji biskupich w 1988 r., członkowie-założyciele Bractwa Św. Piotra, uprzednio kapłani Bractwa Św. Piusa X, zmienili swoje stanowisko doktrynalne odnośnie do kryzysu w Kościele, które zajmowali pierwotnie w latach 70. i 80 XX wieku. Ze strony Bractwa Św. Piusa X podkreślano również, że zarówno co do zasady (zob. dokument założycielski Bractwa Św. Piotra, tj. motu proprio Ecclesia Dei adflicta Jana Pawła II z 1988 r., stwierdzający zaciągnięcie ekskomuniki przez abp. Marcelego Lefebvre’a i konsekrowanych przez niego biskupów), jak i w praktyce (wykorzystywanie Bractwa Św. Piotra przez biskupów do zwalczania wpływów Bractwa Św. Piusa X) Bractwo Św. Piotra stoi w opozycji do Bractwa Św. Piusa X – taką myśl zawiera też przytoczony na wstępie artykuł „The Catholic Register”. (Czytelnicy chcący bliżej poznać naszkicowane powyżej kwestie mogą sięgnąć po publikacje wydawnictwa Te Deum, np. Przekazałem to, co otrzymałem czy W obronie Prawdy katolickiej. Dzieło abpa Lefebvre, a także po materiały dostępne na stronie internetowej Bractwa Św. Piusa X w Polsce.)
W ciągu ostatnich 30 lat nastawienie Bractwa Św. Piotra wobec Bractwa Św. Piusa X co do istoty pozostało takie samo, jednak nie było ono i nie jest jednolite i w publicznych wypowiedziach jego przedstawicieli można zauważyć pewne zniuansowanie. Z jednej strony są kapłani „pierwszej godziny”, którzy – jak cytowany powyżej ks. Bisig – niezmiennie krytykują postawę i postępowanie Bractwa Św. Piusa X. Również ks. Bernard Gerstle, przełożony niemieckiego dystryktu Bractwa Św. Piotra, w 2017 r. zarzucał Bractwu Św. Piusa X zerwanie z Rzymem i nieakceptowanie nauczania ostatniego soboru o ekumenizmie czy wolności religijnej6. Z drugiej strony – są też w Bractwie Św. Piotra księża bardziej powściągliwi w swoich opiniach. Ówczesny przełożony generalny FSSP, ks. Jan Berg, pytany w tym samym 2017 r. przez portal internetowy OnePeterFive.com, czy stanowisko ks. Gerstlego jest oficjalnym stanowiskiem Bractwa Św. Piotra, odpowiedział, że to stanowisko zostało już jasno wyrażone w wywiadzie udzielonym przez niego dla „Latin Mass Magazine” w 2013 r.7:
To do Rzymu należy precyzyjne określenie obecnego statusu Bractwa Św. Piusa X; przynajmniej w obecnej atmosferze rozmów [obie strony] zdają się sądzić, że lepiej nie definiować tego statusu i pozostawić tę kwestię nierozwiązaną […] Powiedziałbym, że w ogóle za często i bez namysłu używano tak nacechowanych słów jak „ekskomunikowany”, „schizmatycki” itp. Są to terminy, mające precyzyjne znaczenie teologiczne i kanoniczne, a także konsekwencje; uprzedzanie autorytetu Kościoła w tych sprawach czy też „interpretowanie” [wypowiedzi] Kościoła często niczemu nie służy8.
Jak widać, ówczesny przełożony generalny Bractwa Św. Piotra wyrażał zdroworozsądkowe zrozumienie dla specyficznej sytuacji Bractwa Św. Piusa X, dopuszczając nawet myśl, że brak uregulowania sytuacji kanonicznej Bractwa może być na pewien czas najlepszym rozwiązaniem. Ks. Berg nie postrzegał więc Bractwa Św. Piotra jako opozycji wobec Bractwa Św. Piusa X. Z kolei jego bezpośredni następca, ks. Andrzej Komorowski, przebywając w Polsce we wrześniu 2018 r. w wywiadzie dla Radia Nadzieja zdecydowanie podkreślał „zasadniczą różnicę” między FSSP a FSSPX, tzn. „niepełną łączność/jedność [FSSPX] ze Stolicą Apostolską”9.
Ks. Dawid Pagliarani, przełożony generalny FSSPX, w wywiadzie z 15 grudnia 2018 r. na pytanie: „Czy nie odczuwacie niepokojów sumienia wskutek tego, że – z punktu widzenia Rzymu – pozostajecie w stanie schizmy z Kościołem?”, odpowiedział: „Gdybym nie miał pewności, że posługuję w Kościele katolickim i dla niego, natychmiast opuściłbym Bractwo”10. Przekonanie, że Bractwo Św. Piusa X nie jest w łączności z Ojcem Świętym – niezależnie od tego, czy mówi tak sam ks. Komorowski, czy tylko dziennikarze – stoi w sprzeczności ze stanowiskiem papieża Franciszka, który niejednokrotnie podkreślał, że Bractwo Św. Piusa X jest katolickie. Warto w tym miejscu zacytować zwięzły komentarz francuskiego publicysty, Côme de Prévigny, który w artykule pt. Bractwo Św. Piusa X jest uregulowane w 95% z 28 grudnia ub.r. napisał:
[…] sytuacja kanoniczna Bractwa Św. Piusa X jest obecnie w większej części uregulowana. Msza, którą sprawują jego kapłani, jest tą samą, którą mogą odprawiać wszyscy kapłani na świecie dzięki motu proprio Summorum Pontificum z 7 lipca 2007 r. Potępienia, które ciążyły na biskupach Bractwa, zniknęły po dekrecie z 21 stycznia 2009 r. W 2015 r. Stolica Apostolska udzieliła przełożonemu generalnemu Bractwa władzy sądzenia [jego członków] w pierwszej instancji. Ważność spowiedzi u jego kapłanów została uznana przez list apostolski Misericordia et Misera z 20 listopada 2016 r. Tego samego roku komisja Ecclesia Dei poleciła ordynariuszom, na terenie których diecezji znajdują się seminaria Bractwa, akceptować święcenia kapłańskie, które się w nich odbywają. Małżeństwa zawierane wobec kapłanów Bractwa są w końcu w pełni uznawane przez Rzym, co potwierdza list Kongregacji Nauki Wiary z 27 marca 2017 r. […] Ponieważ zniknęły sankcje, a jego kapłani uzyskali misję kanoniczną do udzielania sakramentów, Bractwo implicite odzyskało swój poprzedni status, z którego korzystało do czasu rzekomego zniesienia 6 maja 1975 r., mimo że na płaszczyźnie faktów zachowuje się obecnie jak prałatura personalna.
Nic już nie brakuje temu dziełu Kościoła, chyba że instancji odwoławczej w procesach kanonicznych, które umożliwiłaby prałatura personalna. Pewnego dnia zajdzie także potrzeba odnowienia biskupów pomocniczych. W obecnej sytuacji nie bardzo widać, co uniemożliwiłoby papieżowi, aby się na to zgodzić11.
Oto jednoznaczne, łatwe do sprawdzenia fakty, których jednak nie dostrzegają zaślepieni dziennikarze „katolickich” mediów. Być może francuski komentator za bardzo daje się ponieść optymizmowi, jednak trudno nie zauważyć trafności porównania zawartego w konkluzji jego artykułu: Bractwo Św. Piusa X jest niczym sprawny samochód, który – o czym wszyscy doskonale wiedzą – może się poruszać po wszystkich drogach świata, ale z powodu zewnętrznych okoliczności jest pozbawiony tablicy rejestracyjnej12: „Katolickość Bractwa została uznana w dłuższej perspektywie, bez wymogu spełnienia jakichkolwiek warunków. To uznanie jest tylko kwestią oddania sprawiedliwości dziełu abp. Lefebvre’a; sprawiedliwości, której on zawsze się domagał”13.
Z drugiej strony nietrudno dostrzec sprzeczność tkwiącą w stanowisku Bractwa Św. Piotra wobec nauczania II Soboru Watykańskiego, kryzysu w Kościele ostatnich dekad i reakcji nań Bractwa Św. Piusa X. Gdy ktoś przypomina tradycyjną naukę katolicką o schizmatykach, głoszącą niemożność zbawienia bez łączności z papieżem, mówi oczywiście prawdę – ale jednocześnie podważa soborową eklezjologię, której Bractwo Św. Piotra kurczowo się trzyma, mylnie postrzegając ją jako wyraz żywego Magisterium14, a jej przyjęcie – jako warunek kościelnej jedności. Bractwo Św. Piotra przyjęło bowiem nauczanie II Soboru Watykańskiego, stwierdziwszy jego – rzekomą – zgodność z doktryną katolicką, a „zdobycze” soborowej teologii są oficjalnie wykładane w jego seminariach15. W przypadku eklezjologii sobór błędnie przyjął, jakoby Kościół Chrystusowy był czymś szerszym niż Kościół katolicki i zawierał w sobie różne „Kościoły”, np. Cerkiew prawosławną bądź denominacje protestanckie (czyli sekty), które także postrzega jako – rzekome – narzędzia zbawienia. Gdyby ktokolwiek miał wątpliwości co do tego, jak brzmi oficjalna interpretacja tej kwestii przez posoborowych papieży, oto jeden wśród wielu przykładów: telegram kondolencyjny Benedykta XVI z 29 stycznia 2008 r. do prawosławnego metropolity Serafina z Karystii i Skyros z powodu śmierci Chrystodulosa, zwierzchnika Greckiej Cerkwi Prawosławnej, czyli schizmatyckiego arcybiskupa Aten:
Wraz z katolikami na całym świecie modlę się, aby Prawosławna Grecka Cerkiew była podtrzymana łaską Bożą w dalszym rozwijaniu dokonań zmarłego arcybiskupa oraz abyście, polecając szlachetną duszę Jego Wielce Błogosławionej Eminencji miłującemu miłosierdziu naszego niebieskiego Ojca, byli pokrzepieni obietnicą Pana, który wynagrodzi swoje wierne sługi16.
Skoro w myśl nauczania II Soboru Watykańskiego papież Benedykt XVI uznawał schizmatyckiego (i heretyckiego) biskupa Aten za „wiernego sługę Pana Jezusa, godnego specjalnej wiekuistej zapłaty”, to na jakiej podstawie zwolennicy soborowej eklezjologii (a w ich liczbie większość kapłanów Bractwa św. Piotra) mogą twierdzić, że zbawienie można osiągnąć tylko w jedności z papieżem?
Żeby nie popaść w podobne sprzeczności – a niechybnie się w nie popadnie, utrzymując zgodność spuścizny Vaticanum II z wiarą katolicką – za przykładem śp. abp. Marcelego Lefebvre’a wiernie trzymajmy się odwiecznej nauki Kościoła zawartej w Piśmie Świętym, Tradycji i dokumentach Magisterium, w niezachwianej jedności ze wszystkimi następcami św. Piotra:
Żadna władza, nawet najwyższa w hierarchii, nie może zmusić nas do porzucenia lub umniejszenia wiary katolickiej, którą to Magisterium Kościoła jasno wykłada i wyznaje od ponad dziewiętnastu stuleci. „Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty” (Gal 1, 8). Czyż nie to powtarza nam dzisiaj Ojciec Święty? A jeżeli w jego słowach lub czynach, albo też w aktach dykasterii dałoby się dostrzec jakieś sprzeczności, to wybieramy wówczas to, czego zawsze nauczano i zamykamy uszy na niszczące Kościół nowinki17.
Autorem artykułu jest p. Franciszek Malkiewicz.
  1. Zob. artykuł Traditional Priestly Fraternity of St. Peter stresses unity with Pope Francis.
  2. W celu lepszego zrozumienia złożoności i problematyki użytego sformułowania warto zapoznać się z artykułem ks. Jana Michała Gleize’a FSSPX pt. Żywe magisterium i żywa tradycja. „Tomistyczna interpretacja” Vaticanum II w „Zawsze Wierni” nr 3/2013 (166). Być może ks. Bisig pod pojęciem „żywego Magisterium” rozumie obecnych przedstawicieli hierarchii katolickiej i głoszoną przez nich naukę, w tym spuściznę II Soboru Watykańskiego, sugerując przez to, że znajduje się ona w ciągłości z nauczaniem Kościoła w ubiegłych wiekach. Nieuniknioną konsekwencją takiego toku myślenia musi być zaliczenie wolności religijnej, ekumenizmu i nowej eklezjologii do powszechnego dziedzictwa Kościoła.
  3. Zob. depesza z 14.12.2018 Bractwo św. Piotra: umiłowanie Tradycji – tylko w jedności z papieżem.
  4. Zob. np. https://www.gosc.pl/doc/5219455.Bractwo-sw-Piotra-Umilowanie-Tradycji-tylko-w-jednosci-z, https://info.wiara.pl/doc/5219455.Bractwo-sw-Piotra-Umilowanie-Tradycji-tylko-w-jednosci-z, https://www.radioem.pl/doc/5219455.Bractwo-sw-Piotra-Umilowanie-Tradycji-tylko-w-jednosci-z.
  5. Zob. m.in. Komunikat Domu Generalnego Bractwa Św. Piusa X po spotkaniu kard. Ladarii z ks. Pagliarani.
  6. Wywiad z 24.04.2017 dla niemieckiego portalu katolische.de; dostępne jest także angielskie tłumaczenie.
  7. Zob. artykuł FSSP Superior Distinguishes Fraternity from SSPX, Eschews “Traditionalist” Label.
  8. Artykuł An Interview with Father John Berg, FSSP, „Latin Mass Magazine”, Winter/Spring 2013, s. 9.
  9. Zob. nagranie w serwisie YouTube.
  10. Zob. To nie do pomyślenia, aby Kościół mógł błądzić przez dwa tysiące lat. Wywiad z ks. Dawidem Pagliaranim/; Bractwo św. Piusa X zawsze podkreślało swoją nieustanną łączność ze Stolicą Apostolską, a kary kanoniczne nakładane na jego członków wynikały z błędnych przesłanek teologicznych a zatem były niesprawiedliwe, a więc i bez skutku. Sakramenty udzielane przez kapłanów Bractwa św. Piusa X były zawsze ważne i legalne.
  11. Tłum. z francuskiego F. Malkiewicz za tradinews.blogspot.com
  12. Do powyższego porównania możemy dodać z naszej strony: był to samochód zawsze dobrze jeżdżący i sprawny. W pewnym momencie kierowcy nakazano zdjęcie tablic rejestracyjnych, następnie odmówiono podbicia badań technicznych, dlatego z czasem zaczęto podważać również niezawodność poszczególnych jego podzespołów. Mówiono, że z pewnością nie działają, gdyż nie posiadają aktualnego certyfikatu jakości. Wóz jeździł jednak dalej. Po długim czasie zaczęto jednak na nowo naklejać na poszczególne podzespoły – dotychczas nieustannie sprawne – certyfikaty sprawności, tak że auto dostało pieczątkę ważnego badania technicznego. Do formalnego dopuszczenia do ruchu brakowałoby tylko tablic rejestracyjnych.
  13. Tamże.
  14. Por. przypis nr 2.
  15. „The Fraternity of St. Peter, on the other hand, agreed to undertake an impartial study of the documents of the Council and has come to believe that there is no break with earlier magisterial teaching”, wywiad z ks. Bernardem Gerstlem, loc. cit.
  16. Tłum. Franciszek Malkiewicz z angielskiego, za https://press.vatican.va/content/salastampa/it/bollettino/pubblico/2008/01/29/0063/00146.html
  17. Deklaracja abp. Lefebvre’a z 21 listopada 1974 r. W kazaniu podczas konsekracji biskupich w 1988 r. założyciel Bractwa powiedział: „Wydaje mi się, umiłowani bracia, że słyszę głosy wszystkich owych papieży od Grzegorza XVI, głosy Piusa IX, świętego Piusa X, Benedykta XV, Piusa XII, którzy wołają do nas: «Ale na miłość Boską, na miłość Boską, co wy robicie z naszą nauką, z naszymi kazaniami, z wiarą katolicką? Czy chcecie jej się wyrzec? Czy chcecie dopuścić do tego, aby ona umarła na tym świecie? Na miłość Boską, musicie trwać w zachowywaniu tego skarbu, który wam przekazaliśmy! Nie opuszczajcie wiernych! Nie opuszczajcie Kościoła! Albowiem od soboru nawet to, co my potępiliśmy, jest przyjmowane i nauczane przez władze rzymskie. Jak to jest możliwe? Potępiliśmy liberalizm, potępiliśmy komunizm, socjalizm, modernizm, sillonizm. Wszystkie te błędy, które potępiliśmy, są obecnie nauczane przez władze Kościoła, przyjęte, bronione! Czy to możliwe? Jeśli niczego nie uczynicie, aby kontynuować Tradycję Kościoła, który został wam powierzony, wszystko przepadnie! Kościół zginie, wszystkie dusze przepadną!»”.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

https://news.fsspx.pl/2019/04/jednosc-z-papiezem-tak-ale-nie-wbrew-wierze/ 

List Lavala byłego protestanckiego pastora w Condé sur Noireau

    POWODY   zniewalające licznych protestantów do powrotu na łono   KOŚCIOŁA KATOLICKIGO   ...