sobota, 31 sierpnia 2019

Test Na Zmysł Wiary Katolickiej - Sensus Fidelium

 Sensus fidei fidelis jest rodzajem duchowego instynktu, który pozwala wierzącemu spontanicznie ocenić czy określone nauczanie lub praktyka jest czy nie jest zgodne z Ewangelią i wiarą apostolską.
Sensus fidei fidelis pozwala również poszczególnym wiernym dostrzec jakąkolwiek niezgodność, niespójność lub sprzeczność między nauczaniem lub praktyką a prawdziwą wiarą chrześcijańską, którą żyją. Reagują tak jak meloman na fałszywy ton w wykonaniu utworu muzycznego. W takich wypadkach, wierni wewnętrznie opierają się nauczaniu lub praktykom, które wchodzą w grę i nie akceptują ich ani w nich nie uczestniczą.
 Doświadczenie Kościoła pokazuje, że czasem prawda wiary zostaje przechowana nie przez wysiłki teologów lub nauczanie większości biskupów lecz w sercach wiernych .

Jeżeli jesteś w stanie obejrzeć te zdjęcia bez żadnego dyskomfortu 
to znaczy, że utraciłeś bądź nigdy nie wykształciłeś w sobie zmysłu wiary (sensus fidelium), który powstaje w wyniku obcowania w Prawdą i Pięknem Wiary Katolickiej.
 





























Jerozolima w czasach ostatecznych - ks. dr Paweł Murziński


Plagi Apokalipsy - ks. dr Paweł Murziński


Znaki czasów - ks. Paweł Murziński


Szatański birytualizm


Tradycyjni Kapłani, Prawowite Sakramenty

Prawo kanoniczne i zdrowy rozsądek x. Antoni Cekada



Tradycyjni kapłani, prawowite sakramenty

Prawo Boskie raczej zobowiązuje nas niż nam zakazuje udzielać sakramentów



Od czasu do czasu tradycyjny katolik usłyszy od kogoś, że sakramenty, które otrzymuje są „bezprawne”1.
Czasami członkowie organizacji Novus Ordo – powiedzmy biskup diecezjalny lub miejscowy proboszcz, – przedstawią taki zarzut, przytaczając taki lub inny przepis prawa kanonicznego.

Albo też tradycyjny katolik może natknąć się na rozprawę napisaną przez przestawiciela tradycjonalistycznego gatunku popularnie zwanego „samym w domu” (ang. „home-aloner”). To ktoś, kto odrzuca Sobór Watykański II i Nową Mszę, ale jednocześnie gani posługę sakramentalną wszystkich (albo większości) tradycyjnych katolickich kapłanów jako nielegalną, grzeszną, karalną ekskomuniką, sprzeciwiającą się prawu kanonicznemu lub, w przypadku spowiedzi, nieważną. Zamiast więc przyjmować sakramenty radzi on, by zostać „samemu w domu”.

Na początku lat dziewięćdziesiątych napisałem dwa artykuły traktujące o tych sprawach, „Prawo kanoniczne i zdrowy rozsądek”2 oraz „Samemu w domu”, z czego oba były dość szeroko rozpowszechniane w środowiskach tradycyjnych.

Postanowiłem powrócić do tematu, ponieważ na przestrzeni ostatnich kilku lat pojawiła się pewna liczba nowych rozpraw samych-w-domu, z których ostatnie głoszą, że tradycyjni duchowni łamią nie tylko prawo kanoniczne, ale też prawo boskie.

Otóż, formułowanie wiarygodnych rozumowań opartych na takich pojęciach wymaga dość wysokiego stopnia wyspecjalizowanej wiedzy w dziedzinie teologii moralnej, prawa kanonicznego, prawa sakramentalnego i teologii dogmatycznej. Zazwyczaj można to osiągnąć tylko przez uczęszczanie na formalne zajęcia z tych dyscyplin w katolickim seminarium lub uniwersytecie a następnie wzbogacanie tej podstawowej wiedzy poprzez porównawczą naukę głównych dzieł kanonicznych i teologicznych, które wszystkie są po łacinie. (Niektóre są wymienione w bibliografii poniżej.)

Żaden sam-w-domu, o którym słyszałem, nie posiada takiego zaplecza, ani nawet nie domyśla się, jak rozległa jest w rzeczywistości jego niewiedza w tych dziedzinach. Stąd nie dziwi, że w ich ostatnich pismach można znaleźć dwa fundamentalne błędy.
Po pierwsze, autorzy ci zakładają, że najważniejszym pytaniem, jakie musi sobie zadać katolicki kapłan w sprawie sakramentu jest to, czy udzielanie go jest mu „dozwolone” czy „zakazane”.

To stawia wszystko na głowie. Kapłaństwo nie jest tylko przywilejem, który skąpo pozwala na coś; jest munus lub officium (obowiązkiem) czynienia czegoś: składania ofiary i udzielania sakramentów. Dla kapłana więc prawdziwym pytaniem jest zawsze: „Jakiego sakramentu mam obowiązek udzielać?”

Po drugie, prawdopodobnie dlatego, że mniej wyspecjalizowane dzieła czasami używają tych terminów zamiennie, autorzy mylą dwa odrębne pojęcia w prawie kanonicznym odnoszące się do udzielania sakramentów: (1) deputację (prawowite uprawnienie lub pozwolenie od Kościoła, aby udzielać sakramentów) oraz (2) jurysdykcję (władzę rządzenia innymi w rzeczach duchowych).

Kapłan lub biskup musi posiadać prawowitą deputację dla wszystkich sakramentów, których udziela, ponieważ ich „sprawowanie i udzielanie jest powierzone przez Boga posłudze Kościoła” (Capello, De sacramentis 1:49). Jurysdykcja, z drugiej strony, wymagana jest tylko dla spowiedzi.
Wydaje się jednak, że niedoszli świeccy kanoniści myślą, że prawo wymaga od kapłana posiadania jurysdykcji gdykolwiek udziela sakramentu, a większość swojej krytyki opierają na tym ukrytym założeniu. Jednak ponieważ deputacja wystarczy, takie argumenty są nie na temat.
Pokrótce rozwinę obie sprawy poniżej. Większość z tego, co następuje, nadaje się jako odpowiedź zarówno samym-w-domu jak i członkom organizacji soborowej.


I. Prawo Boskie

Nakazy Pana Jezusa, aby chrzcić (św. Mat. XXVIII, 19), odpuszczać grzechy (św. Jana XX, 22), odprawiać Mszę (św. Łuk. XXII, 19), etc. stanowią prawo Boskie, które zobowiązuje wszystkich katolickich biskupów i kapłanów aż do końca czasów.


Niektórzy kapłani zobowiązani są dla sprawiedliwości szafować sakramentami; pozostali są zobowiązani na innej podstawie, określonej albo jako dla miłości albo z racji święceń. Oto te zasady:

A. Obowiązek dla sprawiedliwości (ex iustitia). Ta kategoria zawiera wszystkich kapłanów, którzy sprawują cura animarum (opiekę nad duszami).
Ten techniczny termin odnosi się w prawie kanonicznym do kapłanów, którzy, z racji swego urzędu lub innego tytułu jurysdykcji, czy to zwyczajnej (biskup diecezjalny, przełożony generalny, proboszcz i ci, którzy pełnią rolę proboszcza) czy delegowanej (koadiutorzy lub wikarzy) są zobowiązani „paść poszczególną część Chrystusowej trzody” (Merkelbach, Summa theologiae moralis 3:86).

Ich obowiązek udzielania sakramentów wywodzi się z „boskiego prawa [cytaty z Pisma świętego pominięto] (sic!), które nakazuje pasterzom karmić swoje owce i rzeczywiście udzielać im ich dobra duchowego oraz ich zbawienia” (Hervé, Manuale theologiae dogmaticae 4:491).

Kapłani z cura animarum byli zobowiązani sub gravi przez prawo boskie szafować sakramentami dla wiernych katolików uprawnionych do otrzymywania ich.

B. Obowiązek dla miłości (ex caritate). Inni kapłani, którym brak tego rodzaju zwyczajnej czyli delegowanej jurysdykcji – e.g. wykładowcy seminaryjni, administratorzy, nauczyciele, kapłan bez nadanej funkcji, na emeryturze, etc. – są niemniej jednak również zobowiązani szafować sakramentami dla wiernych, w zależności od tego, jak poważna jest potrzeba jednostki lub wspólnoty.

Niektórzy autorzy mówią, że ich obowiązek oparty jest na cnocie miłości: „Gdy brak kapłanów, którzy sprawują cura animarum, inni kapłani są zobowiązani z miłości szafować sakramentami…. w poważnej potrzebie wspólnoty, [tacy kapłani] zobowiązani są szafować sakramentami, nawet ryzykując własne życie, tak długo, jak długo trwa uzasadniona nadzieja na udzielenie pomocy i nie ma nikogo, kto mógłby jej udzielić”. Obowiązek ten ciąży pod karą grzechu ciężkiego (Merkelbach, 3:87. Podkreślenie moje.).

C. Obowiązek z racji święceń. Inni autorzy mówią, że tacy kapłani zobowiązani są udzielać sakramentów nie tylko z miłości, ale z racji samych ich święceń sakramentalnych. Oto jedno wyjaśnienie:

„Zobowiązani są przez pewien powszechny obowiązek wywodzący się ze stopnia święceń, który otrzymali. Bowiem Chrystus Pan uczynił ich kapłanami, aby oddali się zbawianiu dusz. Z powodu tego celu ich szczególnym obowiązkiem jest szafowanie sakramentami. W oczywisty sposób wynika to z obrzędu święceń, który daje im władzę składania ofiary i odpuszczania grzechów oraz który wymienia szafowanie pozostałych sakramentów wśród ich innych obowiązków. (…) Obowiązek ten zobowiązuje bardziej w zależności od powagi duchowej potrzeby wiernych w diecezji, gdzie [taki] kapłan ma służyć lub w miejscu, gdzie mieszka. Gdy taka wspólnota jest w oczywisty sposób w poważnej potrzebie – gdy, na przykład, z racji małej liczby kapłanów lub spowiedników, ludzie nie mają żadnego dogodnego sposobu, by słuchać Mszy w niedziele i święta oraz przyjąć Eucharystię, lub gdzie uczęszczanie do Sakramentu Pokuty jest niedogodne dla ludzi, tak, że wielu pozostaje w grzechu – kapłan ma poważny obowiązek udzielenia tych sakramentów i właściwego przygotowania siebie do obowiązku spowiednika” (Aertnys-Damen, Theologia moralis 2:26: „Generali quadam obligatione tenentur ex ordine suscepto … in necessitate simpliciter gravi talis communitatis… gravis est obligatio…” Podkreślenie w oryginale.).



* * * * *


Zasady te stosują się następująco: po Soborze Watykańskim II prawie wszyscy biskupi i księża z cura animarum odpadli do nowej religii. Z drugiej strony, nieliczni kapłani, którzy stawili opór, byli profesorami, wygnańcami w swych zakonach czy diecezjach, na emeryturze, etc.


Kapłani ci zobowiązani byli przez prawo boskie szafować sakramentami katolikom, którzy, ponieważ ich duszpasterze odpadli od wiary, znaleźli się „w oczywisty sposób w poważnej potrzebie”. Kapłani [ci] nie byli zobowiązani „prosić o pozwolenie”. Byli raczej zobowiązani, i dla miłości i z racji ich święceń, chrzcić, odpuszczać, odprawiać Mszę, etc.
Mało tego, ale [również] biskupi pośród nich – arcybiskupi Lefebvbre i Thuc – byli zobowiązani udzielać święceń godnym kandydatom, którzy dalej kontynuowaliby udzielanie sakramentów wiernym katolikom na całym świecie zobowiązani, i dla miłości i z racji ich święceń, chrzcić, odpuszczać, odprawiać Mszę, etc.


Ich obowiązek wziął swe źródło z ich święceń biskupich, które obaj otrzymali. Jednozdaniowe wezwanie do kandydata w obrzędzie sakry biskupiej treściwie wyraża ten obowiązek: „Obowiązkiem biskupa jest sądzić, interpretować, konsekrować, wyświęcać , składać ofiarę, chrzcić i bierzmować”.

Ponadto, ci spośród nas, którzy wywodzą swe święcenia od arcybiskupów Lefebvre’a czy Thuca, oczywiście nie posiadają żadnej nominacji dla cura animarum. Jednakże jak wszyscy inni kapłani, w podobny sposób jesteśmy zobowiązani przez prawo boskie, dla miłości i z racji święceń, udzielać sakramentów wiernym, którzy pozostają w poważnej powszechnej potrzebie.

II. Prawowita deputacja i misja

Dalej, „jeśli chodzi o prawowitość […], wszelka władza udzielania sakramentów bierze swój początek z misji udzielonej apostołom” za pośrednictwem tych samych Boskich nakazów wyżej wymienionych (by chrzcić, rozgrzeszać, odprawiać Mszę, etc.) (Billot, De Ecclesiae Sacramentis 1:179.). Jest tak ponieważ:

„Nikt prawowicie nie zarządza własnością innej osoby, chyba, że robi to na podstawie rozkazu tamtej osoby. Otóż, sakramenty są własnością Chrystusa. Tylko ci zatem, którzy posiadają misję od Chrystusa – to znaczy, ci, do których odnosi się misja apostolska – zarządzają nimi prawowicie” (Billot, ibid.).

Ci, których Pan Jezus zobowiązał prawem Boskim, by udzielali sakramentów, jednocześnie zatem otrzymują od Niego prawowitą deputację oraz misję apostolską, by ich udzielać.

III. Ludzkie prawo kościelne

Choć niektóre kanony w Kodeksie wyraźnie przytaczają zasady Boskiego prawa pozytywnego (na przykład, zob. Michels, Normae Generales Juris Canonici 1:210nn), same kanony, które określają jak prawowita deputacja do chrzczenia, odpuszczania, odprawiania Mszy, etc. jest udzielana lub otrzymywana nie są prawem boskim, a jedynie prawem ludzkim.

Zgodnie z ogólnymi zasadami prawa, prawo ludzkie:

A. Automatycznie i pozytywnie przestaje obowiązywać, gdy staje się szkodliwe (nociva) w zastosowaniu. W temacie, zob. dzieła teologów moralnych i kanonistów Abbo-Hannon, Aertnys-Damen, Badii, Beste, Cappello, Cicognani, Cocchi, Coronata, Maroto, McHugh-Callan, Merkelbach, Michels, Noldin, Regatillo-Zalba, Vermeersch, Wernz-Vidal, etc. w bibliografii poniżej.

B. Przestaje obowiązywać w „powszechnej potrzebie”, nawet jeśli [to] prawo w innym przypadku uczyniłoby sakrament nieważnym. Tak więc, na przykład, przeszkoda unieważniająca małżeństwo, normalnie wymagająca dyspensy od urzędnika kościelnego z jurysdykcją zwyczajną przestałaby obowiązywać „z racji powszechnej potrzeby”, gdy dostęp do kogoś z wymaganą władzą jest niemożliwy (Merkelbach 1:353).

Taka powszechna potrzeba również występowałaby, na przykład, „w okresie prześladowań lub przewrotów w konkretnym kraju”. W tym przypadku, „gdyby cel prawa zaniknął w sposób niesprzyjający wspólnocie – to jest, gdyby zeń wyniknęła szkoda powszechna – [to] prawo nie obowiązywałoby, ponieważ słusznie byłoby uważane za zawieszone, z powodu łagodzącej interpretacji zamysłu prawodawcy” (Capello 5:199).

C. Nie obowiązuje, gdy nie zgadza się z prawem boskim. „W sytuacji wzajemnej sprzeczności w obowiązywaniu, wyższe ma pierwszeństwo (…). Boskie prawo pozytywne ma pierwszeństwo ponad prawodawstwem ludzkim” (Jone, Teologia moralna 70). „Najwyższa zasada w tej materii jest następująca: obowiązek, który bierze górę to ten, który wynika z prawa, które, pod względem swej natury i celu, jest ważniejsze (…). Nakazy boskiego prawa pozytywnego muszą wziąć górę nad nakazami ludzkiego prawa pozytywnego”. (Noldin, Summa Theologiae Moralis 1:207)

IV. Zastosowanie
Jeśli chodzi o ludzkie prawa kościelne, przytaczane jako zakazujące tradycyjnym katolickim kapłanom udzielania sakramentów w obecnej sytuacji:

A. Powszechne dobro. Stosowanie tych praw pozbawiłoby katolików sakramentów i w ten sposób bezpośrednio uniemożliwiłoby urzeczywistnienie dobra wspólnego (bonum commune), które jest celem Kościoła we wszystkich jego prawach. To dobro wspólne, jak mówi teolog Merkelbach, jest „oddawaniem czci Bogu i nadprzyrodzone uświęcenie ludzi”. (Summa Theol. Mor. 1:325: „Dei cultus et sanctificatio suparnaturalis hominum…”)

B. Ustanie. Takie ludzkie prawa kościelne stałyby się zatem szkodliwe (nocivae) i jako takie, zgodnie z ogólnymi zasadami prawa wyłożonymi przez teologów moralnych i kanonistów, automatycznie przestałyby obowiązywać. (Zob. III. A)
To samo dotyczy kanonów 953 i 2370, które w innym przypadku zabraniałyby konsekracji biskupa bez mandatu apostolskiego (papieskiego dokumentu upoważniającego do konsekracji), ponieważ zachowywanie ich doprowadziłoby w końcu do pozbawienia wiernych sakramentów, których udzielanie wymaga szafarza ze święceniami.
To również się tyczy kanonu 879.1, który rozporządza jurysdykcją do rozgrzeszania: „Aby ważnie słuchać spowiedzi, jurysdykcja musi być udzielona wyraźnie, czy to ustnie, czy na piśmie”. Teolog moralny i kanonista Prümmer określa ten kanon konkretnie jako „prawo kościelne”. (Manuale Theologiae Moralis 3:407: „A jure ecclesiastico statuitur, ut jurisdictionis concessio a) sit expressa sive verbis sive scripto…” Podkreślenie w oryginale).
Ponieważ kanon [ten] jest ludzkim prawem kościelnym, a nie boskim prawem, wymaganie wyraźnego udzielenia jurysdykcji mogłoby zatem przestać obowiązywać na podstawie „potrzeby powszechnej” (zob. III. B), ponieważ katolicy w grzechu ciężkim potrzebują rozgrzeszenia i ponieważ my, kapłani, jesteśmy zobowiązani go udzielać.

Nasz obowiązek wynikałby, jak wyjaśnia św. Alfons, „z samej natury samego urzędu kapłańskiego, z którym instytucja Chrystusowa związała ten obowiązek oraz że kapłan jest zobowiązany go spełniać, gdy potrzeba ludzi tego wymaga”. (Aertnys-Damen 2:26n. „…ex proprio Sacerdotis officio… quod Sacerdos exercere tenetur…” Podkreślenie w oryginale.)


C. Nadrzędny obowiązek. W każdym razie, poważny obowiązek udzielania sakramentów, które boskie prawo nakłada na tradycyjnych katolickich kapłanów dla miłości i na mocy ich święceń, bierze górę nad ludzkimi prawami kościelnymi przytaczanymi przeciwko nim. (Zob. III. C)

D. Prawowita deputacja i misja. Jednocześnie, to samo boskie prawo z konieczności udziela tradycyjnym katolickim biskupom i kapłanom prawowitej deputacji czyli misji apostolskiej do udzielania sakramentów. (Zob. II) Ponadto, gdyby było inaczej, Bóg by nakładał poważny obowiązek, jednocześnie wstrzymując wszelkie moralnie dopuszczalne środki, aby go wypełnić – quod impossibile.

V. Jurysdykcja do rozgrzeszania

W przypadku prawowitej deputacji do spowiedzi, prawo boskie wymaga, by kapłan, dla ważnego rozgrzeszenia grzeszników, posiadał także władzę jurysdykcji oprócz władzy święceń. Żaden tradycyjny katolicki kapłan, jakiego znam, nie podważa tego.

Jurysdykcja jest „moralną władzą rządzenia podwładnymi w tych rzeczach, które dotyczą ich celu nadprzyrodzonego”. (Merkelbach, 3:569) Jak zaznaczono wyżej, jurysdykcja jest albo zwyczajna (związana z urzędem), albo delegowana (udzielona osobie, albo przez prawo, albo przez przełożonego). Działa na forum zewnętrznym (Kościół jako społeczność) albo wewnętrznym (poszczególna osoba przed Bogiem – zazwyczaj oznacza to podczas spowiedzi).

Jurysdykcja, którą my, tradycyjni katoliccy kapłani, posiadamy została nam delegowana przez samego Chrystusa na podstawie boskiego prawa i działa na forum wewnętrznym, ponieważ:

A. Kanon 879 ustaje. Ludzkie prawo kościelne (kanon 879) wymagające, by jurysdykcja była wyraźnie udzielona na piśmie lub ustnie ustało. (Zob. IV. B)

B. Prawo boskie udziela jurysdykcji. Boskie prawo, mocą którego Chrystus udziela jurysdykcji tym, którym nakazuje wybaczać grzechy (w odróżnieniu od władzy sakramentalnej, która umożliwia robienie tego) znajduje się u św. Jana XX, 21: „Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. (Merkelbach 3:574)

To boskie prawo zawsze obowiązuje, razem z jurysdykcją od Chrystusa konieczną, by je wypełnić. Jest to oczywiste, mówi teolog Herrmann, „że ta władza kluczy będzie trwała na zawsze w Kościele. Bowiem skoro Chrystus chciał, aby Kościół trwał aż do skończenia świata, On również nie szczędził mu środków, bez których nie mógłby osiągnąć swego celu, zbawienia dusz”. (Institutiones Theologiae Dogmaticae 2:1743. Podkreślenie moje.)

Doprawdy, Kościół Chrystusowy musi zapewniać jurysdykcję do rozgrzeszania w wyjątkowych okolicznościach. „Kościół musi, z racji swego wyjątkowego celu, zapewniać [wszystko, co potrzebne] do zbawiania dusz, tak więc jest on wobec tego zobowiązany zapewnić wszystko, co leży w jego mocy”. (Capello 2:349. Podkreślenie moje.)

Bowiem skoro, jak mówi kard. Billot, prawo kościelne skierowane jest bardziej na związywanie, niż na rozwiązywanie, a prawo boskie bardziej jest skierowane na rozwiązywanie, niż na wiązanie, ostatecznie „instrumentalna jurysdykcja Kościoła skierowana jest na rozwiązywanie – doprawdy, na rozwiązywanie więzów, które zależne są nie od prawa kościelnego, ale od prawa boskiego”. (Tractatus de Ecclesia Christi 1:476. Podkreślenie moje.)


C. To Bóg sprawuje władzę. Nasza delegowana jurysdykcja na forum wewnętrznym jest „nie władzą kościelną, ale władzą boską udzieloną władzą właściwą samemu Bogu (który sam jeden może bezpośrednio dotknąć sumienie i pęta grzechu). Działa jednakże poprzez Papieża jako sługę i narzędzie Boga, a więc nie poprzez władzę właściwą Kościołowi, lecz raczej przez Boga sprawującego swą własną władzę”. (Merkelbach 3:569. Podkreślenie moje.)


* * * * *

Podsumowując to, co wyżej powiedziano:
- Prawo boskie wymaga od tradycyjnych katolickich kapłanów i biskupów, by udzielali sakramentów wiernym. (Zob. I)
- To samo prawo boskie udziela ich apostolatowi prawowitej deputacji i misji apostolskiej. (Zob. II)
- Ludzkie kościelne (kanoniczne) prawa, których zastosowanie uniemożliwia wypełnienie tego prawa boskiego ustały, ponieważ są teraz szkodliwe (nocivae). (Zob III & IV)
- To dotyczy również kanonu 879, wymagającego wyraźnego udzielenia jurysdykcji dla ważności rozgrzeszenia. (Zob. IIIB & IV.B)
- Prawo boskie natomiast bezpośrednio deleguje jurysdykcję na forum wewnętrznym tradycyjnym katolickim kapłanom dla rozgrzeszenia, którego udzielają. (Zob. V)


Nic z tego, śpieszę dodać, nie usprawiedliwia ignorowania wielu innych postanowień prawa kościelnego rządzących udzielaniem i przyjmowaniem sakramentów, zwłaszcza tych, które zakazują udzielania święceń niedouczonym i niezdatnym.
Sam Chrystus nakazuje swym kapłanom udzielania Jego sakramentów Jego owczarni. Ponieważ proboszczowie obdarzeni jurysdykcją dla cura animarum wszyscy odeszli do modernistycznej religii, ich obowiązek teraz przechodzi na nas, nielicznych wiernych kapłanów, którzy pozostali.
Udzielamy sakramentów Chrystusa, ponieważ On uczynił to naszym obowiązkiem.
(Broszura, lipiec 2003)


Bibliografia


Abbo, J & J. Hannon. The Sacred Canons. St. Louis: Herder 1957. 2 tomy.
Aertnys, I. & C. Damen. Theologia Moralis. Wyd. 17. Rzym: Marietti 1958.
Badii, C. Institutiones Iuris Canonici. Wyd. 3. Florencja: Fiorentina 1921.
Beste, U. Introductio In Codicem. Collegeville, MN: St. John’s 1946.
Billot, L. (Cardinal). De Ecclesiae Sacramentis. Rzym: 1931. 2 tomy.
Idem, Tractatus de Ecclesia Christi. Wyd. 5. Rzym: Gregorian 1927. 2 tomy.
Cappello, F. Institutiones Iuris Canonici. Wyd. 5. Santander: Sal Terrae: 1956. 2 tomy.
Idem, Tractatus Canonico-Moralis de Sacra­mentis. Rzym: Marietti 1951. 5 tomów.
Cicognani, A. Canon Law. Wyd. 2. Westminster, MD: Newman 1934.
Cocchi, G. Commentarium in Codicem Iuris Canonici. Wyd. 6. Rzym: Marietti 1938. 8 tomów.
Kodeks Prawa Kanonicznego. 1917.
Coronata, M. De Sacramentis: Tractatus Canonicus. Turyn: Marietti 1943. 3 tomy.
Idem, Institutiones Juris Canonici. Wyd. 4. Turyn: Marietti 1950. 3 tomy.
Herrmann, P. Institutiones Theologiae Dogmaticae. Rzym: Della Pace 1908. 2 tomy.
Hervé. J. Manuale Theologiae Dogmaticae. Paryż: Berche 1932. 4 tomy.
Jone, H. Moral Theology. Westminster, MD: Newman 1955.

Maroto, P. Institutiones Iuris Canonici. Rome: 1921. 4 tomy.
McHugh, J, & C. Callan. Moral Theology. Nowy Jork: Wagner 1929.
Merkelbach B. Summa Theologiae Moralis. Wyd. 8. Montreal: Desclée 1949. 3 tomy.
Michiels, G. Normae Generales Juris Canonici, Wyd. 2. Paryż: Desclée 1949. 2 tomy.
Noldin, H. & A. Schmitt. Summa Theologiae Moralis. Innsbruck: Rauch 1940. 3 tomy
Prümmer, D. Manuale Theologiae Moralis. Wyd. 10. Barcelona: Herder 1946. 3 tomy.
Regatillo, E. & M. Zalba. Theologiae Moralis Summa. Madryt: BAC 1954. 3 tomy.
Vermeersch, A & I. Creusen. Epitome Iuris Canonci. Wyd. 7. Rzym: Dessain 1949. 3 tomy.
Wernz, F. & P. Vidal. Ius Canonicum. Rzym: Gregorian 1934. 8 tomów.

Przypisy tłumacza:

1) W oryginale: „illicit”.
2) Tłumaczenie na język polski wspomnianego artykułu znajduje się na stronie x. Rafała Trytka.
Tłumaczył z języka angielskiego Łukasz Paczuski. Miejscami, dla większej dokładności, za podstawę tłumaczenia wzięty został oryginał łaciński (CIC, Merkelbach, Billot) przytaczany przez Autora zamiast tekst artykułu. Źródło: traditionalmass.org.

http://sedevacante.eu/teksty.php?li=51


piątek, 30 sierpnia 2019

Homoseksualizm Nie Jest Wrodzony



Nie ma żadnego „genu homoseksualizmu”, a skłonności do osób tej samej płci są uwarunkowane przede wszystkim wpływami środowiska i kultury przy niespełna jednoprocentowym udziale genetyki. Ujawniło to amerykańskie czasopismo naukowe „Science”, przedstawiając wyniki najnowszych badań przeprowadzonych przez zespół naukowców z Broad Institute Massachusetts Institute of Technology i Harwardu w USA pod kierunkiem włoskiego uczonego Andrei Ganny.
Studium omawia pięć wariantów genetycznych, powiązanych w sposób znaczący statystycznie nie tylko z postawami homoseksualnymi, ale także z hormonami płciowymi, z węchem i łysieniem. Okazało się, że nawet połączenie tak wielu tak różnych czynników odpowiada za mniej niż jeden procent zachowań płciowych.
„Poprzednie badania sugerowały obecność silnych sygnałów genetycznych, które mogłyby uczynić przewidywalnymi postawy seksualne, przy czym jeden z najbardziej znanych takich sygnałów wskazywał na chromosom X, ale w naszych badaniach z próbką sto razy silniejszą, pokazaliśmy, że tak nie jest” – wyjaśnił prof. Ganna w rozmowie z włoską agencją prasową ANSA.
Według włoskiego portalu „Caffestoria”, który zamieścił ten artykuł, jest to ciekawe spostrzeżenie, obala bowiem pewną linię ideologiczną, wedle której homoseksualizm niektórych mężczyzn i kobiet jest nie tylko wrodzony, ale jest wręcz „wolą Bożą”. „To Bóg stworzył cię takiego” – miał powiedzieć kiedyś Franciszek podczas jednego z prywatnych spotkań z homoseksualistami, ale słów tych nigdy oficjalnie nie potwierdzono. Znacznie bardziej skrywana jest natomiast inna wypowiedź papieża podczas audiencji ogólnej 15 kwietnia 2015, iż ideologia gender jest „krokiem wstecz” dla ludzkości, ponieważ „odrzucenie zróżnicowania jest problemem, a nie rozwiązaniem”.
https://www.niedziela.pl/artykul/44873/USA-badania-potwierdzily-ze

"Nowy rzymski panteon" - ks. Paweł Murziński


Smutne kulisy działalności o. Józefa Witko | Grzegorz Bacik


Magiczne Podlasie - czy jesteś już zaczarowany?


piątek, 16 sierpnia 2019

Czy To o Narodzie Polskim?

 "Naród taki może pobrzękiwać swoją zbroją w aktach komicznej brawury, nie przestraszy to jednak żadnego tyrana. Naród ów gra w istocie rolę błazna, gdyż przy całej posiadanej broni nie jest przygotowany do walki, a jeśli już się na nią zdecyduje, jest zbyt słaby, by podjąć jakieś stanowcze działania. (...) Bez wątpienia agnostycy i ateiści powitają z protekcjonalnym uśmiechem proroctwo o nadejściu Antychrysta w oparach herezji, w epoce bohaterów i wojen, a liberalni chrześcijanie przyłączą się do tego chóru szyderców. Było tak w czasach Noego, wyśmiewanego z powodu budowania arki. Było tak również w czasach Abrahama, wstawiającego się bezskutecznie za Sodomą i Gomorą. Było tak wreszcie w czasach Chrystusa, który płakał nad Jerozolimą. Wszyscy ci sceptycy zostali w wyniku swego niedowiarstwa unicestwieni. Będzie tak również i na końcu czasów, ludzie źli są bowiem zbyt pyszni, by zaakceptować i zrozumieć drogi Boga. W tych ostatnich dniach ludzie kochać będą jedynie samych siebie, chciwi, pyszni, bluźniercy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, bezbożni, pozbawieni naturalnych uczuć, naruszający pokój, oskarżający fałszywie, niepowściągliwi, gwałtownicy, mający w pogardzie dobrych, zdrajcy, szaleńcy, zarozumiali, miłośnicy przyjemności, szydercy podążający za swymi żądzami (...)."
https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/1107

Chaos Liturgiczny a Nadejście Antychrysta

 

 

Chaos liturgiczny a nadejście Antychrysta

Z pewnością istnieje dziś porozumienie [sił] zła, zrzeszające członków ze wszystkich stron świata, posiadające własne struktury, działające aktywnie i oplatające Kościół katolicki swą siecią oraz przygotowujące drogę do powszechnej apostazji.
Ponad sto lat temu, w czasach raczej spokojnych, a nawet – w porównaniu do powszechnej apostazji i religijnego zamieszania naszych czasów – chrześcijańskich, kard. Jan Henryk Newman w proroczych słowach przepowiedział obecną katastrofę:
Z pewnością istnieje dziś porozumienie [sił] zła, zrzeszające członków ze wszystkich stron świata, posiadające własne struktury, działające aktywnie i oplatające Kościół katolicki swą siecią oraz przygotowujące drogę do powszechnej apostazji. Nie wiemy, czy apostazja poprzedza bezpośrednio pojawienie się Antychrysta, czy nadejście jego jeszcze się opóźni, z całą jednak pewnością odstępstwo to, we wszystkich swych przejawach i środkach, jest dziełem Złego i otacza je odór śmierci.
Bez wątpienia chrześcijanie powinni rozmyślać nad pierwszym i drugim przyjściem Chrystusa, aby ich serca czuwały na modlitwie oraz by rozbudzali w sobie nadzieję i tęsknotę za Jego drugim nadejściem. Sam Chrystus wzywał nas do wyglądania, rozpoznawania i badania znaków Jego przyjścia – Jego powrotu jako Sędziego żywych i umarłych. Również Ojcowie Kościoła zachęcali, by rozmyślać często o sądzie ostatecznym, by zastanawiać się nad szczegółowym rozrachunkiem, jaki każdy z nas będzie musiał zdać. Owocem takiej refleksji jest u wiernego naśladowcy Chrystusa głęboka wiara oraz roztropna, przewidująca mądrość, pozwala ona bowiem niejako zerwać maskę z oblicza zepsutego świata. Podczas rozważania tych prawd z oczu naszych opadnie zasłona i zobaczymy wyraźnie, w jaki sposób ten świat sekularyzuje, wypacza i desakralizuje całą strukturę społeczną – politykę, ekonomię, prawo, edukację – całą sferę aktywności osobistej i społecznej. Zrozumiemy, w jaki sposób ten proces kosmicznej perwersji przygotowuje świat na nadejście Antychrysta, który szybko zdobędzie władzę absolutną i zajmie miejsce Boga.
Kard. Newman przewidział ten atak na wiarę świętą. Ostrzegał chrześcijan przed nowinkarzami, którzy chcieliby wstrząsnąć stałością chrześcijańskich form kultu i zaszczepić Kościołowi liturgiczną gorączkę. Owi zwolennicy zmian kwestionują każdą chrześcijańską formę modlitwy, postawy i gesty modlitewne, a nawet same nabożeństwa oraz tradycyjne i prywatne praktyki wiary. Ich żądza nowinek jest taranem bijącym w stałość dawno ustanowionych świętych obrzędów, które były przez stulecia dla wspólnot chrześcijańskich przekaźnikiem prawd ewangelicznych. Z furią zastępują uświęcone formy kultu nową, rozcieńczoną liturgią Mszy, nowymi modlitwami, nowymi formami sakramentów, nowymi kościołami; wszystko to rodzi u wiernych dezorientację. Kard. Newman pisze:
Nikt nie może prawdziwie szanować religii i znieważać jej form [kultu]. Zgoda, formy te nie pochodzą bezpośrednio od Boga, ale długie ich używania uświęciło je, gdyż duch religii przeniknął je do tego stopnia, że ich unicestwienie rodzi u wielu poczucie zagubienia i niszczy w nich sam zmysł religijności. Były one tak silnie utożsamiane z samym pojęciem religii, że nie sposób usunąć ich bez uszczerbku dla niej. Wiara większości ludzi nie zniesie takiej transplantacji. (...) Drogocenne doktryny są nanizane jak klejnoty na cienką nić.
Ponadto nowym formom brak wzniosłości, są płaskie i banalne. Dlaczego postawę klęczącą zastąpiono stojącą? Sam Chrystus Pan padał na kolana i na twarz, kiedy modlił się do swego Ojca. Szatan dobrze zna znaczenie kultu i jego potrzebę u człowieka. Usiłował nakłonić Pana Jezusa, by upadł przed nim na twarz i oddał mu pokłon. Dlaczego rok liturgiczny i Msza zostały zmienione w tak niefortunny sposób, że doprowadziło to do dezorientacji wiernych co do liturgii Mszy, kultu świętych i okresów roku kościelnego? Dlaczego Gloria, modlitwa koncentrująca się w sposób absolutny na Bożym majestacie i Jego dobroci, została ograniczona praktycznie do niedziel? Czy wiara naprawdę jest odnawiana i ożywiana poprzez zanik poczucia wspólnoty z chrześcijanami czasów starożytnych i apostolskich?
Nowa liturgia nie wprowadza nas już w prawdziwe doświadczenie życia Jezusa Chrystusa. Zostaliśmy tego pozbawieni poprzez zniesienie hierarchii świąt. Ponadto nowe formy kultu są nierzadko rezultatem eksperymentów. Eksperymentuje się jednak z rzeczami, z przedmiotami, które ma się zamiar poddać analizie. Eksperyment jest metodą naukową. Liturgia natomiast pełna jest tajemnic, rzeczywistości, w których należy uczestniczyć. Eksperymenty jedynie desakralizują te tajemnice.
Bałwochwalstwo polegające na manipulowaniu przy rzeczach świętych nie ominęło i Kościoła, co zaowocowało liturgią pełną miernoty, będącą show dla widzów, odrywającą ich od rzeczy świętych, uniemożliwiającą wewnętrzne zjednoczenie z Bogiem i wulgaryzującą, jeśli nie osłabiającą, święte czynności, symbole, muzykę i słowa. W rzeczywistości zubożona w ten sposób liturgia niczego nie odnowiła – innowacje te doprowadziły do opustoszenia kościołów, zaniku powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, odstręczyły konwertytów i otworzyły szeroko drzwi Kościoła różnego rodzaju buntownikom. Nawet jeśli jest ważna, nie jest w stanie nikogo zainspirować – jest bezbarwna, powierzchowna i banalna, pozbawiona woni świętości. Zhumanizowana, „populistyczna” liturgia nie będzie nigdy w stanie zrodzić świętych, cudu tego dokonać może jedynie liturgia przebóstwiona.
Dziś nie jest bynajmniej tajemnicą, że wrogowie Kościoła pragną zniszczyć wiarę w Bóstwo Chrystusa. Skoro liturgia została zhumanizowana, Chrystus – jej centrum i podmiot – nie jest już Boskim Odkupicielem, stał się humanistą par excellence, wyzwolicielem, rewolucjonistą, marksistą wprowadzającym ludzkość w nowe tysiąclecie. Powinniśmy zachować czujność wobec tych, którzy usiłują nakłonić nas do porzucenia naszych uświęconych form kultu, a przez to doprowadzić ostatecznie do zanegowania przez nas całości naszej wiary świętej. Kościół atakowany jest przez synów szatana, działających tak na zewnątrz, jak i wewnątrz owczarni – ponieważ jest on żywą formą, (...) widzialnym ciałem religii. Owi mistrzowie zwodzenia wiedzą, że jeśli uda im się pozbyć świętych form, poradzą sobie również z samą religią... Jeśli naruszycie lex orandi, w sposób nieunikniony zniszczycie również lex credendi. Dlatego właśnie ludzie ci zwalczają wiele nabożeństw pod pretekstem, że są one w istocie przesądami, dlatego proponują tyle zmian i przeróbek – jest to sprytnie skalkulowana taktyka, obliczona na wstrząśnienie samymi fundamentami wiary. Nie wolno nam nigdy zapomnieć, że formy religijne – pozornie same w sobie obojętne – nabierają wielkiej wartości, w miarę jak posługujemy się nimi w naszej drodze do świętości.
Miejsca poświęcone oddawaniu czci Bogu, starannie wyodrębnione dla Jego kultu, pobożnie świętowany dzień Pański, publiczne formy modlitwy, formy liturgiczne – wszystkie te rzeczy, jako całość, stanowią dla wiernych świętość i istnieją de facto z rozporządzenia Bożego. Obrzędy uświęcone przez Kościół wielowiekowym ich używaniem nie mogą być kwestionowane bez szkody dla dusz. Ponadto, wedle słów kard. Newmana,
ludzie zajmujący się reformą liturgii powinni zawsze być świadomi następującej prawdy: nawet w przypadku najbłahszej z obowiązujących świętych form [kultu] bardzo często upragnione ulepszenie okazuje się w praktyce głupotą.
Dzisiejsi biskupi postąpiliby mądrze, odnosząc te słowa kard. Newmana do obecnej wojny o świętą liturgię.
Kiedy więc ludzie światowi wykpiwają nasze święte obrzędy, utwierdzajmy się w naszym przekonaniu w następujący sposób – i jest to argument, który wszyscy, ludzie wykształceni i niewykształceni są w stanie zrozumieć – formy te, nawet jeśli są pochodzenia ludzkiego, (...) posiadają co najmniej równie uświęcający i dydaktyczny charakter, co obrzędy judaizmu. A przecież Chrystus i Apostołowie nie chcieli, by te obrzędy spotkał najmniejszy brak uszanowania, czy by zostały usunięte w sposób nagły. Tym bardziej nie powinniśmy tego tolerować w odniesieniu do naszych własnych ceremonii.
Ojcowie Kościoła zwracają uwagę na zepsucie liturgii, jakie panować będzie w czasach ostatecznych. W miarę, jak koniec ten będzie się przybliżał, Kościół poddawany będzie wściekłemu i bardziej diabolicznemu prześladowaniu niż kiedykolwiek w swej historii. Ustanie wszelki kult religijny. „Usuną codzienną ofiarę”. Niektórzy Ojcowie interpretują te słowa w taki sposób, że Antychryst zniesie na trzy i pół roku wszelki kult religijny. Inni z kolei przypominają nam, że Antychryst ustanowi swój tron w świątyni Boga i zażąda od swych zdeprawowanych wyznawców oddawania sobie czci. Św. Augustyn zastanawiał się, czy dzieciom udzielany będzie wówczas chrzest. Żyjemy w czasach tak zdeprawowanych, że wiele państw nie pozwala nawet na naturalną śmierć niewinnych istot ludzkich (...). Panowaniu Antychrysta towarzyszyć będą liczne cuda, podobne do tych, jakich dokonywali egipscy czarnoksiężnicy przed oczyma faraona czy też Szymon Mag przed śś. Piotrem i Janem. Św. Cyryl pisze:
Lękam się wojen między narodami, lękam się podziałów między chrześcijanami, lękam się nienawiści między braćmi. Jednak dosyć! Niech Bóg broni, by któregoś dnia się to spełniło! Bądźmy jednak przygotowani.
Widzimy więc, że poza prześladowaniami krwawymi, wrogowie Kościoła posługiwać się będą również podstępem i oszustwem. Antychryst będzie bardzo skutecznie dzielił i skłócał ze sobą chrześcijan. Uda mu się oderwać od skały zbawienia wiele dusz i wciągnąć je w herezję lub schizmę, pozbawiając je chrześcijańskiej wolności oraz siły. (...)
Nasze działania i nasza wierność (...) determinują zarówno nasze doczesne, jak i wieczne przeznaczenie. Istnieje zasadniczy, głęboki związek pomiędzy zdrowiem duchowym i wolą zwycięstwa a materialnymi środkami, jakie mamy w tej walce do dyspozycji. Bez zdrowia duchowego wszystkie środki, jakich moglibyśmy użyć dla osiągnięcia zwycięstwa, zostaną roztrwonione w słabych rękach chorego narodu, który postępuje lękliwie, ponieważ jego serce jest tchórzliwe, jego umysł zdezorientowany, wzrok rozmyty, słuch przytępiony, uwaga osłabiona (...). Naród taki może pobrzękiwać swoją zbroją w aktach komicznej brawury, nie przestraszy to jednak żadnego tyrana. Naród ów gra w istocie rolę błazna, gdyż przy całej posiadanej broni nie jest przygotowany do walki, a jeśli już się na nią zdecyduje, jest zbyt słaby, by podjąć jakieś stanowcze działania. (...) Bez wątpienia agnostycy i ateiści powitają z protekcjonalnym uśmiechem proroctwo o nadejściu Antychrysta w oparach herezji, w epoce bohaterów i wojen, a liberalni chrześcijanie przyłączą się do tego chóru szyderców. Było tak w czasach Noego, wyśmiewanego z powodu budowania arki. Było tak również w czasach Abrahama, wstawiającego się bezskutecznie za Sodomą i Gomorą. Było tak wreszcie w czasach Chrystusa, który płakał nad Jerozolimą. Wszyscy ci sceptycy zostali w wyniku swego niedowiarstwa unicestwieni. Będzie tak również i na końcu czasów, ludzie źli są bowiem zbyt pyszni, by zaakceptować i zrozumieć drogi Boga. W tych ostatnich dniach ludzie kochać będą jedynie samych siebie, chciwi, pyszni, bluźniercy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, bezbożni, pozbawieni naturalnych uczuć, naruszający pokój, oskarżający fałszywie, niepowściągliwi, gwałtownicy, mający w pogardzie dobrych, zdrajcy, szaleńcy, zarozumiali, miłośnicy przyjemności, szydercy podążający za swymi żądzami (...).
„Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę, kiedy przyjdzie?” – pytał Chrystus, mając na myśli czasy ostateczne. My wszyscy, chrześcijanie, musimy być Jego heroldami, wyglądającymi poranka, świtu, oznak Jego drugiego, chwalebnego przyjścia. Pomimo powszechnej apostazji, jaka wówczas będzie panować, Chrystusa Pana powitają resztki wiernych chrześcijan. Owa garstka radować się będzie, mając świadomość, że paruzja położy na zawsze kres podłej polityce współpracy z grzechem, zgromadzi razem Jego wybranych i ustanowi wieczne entente cordiale (‘serdeczne porozumienie’), miłosne zjednoczenie z Bogiem, które nazywamy wizją uszczęśliwiającą. Ω
Tekst za „The Remnant” z 28 lutego 1978 r. Tłumaczył Tomasz Maszczyk.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Dlaczego ekumenizm jest czystym nonsensem?

Dlaczego ekumenizm jest czystym nonsensem?

30 listopada ubiegłego roku papież Franciszek wygłosił mowę na zakończenie Boskiej Liturgii sprawowanej przez patriarchę „ekumenicznego” Bartłomieja I w cerkwi pw. św. Jerzego w Stambule. Wyraził w niej przekonanie, że powrót prawosławia do „pełnej komunii” nie oznacza asymilacji czy podporządkowania jednej ze stron drugiej. Jest to oczywista nieprawda. Każdy katolik powinien wiedzieć, że poprzez odmowę podporządkowania się autorytetowi Kościoła katolickiego człowiek stawia się poza nim. A jeśli ktoś znajduje się poza Kościołem, z pewnością nie może być z nim w „pełnej komunii”.
Przed epoką papieży stawiających dobre stosunki z heretykami i schizmatykami ponad szacunek dla objawionej przez Boga prawdy zwykli katolicy świadomi byli faktu, iż dwa sprzeczne ze sobą systemy wierzeń nie mogą w żaden sposób utworzyć jedności. Zdawali sobie sprawę z tego, iż niezależnie od ilości pochwał wygłaszanych pod adresem heretyków, intensywności prowadzonego z nimi dialogu oraz liczby realizowanych wspólnie z nimi dobrych inicjatyw, błędy owych heretyków nie stałyby się ani o jotę bliższe prawdzie. Jednym z takich katolików był Arthur Fatherstone Marshall, absolwent Oxfordu i duchowny anglikański, który w latach 60. XIX wieku nawrócił się na katolicyzm. Biografia Marshalla przedstawiona w Catholic Encyclopedia nie pozostawia wątpliwości, że gdyby żył on w naszych czasach z pewnością pisałby dla „The Remnant”: „[Marshall] był powszechnie znany jako autor The Comedy of Convocation, satyrycznej broszury demaskującej braki logiki u wszystkich trzech grup anglikanów: High, Low i Broad Church. Nie mniejszą popularnością cieszyła się bezpośrednio po I Soborze Watykańskim i odstępstwie Dollingera jego książka – Old Catholics at Cologne. Innymi dziełami tego błyskotliwego pisarza, napisanymi w bardziej już swobodnym i przystępnym stylu są Reply to the Bishop of Ripon’s Attack on the Catholic Church oraz Infalliability of the Pope”.
W roku 1883 na łamach „American Catholic Quarterly Review” opublikowany został znakomity esej Marshalla zatytułowany Reunion or Submission, stanowiący druzgocącą krytykę znanego nam z epoki posoborowej ekumenizmu, pomimo iż tekst ten powstał na długo przed tym, zanim myśl o zwołaniu soboru zrodziła się w głowie Jana XXIII. Już sam tytuł tego eseju – Reunion or Submission [‘Ponowne zjednoczenie czy podporządkowanie’] sugeruje w sposób jednoznaczny, że – wbrew opinii wyrażanej przez obecnego papieża – bez podporządkowania się nie może być mowy o żadnej „komunii” niekatolików z Kościołem.
W tym krótkim tekście Marshall wyjaśnia w sposób prosty i dobitny, dlaczego wszystkie posoborowe inicjatywy ekumeniczne z góry skazane są na niepowodzenie. Pokazuje też, jak w przystępny sposób przedstawić tę prawdę „nowokatolikom” i liberałom. Poniżej prezentujemy pierwszą część tego eseju. (...) W trakcie lektury pamiętać należy, że tezy prezentowane przez Marshalla nie są jedynie wyrazem jego własnych opinii, ale prawdami znanymi wszystkim katolikom w drugiej połowie XIX wieku.

Między prawdą a herezją jedności nie ma nigdy

Co rozumie się poprzez „ponowne zjednoczenie „Kościołów”? Wydaje się, iż sformułowanie to jest celowo nieprecyzyjne. Nie może być przecież mowy o zjednoczeniu tam, gdzie nigdy nie było jedności: a pewne jest, że pomiędzy katolicyzmem a herezją nigdy nie istniała jedność wiary ani posłuszeństwa. Zastanówmy się więc, co w istocie oznaczać ma owo mityczne „zjednoczenie” i zobaczmy, czy nie da się znaleźć lepszego słowa na jego określenie.
Kiedy o zjednoczeniu mówi angielski High Church, ma przez to na myśli jedność „odgałęzienia rzymskiego, greckiego oraz anglikańskiego”, składających się wedle niego na Kościół katolicki. Dla katolika oczywistym jest, że zjednoczenie takie byłoby, zarówno teoretycznie jak i praktycznie, niemożliwe. Po pierwsze, zakłada się bowiem, że owe trzy tzw. odgałęzienia były kiedyś zjednoczone jako całość. Jedność taka jednak nigdy nie istniała, ani istnieć by nie mogła. Prawosławie i anglikanizm – dwie ze wspomnianych trzech „odgałęzień” – z istoty swej wrogie były katolicyzmowi, nie mogły się więc od niego wywodzić. Prawosławie stanowi wyraz buntu przeciwko władzy Stolicy Apostolskiej, podczas gdy anglikanizm, oprócz tego, że także wyrósł z tego buntu, odrzucił również znaczną część wiary katolickiej. Ponadto prawosławie nie uznaje ani ortodoksji „Kościoła” Anglii ani jego „sukcesji apostolskiej”.
Oczywiste jest więc, że nie można ponownie zjednoczyć „odgałęzień”, które nigdy nie były zjednoczone. Podobnie oczywiste jest, że Kościół katolicki, który nigdy nie był prawosławny ani anglikański, nie może zjednoczyć się z „odgałęzieniami”, których nigdy nie uznawał. Tak więc sformułowanie „ponowne zjednoczenie «Kościołów»” nie ma ściśle rzecz biorąc – w znaczeniu, w jakim używa go High Church – żadnego znaczenia, podczas gdy w rozumieniu Low Church oznacza jedynie zjednoczenie wszystkich dysydentów z establishmentem, który nigdy nie uważał ich za swe dzieci.

Ponowne zjednoczenie czy podporządkowanie?

Trzeba więc znaleźć jakiś lepszy i stosowniejszy termin. A słowem tym jest podporządkowanie. Podporządkowanie się wszystkich protestantów autorytetowi i władzy Kościoła katolickiego. „Nie! – zawołają na to anglikanie oraz dysydenci. – Podporządkowanie jest koncepcją zbyt upokarzającą”. Jest ono jednak koncepcją upokarzającą jedynie wówczas, gdy pojmuje się ją błędnie, w sensie prawdziwym zaś jest ideą budującą. Jako coś obrażającego nasze poczucie godności traktujemy przecież jedynie podporządkowanie się władzy, której autorytetu nie uznajemy.
Czy jest coś upokarzającego w posłuszeństwie dzieci względem rodziców, w posłuszeństwie wobec praw naszego kraju, czy nawet w posłuszeństwie wobec zasad życia społecznego, których celem jest ład publiczny? Bynajmniej. A dlaczego? Ponieważ władza rodzicielska postrzegana jest jako prawomocna, zarówno na mocy praw ludzkich, jak i boskich; ponieważ prawa kraju mają zasadnicze znaczenie tak dla naszego własnego bezpieczeństwa, jak i dla samego istnienia państwa, zaś zasady życia społecznego chronią zarówno jego członków, jak też całą społeczność przed wpływami zewnętrznymi.
W takim podporządkowaniu nie ma więc niczego upokarzającego. Wręcz przeciwnie – źródłem upokorzenia byłoby nieposłuszeństwo okazywane rodzicom, gwałcenie praw kraju czy ostracyzm, będący skutkiem naruszania zasad społecznych. Tak więc to nie posłuszeństwo – w każdym z tych trzech przypadków – pociąga za sobą karę w postaci upokorzenia, ale odmowa podporządkowania się prawowitej władzy.

Autorytet Kościoła, rodziców i państwa

W tym miejscu niekatolik zaprotestuje bardzo rozsądnie: „Tak, jest to całkowicie słuszne w odniesieniu do władzy, której prawomocność jest uznawana, jak jednak dowiedziecie, że podporządkowanie Kościołowi katolickiemu traktować można tak samo, jak w trzech omawianych wyżej przypadkach? Uważam, że jest to niedopuszczalne, ponieważ podczas gdy w tych trzech przypadkach rzeczywiście uznajemy autorytet, nie uznajemy jednak autorytetu Kościoła katolickiego. Popełniacie więc nadużycie”.
Nasza odpowiedź na ten zarzut brzmi następująco: przypisywanie sobie autorytetu jest główną przyczyną posłuszeństwa, ponieważ wysuwanie takiego roszczenia implikuje świadomość swych praw. Niemal we wszystkich sprawach ludzkich powoływanie się na posiadany autorytet stanowi trzy czwarte usprawiedliwień wysuwanych roszczeń. Gdyby rodzic powiedział do syna: „Nie bądź mi posłuszny”, albo gdyby podobną postawę zajęło względem obywatela państwo – mało kto okazywałby im posłuszeństwo. Ponieważ jednak zarówno rodzic, jak i państwo podkreślają z mocą: „Musisz być mi posłuszny”, nikt nie kwestionuje autorytetu, którego uznanie pociąga za sobą prawo do posłuszeństwa. Pomiędzy Kościołem katolickim, rodzicem oraz państwem istnieje analogia tak ścisła (choć nie całkowita) – że niezwykle łatwo jest wykazać, iż samo przypisywanie sobie pochodzącego od Boga autorytetu władzy dowodzić musi słuszności tego twierdzenia.

Cerkiew prawosławna podporządkowana państwu

Zacznijmy od spostrzeżenia, że Kościół katolicki jest jedynym Kościołem utrzymującym, iż władza jego pochodzi od Boga – i że to temu właśnie boskiemu prawu należy okazywać posłuszeństwo. Można udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że żaden inny „Kościół”, sekta czy denominacja – od Cerkwi prawosławnej po najmniejsze wyznanie chrześcijańskie – nie twierdził nigdy ani nie twierdzi obecnie, że jako jedyny posiada pochodzącą od Boga władzę wymagającą posłuszeństwa od wszystkich chrześcijan świata. Cerkiew jest tak daleka od wysuwania takiego twierdzenia, iż sama przyznaje, że jest jedynie czysto polityczną strukturą służącą zapewnianiu jedności imperium, nigdy też nie starała się poza imperium nawracać pogan na chrześcijaństwo, co więcej – nie wykazywała najmniejszego nawet zainteresowania ich konwersją.
Sam car nie popierał nigdy misji chrześcijańskich. Jedynym „dziełem misyjnym” imperium były prześladowania. Już ten jeden fakt wystarcza by udowodnić, że Cerkiew prawosławna nie przypisuje sobie pochodzącej od Boga władzy nauczania całego świata. Co więcej, nie usiłuje ona definiować dogmatów, nigdy nie przyszło jej do głowy zwoływanie soborów narzucających prawdy wiary – jest to ciało całkowicie martwe i nie wykazujące oznak rozwoju, który jest niezbitym dowodem żywotności Kościoła nauczającego.
Rosyjski „Święty Synod” jest jedynie fikcją i nie rości sobie prawa do ujmowania w formie dogmatycznej doktryny chrześcijańskiej atakowanej przez niewierzących. Schizma doprowadziła do takiego obumarcia rosyjskiego „odgałęzienia” – do takiego uwiądu jej duchowej żywotności na terenie całego imperium – że słusznie można by powiedzieć, iż w protestantyzmie znaleźć można więcej starego katolickiego ducha niż w tej wspólnocie zapoczątkowanej przez Focjusza.

Autorytet ludzki i autorytet boski

Co do Church of England, podkreśla on stanowczo, iż nie rości sobie prawa do nauczania; twierdzi, że ponieważ „wszystkie «Kościoły» zbłądziły” – również on może błądzić. Gwałtownie reaguje też na przypisywanie sobie nieomylności przez Kościół katolicki oraz na definiowanie jej zakresu i przedmiotu – nie będąc w stanie wybaczyć mu takiego formalnego potępienia niezdecydowania i omylności „Kościoła” Anglii.
Istnieje więc na świecie jedno tylko ciało chrześcijańskie roszczące sobie prawo do otrzymanej od Boga władzy nauczania wszystkich narodów i choć to twierdzenie samo w sobie nie dowodzi posiadania tego prawa, jest jednak silnym argumentem na jego prawdziwość. Powracając do naszej analogii, nikt nie myślałby o okazywaniu posłuszeństwa rodzicowi, który powiedziałby: „Nie posiadam otrzymanego od Boga ani ludzi prawa do nauczania”, nikt nie chciałby okazywać posłuszeństwa prawu państwa, które twierdziłoby: „Postępujcie wedle własnych praw, ja bowiem nie mam władzy wymagać żadnej uległości ani karać żadnych politycznych heretyków i schizmatyków”.
Podobnie nikt kto wierzyłby w boskie pochodzenie religii chrześcijańskiej nie powinien okazywać posłuszeństwa religii cara czy królowej Wiktorii (czy też religii wyznawanej przez którąkolwiek z 242 sekt angielskich, czy też 220 sekt amerykańskich), ponieważ każda z tych religii przyznaje, że cały jej autorytet opiera się jedynie na przyzwoleniu jej wyznawców. Pochodząca od Boga władza nauczycielska dana jest nie tylko dla uchwalania praw, ale też dla rządzenia wszystkim co dotyczy zbawienia, dlatego władza ta musi wymagać posłuszeństwa bardziej rozumnego i bardziej moralnego, bardziej wiążącego duchową naturę każdego chrześcijanina, niż wszystkie autorytety rodziców i państw razem wzięte, jako że te ostatnie odnoszą się jedynie do życia doczesnego.

Deifikacja ignorancji i przesądu

O ile więc uznalibyśmy nawet zasadność zastrzeżenia, iż „samo przypisywanie sobie otrzymanego od Boga autorytetu, nie wsparte żadnymi innymi dowodami, nie może być uznane za bezsprzeczny dowód na jego posiadanie”, niemniej powinniśmy uznać, że rezygnacja z roszczenia do posiadania takiego autorytetu może stanowić dowód na to, że się go nie posiada. Twierdzenie: „Nie mogę was nauczać, ponieważ jestem równie omylny jak wy” jest równoznaczne z wyznaniem: „Nie posiadam pochodzącego od Boga autorytetu w stopniu większym niż jakikolwiek inny członek mojej wspólnoty”.
A to właśnie mówią wszystkie „Kościoły” – za wyjątkiem Kościoła katolickiego – swym posiadającym równy autorytet wyznawcom, zaś „teologia” ich składa się z prywatnych opinii poszczególnych osób, z których każda uważa się za kompetentną w dochodzeniu prawdy. Szczycą się one nawet z tego co nazywają „wolnością prywatnego osądu”, a co w istocie jest niewolą własnego eklektyzmu. Ich „autorytetem” jest prywatny osąd jednego lub więcej protestanckich teologów lub własny pogląd na wszystkie doktryny wyrażone w Piśmie św. Innymi słowy, nie posiadają one żadnego autorytetu.
Nazywanie prywatnego osądu teologa czy też własnej interpretacji Pisma „pochodzącym od Boga autorytetem, całkowicie wystarczającym i wiarygodnym”, stanowi w istocie kpinę z najważniejszego dla duszy ludzkiej zagadnienia. Jest to jednak jedyny „boski” autorytet, jaki posiadać można poza Kościołem. Niezależnie od tego, czy chodzi o prawosławnego czy anglikanina, baptystę czy kwakra – jedynym „boskim” autorytetem może być dla nich wyłącznie prywatny osąd ich teologów lub też ich prywatna interpretacja całej doktryny Nowego Testamentu.
Żaden błąd nie wyrządził chrześcijańskiej duszy większej szkody niż błąd będący podstawą protestantyzmu: „Prywatna interpretacja Biblii jest tym samym, co sama Biblia”. Już sam zdrowy rozsądek wystarcza do obalenia tej teorii, stanowiącej deifikację ignorancji i przesądu. Przypisywanie wyłącznego autorytetu Biblii, przy równoczesnym odrzuceniu konieczności Bożego natchnienia przy jej interpretacji, porównać można do twierdzenia, że zasady astronomii poznać można wpatrując się w niebo w gwiaździstą noc. Fałszywości tzw. biblijnego chrześcijaństwa dowodzi każda sekta i każdy z jej wyznawców. Biblia rzeczywiście posiada boski autorytet, jednak nie odnosi się on do prywatnej jej interpretacji.
Tłum. Tomasz Maszczyk


niedziela, 11 sierpnia 2019

Tajemnica popularności Jana Pawła II

Tajemnica popularności Jana Pawła II

cz. I
W 1974 r. abp Fulton J. Sheen powiedział: «Żyjemy w epoce emocji. Nie kierujemy się już wiarą, nie kierujemy się już rozumem. Kierujemy się emocjami».


Prawdziwości tych słów dowodzi bezprecedensowe emocjonalne wrzenie po śmierci Jana Pawła II. Jest czymś normalnym, że katolicy na całym świecie odczuwają smutek i modlą się za zmarłego papieża – jest to wyraz synowskich uczuć względem niego. Jednak histeria, jaka miała miejsce po śmierci Jana Pawła II, stanowczo wykraczała poza te ramy. Kardynałowie, biskupi, kapłani i wierni świeccy jednym głosem domagali się kanonizowania go jako „Jana Pawła Wielkiego”. Niekatoliccy politycy i przywódcy państw wychwalali go za jego humanitaryzm i otwarcie na inne religie. Był chwalony za sposób sprawowania władzy, za popularność wśród młodych, za podróże, poezję, dzieła. Był wychwalany za swój błyskotliwy styl, za to, że był taki ludzki, za swoją „teologię ciała”, za zrozumienie roli mediów, za ewangelizację, za charyzmę, za poczucie humoru. Bono – gwiazda muzyki pop – nazywał go „fajnym papieżem” i „najlepszym przywódcą, jakiego Kościół kiedykolwiek miał”.

Jednak w tym zalewie emocji nie znalazłem nikogo wychwalającego zmarłego za to, co stanowiło przecież główny element jego posługi: niezachwianą wierność odwiecznemu nauczaniu i Tradycji Kościoła katolickiego. Nie słyszałem, by ktokolwiek wychwalał go za zachowywanie czystości doktryny i utrzymywanie dyscypliny w Kościele na całym świecie. Jan Paweł II nie był za to chwalony, ponieważ tego nie robił. Dla papieża porażka na tym polu oznacza całkowitą porażkę.
To prawda, że Jan Paweł II zachował stanowisko Kościoła wobec święceń kapłańskich kobiet i celibatu duchowieństwa oraz wypowiadał się konsekwentnie przeciwko rozwodom, aborcji i eutanazji. Był znienawidzony przez liberałów za podtrzymywanie tego nauczania i trzeba mu to policzyć za zasługę. Jednak wśród niekończących się pochlebstw wypowiadanych pod jego adresem nikt chyba nie pokusił się o ocenę jego pontyfikatu pod względem tego, co jedynie się liczy: nieomylnej i niezmiennej wiary katolickiej. Opinie i wspomnienia o papieżu bazowały jedynie na emocjach i uczuciach.
Istnieje wiele powodów, dla których Jan Paweł II był tak kochany przez współczesny świat. Główną przyczyną był moim zdaniem centralny aspekt jego „nowej ewangelizacji” – nowe podejście, będące w istocie odejściem od głoszenia trudnej prawdy, której nauczanie czyniło przedsoborowych papieży tak niepopularnymi. Zaprzestawszy głosić tę fundamentalną prawdę, mógł łatwo obcować z wyznawcami wszelkich religii, nie obawiając się specjalnie, że wywoła ich irytację czy niezadowolenie.

Nowe podejście

W dniu śmierci Jana Pawła II zadzwoniła do mnie pewna pani z Nowej Zelandii, przyjaciółka mojej rodziny. Pracuje ona w środowisku, w którym nieustannie styka się z muzułmanami i hinduistami. Gdy mówi tym niekatolikom, z całą delikatnością i miłością, że aby zbawić swe dusze, muszą się nawrócić do jedynego prawdziwego Kościoła katolickiego, muzułmanie i hinduiści śmieją się z niej. „Twój papież w to nie wierzy – śmieją się, mając na myśli Jana Pawła II. – Twój papież tak nie naucza. Jego inicjatywy międzyreligijne wcale o tym nie świadczą. Twój papież modli się z dalajlamą i hinduistami, odwiedza meczety i całuje Koran. Nie postępujesz zgodnie z tym, czego naucza twój własny papież. Dlaczego mielibyśmy cię słuchać?”.
Również dwóch moich znajomych katolików zostało wyśmianych w rozmowie z protestanckim pastorem, gdy przekonywali go, że aby osiągnąć zbawienie, musi stać się katolikiem. „Co? – odpowiedział. – Nie czytacie pism własnego papieża? On modli się razem z protestantami. Chwali Marcina Lutra jako człowieka «głęboko religijnego». Nazywa protestantów «uczniami Chrystusa». Nigdy nie mówi, że w celu osiągnięcia zbawienia trzeba zostać katolikiem”.
„Brat” Roger z ekumenicznej wspólnoty Taizé, tak drogiej sercu Jana Pawła II, powiedział, że podczas papieskiej wizyty w Taizé 5 października 1986 r. papież zasugerował wspólnocie drogę „komunii”. Powiedział:
Poprzez wasze pragnienie, by stać się „pomostem”, pomożecie wszystkim, których spotkacie, pozostać wiernymi tradycjom ich denominacji, owocowi ich wychowania i wyborowi ich sumienia.
Jan Paweł II zachęcał więc protestantów, by pozostali wierni fałszywym naukom uroczyście potępionym przez Sobór Trydencki. Nic nie wspominał o potrzebie nawrócenia do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego.
Dzień po śmierci Jana Pawła II Abraham Foxman z Ligi Przeciwko Zniesławieniu B’nai B’rith zwołał konferencję prasową, na której wychwalał zmarłego papieża za jego stosunek do narodu żydowskiego. Foxman mówił o Janie Pawle II:
Co najważniejsze, papież odrzucił destrukcyjną koncepcję substytucji1 i uznał szczególne więzi między chrześcijaństwem a narodem żydowskim, traktując judaizm jako żywe dziedzictwo i uznając wieczną ważność przymierza Boga z narodem żydowskim.
Foxman chwalił więc Jana Pawła II za odrzucenie prawdy zawartej w Piśmie św. i zdefiniowanej uroczyście przez Kościół – prawdy, że Nowe Przymierze zastąpiło i zdezaktualizowało Stare. Foxman cieszy się z głoszenia błędu, że wyznawcy współczesnej religii żydowskiej mają niezależne przymierze z Bogiem i że aby osiągnąć zbawienie, nie muszą uznać Jezusa Chrystusa za Mesjasza ani nawrócić się do Kościoła katolickiego. Chwali Jana Pawła II za obronę tego błędu.
Po raz kolejny widzimy, na czym polegał sekret popularności Jana Pawła II w stosunkach ze światem i fałszywymi religiami, dlaczego był kochany przez rzesze i dlaczego otwierały się przed nim niemal wszystkie drzwi. Jan Paweł II był człowiekiem, który mówił mieszkańcom świata, że wszystko nagle się zmieniło, że „tryumfalizm” Kościoła należy już do przeszłości, że nie muszą nawracać się do Kościoła, aby zbawić swe dusze. Cechą charakterystyczną tego pontyfikatu było przemilczanie dogmatu „poza Kościołem nie ma zbawienia”.
Nie jest to bynajmniej oznaka wielkości, ale uległości wobec ducha czasu. Jest to ustępstwo, jakiego żaden papież w historii nie mógłby dokonać bez lekceważenia prawd wiary.

Poza Kościołem nie ma zbawienia

Odchodzenie od nauczania, że poza Kościołem nie ma zbawienia, nie rozpoczęło się z pontyfikatem Jana Pawła II. Dogmat ten przez ostatnie stulecia był znienawidzony przez liberałów, a zwłaszcza przez ciemne siły masońskiego „oświecenia”. Apostata Jan Jakub Rousseau pisał: „Ktokolwiek by twierdził, że poza Kościołem nie ma zbawienia, powinien być wypędzony z granic państwa”. Dogmat ten był podkopywany słowem i drukiem przez liberalnych katolików XIX wieku, czego dowodem są powtarzające się potępienia obojętności religijnej ze strony XIX­wiecznych papieży. Modernizm odrzucał ten centralny dogmat naszej wiary, a teologowie neomodernistyczni w dekadach poprzedzających II Sobór Watykański usiłowali podważać tę prawdę na rozliczne sposoby.
Dwoma najbardziej wpływowymi progresistami, szczególnie aktywnymi w tej dziedzinie, byli ks. Henryk de Lubac i o. Iwon Congar. Obaj byli rzecznikami „nowej teologii”, wedle której religia musi zmieniać się wraz z czasem. Obaj byli uważani przez przedsoborowych papieży za teologicznych dysydentów. Pisma i działalność obu były potępiane przez Święte Oficjum, kierowane przez kard. Ottavianiego. A jednak obu, razem z innymi liberalnymi teologami, podczas Vaticanum II i w okresie posoborowym uznano za tych, którzy wytyczają nowe kierunki, mimo że nie zmienili swych heretyckich poglądów.
Młody biskup Karol Wojtyła z Polski solidaryzował się na soborze z tymi postępowymi teologami. Ks. Ludwik Nemec napisał w 1978 r. o Janie Pawle II: „Biskup Wojtyła zajmował na soborze stanowisko progresywne” i „współpracował z postępowymi teologami”. Lata później Jan Paweł II uczynił de Lubaca i Congara kardynałami, pomimo tego, że nigdy nie wyrzekli się swych heterodoksyjnych poglądów. De Lubac był żarliwym obrońcą panteistycznego ewolucjonisty Teilharda de Chardin. Tak więc Jan Paweł II nagrodził purpurowymi kapeluszami dwóch modernistycznych teologów, których przedsoborowe – a również posoborowe – pisma negują zasadę „poza Kościołem nie ma zbawienia”.

Konwergencja zastępuje konwersję

Przełomowym wydarzeniem, które doprowadziło do usunięcia tego dogmatu w cień, był II Sobór Watykański. To prawda, że nigdzie w dokumentach soborowych nie znajdziemy twierdzenia, iż „dogmat «poza Kościołem nie ma zbawienia» jest już nieaktualny”, jednak cały ekumeniczny duch Vaticanum II implikuje to na niezliczone sposoby, zwłaszcza poprzez rozmyślne używanie dwuznacznego języka w dokumentach soborowych. Po soborze katoliccy hierarchowie poprzez swe słowa i działania utrwalali fałszywe przekonanie, że ten centralny dogmat wiary należy już do przeszłości.
Dokumenty Vaticanum II były, jak przyznają to sami ich autorzy, przygotowane zgodnie z nowym, ekumenicznym duchem. (...)
W opublikowanej w 1966 r. książce Theological Highlights of Vatican II Józef Ratzinger napisał, że dokument soborowy Lumen gentium został rozmyślnie ułożony zgodnie z wytycznymi ekumenicznymi, by położyć fundament pod dekret o ekumenizmie. Ratzinger twierdził, że zgodnie z Lumen gentium
Kościół katolicki nie ma prawa do wchłaniania innych Kościołów (...) zasadnicza jedność Kościołów, które pozostają Kościołami, a jednak stają się jednym Kościołem – musi zastąpić ideę konwersji, mimo że konwersja zachowuje swoje znaczenie dla tych, którzy pragną jej, postępując za głosem sumienia.
Ks. Ratzinger napisał tę książkę podczas obrad Vaticanum II. Jako współpracownik Karola Rahnera był mocno zaangażowany w sporządzanie szkiców dokumentów soborowych, ma więc odpowiednie kompetencje, by nam wyjaśnić, jakie były prawdziwe intencje architektów soboru. Otóż twierdzi, że prawdziwą intencją autorów dokumentów było przedstawienie konwersji jako opcji. Niekatolicy nie muszą się nawracać do prawdziwego Kościoła dla osiągnięcia jedności wiary i zbawienia. Zasadę konwersji niekatolików zastąpiła nowa zasada konwergencji z niekatolikami.
Od czasu soboru wszystko postępuje wedle tej reguły: zasadę konwersji niekatolików zastąpiła nowa zasada konwergencji.
Również inny liberalny peritus (‘ekspert’) soborowy – o. Edward Schillebeeckx – wyrażał radość z modernistycznej orientacji II Soboru Watykańskiego. Jak powiedział: „Podczas soboru Kościół katolicki oficjalnie odrzucił postawę monopolisty na religię chrześcijańską”.
Protestancki obserwator na soborze, dr Robert McAfee Brown, bardzo szybko docenił to nowe podejście. Dobrze znał tradycyjne – sprzeczne z protestantyzmem – katolickie nauczanie i otwarcie cieszył się z zaskakującej zmiany stanowiska podczas Vaticanum II. W swojej książce The Ecumenical Revolution (1967) wychwalał soborowy dekret o ekumenizmie:
Dokument ten pokazuje, jak nowe jest obecne podejście. Nie ma w nim już mowy o „heretykach i schizmatykach”, ale raczej o „braciach odłączonych”. Nie ma w nim już władczego żądania, by dysydenci pokutując powrócili do Kościoła, który sam pokuty czynić nie potrzebuje; zamiast tego znajdujemy w nim uznanie, że obie strony ponoszą winę za grzech podziału i muszą szukać przebaczenia u siebie nawzajem. Protestantów nie nazywa się już „sektą” czy bytem jedynie psychologicznym, [ale] uznaje się, że w ich życiu można odnaleźć część „rzeczywistości eklezjalnej”.
To rewolucyjne podejście do fałszywych religii słusznie potępiłby każdy papież przed Vaticanum II. Kościół katolicki zawsze traktował protestantów jako indywidualnych heretyków i nigdy nie uznawał ich za spójną grupę wyznaniową, ponieważ ich „kościół” czy też „wspólnota eklezjalna” jest w rzeczywistości fikcją. Grupa protestantów jest jedynie zbiorowiskiem osób, które są wewnętrznie przekonane o swym zbawieniu w Chrystusie. Nie stanowią oni Kościoła.
We wrześniu 1868 r., na krótko przed I Soborem Watykańskim, papież Pius IX ogłosił publiczny list zatytułowany Iam vos omnes, skierowany „do wszystkich protestantów i innych niekatolików”. Nie zapraszał ich na sobór, ale zachęcał do potraktowania go jako okazji do nawrócenia do jedynego prawdziwego Kościoła. Pius IX celowo zaadresował swój list „do wszystkich protestantów”. Zwracał się do nich jako do jednostek.
Komentując ten tekst w 1959 r., wybitny amerykański teolog ks. prał. Józef Clifford Fenton wskazywał, że Pius IX wybrał te słowa umyślnie, ponieważ grupy protestanckie „nie są Kościołami chrześcijańskimi”, ale „zgromadzeniami heretyckimi”.
Wyjaśnia to, dlaczego dr McAfee Brown cieszył się z nowego stanowiska Vaticanum II, wedle którego owe zgromadzenia heretyków nagle zaczęły być określane mętnym i nieokreślonym terminem „rzeczywistości eklezjalne”. Twierdzenie, że protestanci nie muszą „pokutując powrócić do Kościoła”, jest kpiną z nieomylnego dogmatu Soboru Florenckiego, wedle którego poza Kościołem nie ma zbawienia. (...)

Człowiek soboru

Posoborowe ekumeniczne błędy niepowstrzymanie szerzyły się podczas pontyfikatu Pawła VI, a jego nowa Msza stanowi ukoronowanie koncesji poczynionych wobec protestantyzmu. Nic nie wiadomo, żeby Jan Paweł I planował oczyszczenie Kościoła z ekumenicznej zarazy. Jeśli tak nawet było, to nie żył on dostatecznie długo, żeby tego dokonać.
Gdy w październiku 1978 r. polski kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem, każdy, kto miał oczy do patrzenia, wiedział, czego może oczekiwać. Od samego początku nowy papież demonstrował swoje zaangażowanie na rzecz reform Vaticanum II, a zwłaszcza ekumenizmu.
W pierwszym przemówieniu Jan Paweł II nie mówił o swoim obowiązku obrony czystości doktryny katolickiej przeciwko licznym współczesnym błędom, jak to uczynił św. Pius X. 17 października 1978 r. nowo wybrany papież powiedział:
Słusznie więc sądzimy, że Naszym pierwszym obowiązkiem jest jak najbardziej sumienne staranie o wykonywanie dekretów, norm i wskazań tego powszechnego soboru; będziemy to czynić w sposób równocześnie roztropny i pobudzający, starając się zwłaszcza, by najpierw umocnił się właściwy sposób myślenia; trzeba bowiem, by umysły zestroiły się z soborem, zanim zaczną realizować w życiu to, co on ogłosił, i aby te sprawy, które w dziele soboru są – jak to się mówi – zawarte implicite, można było wydobyć i wyjaśnić w świetle tych doświadczeń, jakie już zostały dokonane, i postulatów, jakie w nowych okolicznościach zostały wysunięte.
Nie ulega wątpliwości, że Jan Paweł II dotrzymał danego słowa. (...) Dostosował swój 25­‑letni pontyfikat do nowej, ekumenicznej doktryny, zgodnie z którą nawracanie niekatolików ustąpiło miejsca konwergencji z niekatolikami.
Działalność Jana Pawła II na płaszczyźnie dialogu międzyreligijnego, szeroko opisywana na łamach „Catholic Family News” i innych periodyków, jest tego przekonującym dowodem. Spotkanie w Asyżu, podczas którego wyznawcy wszelkich religii razem modlili się o pokój, rzekomo współdziałając na rzecz polepszenia losu całego rodzaju ludzkiego – podobne przedsięwzięcia potępił wcześniej św. Pius X w swym liście przeciwko Sillonowi – jest doskonałą ilustracją pontyfikatu papieża Polaka.
W październiku 1986 r., podczas pierwszego zorganizowanego przez papieża panreligijnego spotkania w Asyżu, katolicy, protestanci, prawosławni, żydzi, muzułmanie, czciciele węży, Indianie północnoamerykańscy i przedstawiciele innych religii zebrali się, by wspólnie modlić się o pokój. Przedstawiciele różnych religii stanęli obok Jana Pawła II, a ten widok przyczynił się w wielkim stopniu do utrwalenia głównego błędu naszych czasów, wedle którego zbawienie można osiągnąć dzięki praktykowaniu jakiejkolwiek religii.
Podczas tego spotkania przedstawicieli różnych wyznań zachęcano do sprawowania ich własnych, fałszywych kultów. Muzułmanie wyśpiewywali chwałę fałszywego bożka Allaha; afrykańscy animiści w kolorowych szatach wzywali duchy drzew, by przyszły wesprzeć starania o pokój; amerykańscy Indianie sprawowali pogański obrzęd, zawodząc tubalnymi głosami przeciwko złym duchom i machając słomianymi wachlarzami niczym magicznymi różdżkami. Na sprawowanie fałszywych kultów zezwolono również w katolickich świątyniach. W kościele pw. Św. Piotra buddyści pod przewodem dalajlamy umieścili na tabernakulum figurę Buddy, okadzali ją i obracali przed nią swoje młynki modlitewne. Nawet kard. Oddi wyraził wtedy publicznie swoją dezaprobatę:
Tego dnia (...) spacerowałem po Asyżu (...) i widziałem w niektórych miejscach modlitwy prawdziwe świętokradztwa. Widziałem buddystów tańczących wokół ołtarza, na którym na miejscu Chrystusa został umieszczony Budda, okadzających go i oddających mu cześć. Pewien benedyktyn protestował i został usunięty przez policję. (...) Na twarzach katolików, którzy uczestniczyli w tej ceremonii, malowała się dezorientacja. Ω



Tajemnica popularności Jana Pawła II

cz. II
Nowa, panreligijna orientacja wywiera wpływ na życie nas wszystkich, ponieważ jej skutkiem jest fałszywy obraz Kościoła katolickiego.

Duch Asyżu

O ile kardynał Oddi był przerażony odbywającymi się w Asyżu ekscesami, o tyle Jan Paweł II otwarcie demonstrował swą radość. Dwa miesiące później, w przemówieniu bożonarodzeniowym wygłoszonym do kardynałów, a opublikowanym na łamach „L’Osservatore Romano”, powiedział: „Dzień spotkania w Asyżu, w którym [świat ujrzał], jak Kościół katolicki wyciąga ręce do braci z innych wyznań, stanowił realizację deklaracji II Soboru Watykańskiego”. Papież nie postrzegał więc panreligijnego spotkania jako tragicznej nadinterpretacji Vaticanum II, lecz uznał je za godną najwyższego uznania, praktyczną realizację nauczania soboru.
W swym wystąpieniu posunął się nawet do wychwalania tego wydarzenia jako drogowskazu na przyszłość:
Spotkanie w Asyżu może więc być traktowane jako wyrażona w sposób przystępny dla wszystkich katecheza, egzegeza czy też ilustracja tego, co w istocie oznacza (...) zaangażowanie na rzecz ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego, tak gorąco zalecane i popierane przez II Sobór Watykański.
Kończąc przemówienie, Jan Paweł II zachęcał kardynałów, by postępowali dalej rozpoczętą przez niego drogą: „Pielęgnujcie w sobie ducha Asyżu jako przesłankę do nadziei na przyszłość”. (...)
Postępując zgodnie z zaleceniem papieża, w ciągu kolejnych 18 lat kardynałowie i biskupi niestrudzenie szerzyli ducha Asyżu, co znalazło wyraz w niezliczonych przejawach aktywności panreligijnej. Jednym z ostatnich wydarzeń tego typu był międzyreligijny kongres w Fatimie w 2003 r., podczas którego ks. Jakub Dupuis nazwał „przerażającym tekstem” deklarację dogmatyczną Soboru Florenckiego: „poza Kościołem nie ma zbawienia”, spotykając się z aplauzem katolickiego w przeważającej mierze audytorium. Organizatorzy i mówcy, włączając w to przybyłego z Watykanu abp. Michała Fitzgeralda, motywowali organizację tej imprezy asyską inicjatywą Jana Pawła II.
Duch Asyżu jest odpowiedzialny za to, że 5 maja 2004 r. ksiądz rektor Guerra pozwolił, by hinduistyczny kapłan czcił fałszywe bóstwa przy katolickim ołtarzu w sanktuarium fatimskim – a świętokradztwo to nigdy nie spotkało się z potępieniem ze strony Jana Pawła II.
Nowa, panreligijna orientacja wywiera wpływ na życie nas wszystkich, ponieważ jej skutkiem jest fałszywy obraz Kościoła katolickiego. Po dekadach oddziaływania nowej, ekumenicznej religii, po latach oglądania zdjęć i filmów z coraz to nowymi festiwalami ekumenicznymi Jana Pawła II większość ludzi – niezależnie od tego, czy są katolikami, czy nie – traktuje ten panreligijny kierunek jako prawdziwe oblicze religii katolickiej. Nikomu nie przeszkadza, że był on w przeszłości wielokrotnie potępiany przez papieży, przede wszystkim przez Piusa XI w encyklice Mortalium animos. Duch Asyżu jest obecnie postrzegany jako prawdziwe oblicze katolicyzmu.
To właśnie duch Asyżu jest odpowiedzialny za to, że muzułmanie i hinduiści wyśmiewają się z katolików pouczających ich, iż w celu osiągnięcia zbawienia muszą nawrócić się na prawdziwą wiarę – zarzucając im, że nie są posłuszni nauczaniu papieża. To właśnie dzięki tej nowej ekumenicznej orientacji ewangelicki pastor może twierdzić, że katolik nie jest wierny katolickiemu Magisterium, gdy przypomina protestantowi, iż aby zbawić swoją duszę, musi się nawrócić do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego. To właśnie dlatego żydowscy przywódcy religijni mogą dziś wyrażać zadowolenie z tego, że według Jana Pawła II nie muszą uznać Jezusa Chrystusa za Mesjasza ani przyłączyć się do jedynego Kościoła Chrystusowego.
Na tym właśnie polega największe „osiągnięcie” Jana Pawła II. Udało mu się sprawić, że katolicy wiernie wyznający dogmat „poza Kościołem nie ma zbawienia” są dziś postrzegani jako szaleńcy. Dzięki rewolucyjnemu pontyfikatowi Jana Pawła II katolicy, którzy wierzą i praktykują to, czego nauczali Eugeniusz IV, św. Pius V, Grzegorz XVI, Pius IX, św. Pius X, Pius XI i Pius XII są traktowani jak grupka szaleńców o wątpliwej ortodoksji. Ci, którzy opierają się modernistycznej orientacji Jana Pawła II i pozostają wierni papieżom wszystkich wieków, są w wielu przypadkach oczerniani jako wrogowie wiary.

Jan Paweł II i koncepcja substytucji

Nauczanie Jana Pawła II o współczesnym judaizmie potwierdza to w sposób dramatyczny. Jest to jeden z najbardziej ewidentnych dowodów na brak ciągłości między nauczaniem polskiego papieża a doktryną głoszoną przez jego poprzedników na Stolicy Piotrowej. Współcześni Żydzi chwalą go, gdyż są w pełni świadomi głębi dokonywanych przez niego zmian. Ci, którzy opierają się temu nowemu nauczaniu, są piętnowani jako antysemici, jako niewierni nauczaniu II Soboru Watykańskiego czy – jak to ujęto na pewnej stronie internetowej – „ekstremalni zwolennicy teorii substytucji”1.
Na pierwszy rzut oka twierdzenie, że Jan Paweł II odrzucił naukę, iż Nowe Przymierze zastąpiło Stare, może wydawać się pochopne. To nie do pomyślenia, by papież mógł zanegować tak fundamentalną prawdę, tak jasno wyrażoną w Piśmie św. i doktrynie katolickiej.
W kwestii absolutnej konieczności wyznawania wiary katolickiej do osiągnięcia zbawienia mamy przede wszystkim wyznanie wiary św. Atanazego, które zaczyna się od słów:
Ktokolwiek pragnie być zbawiony, przede wszystkim winien się trzymać katolickiej wiary. Jeżeli jej w całości i bez skazy nie zachowa, z pewnością na wieki zginie.
Należy pamiętać, że wyznanie św. Atanazego było częścią publicznego kultu Kościoła. Przed Vaticanum II było recytowane podczas prymy w uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Żaden papież nie ma władzy stwierdzić, że to uroczyste wyznanie wiary nagle przestało obowiązywać.
Doktryna „poza Kościołem nie ma zbawienia” została trzykrotnie zdefiniowana w sposób uroczysty. Najdobitniej i z największą mocą uczynił to Sobór Florencki za pontyfikatu Eugeniusza IV. Kościół stwierdził wówczas nieomylnie:
Święty Kościół Rzymski mocno wierzy, wyznaje i głosi, że nikt, kto nie jest w Kościele katolickim, nie tylko poganie, ale i żydzi, albo heretycy i schizmatycy, nie mogą dostąpić żywota wiecznego, lecz pójdą w ogień wieczny, „który zgotowany jest diabłu i aniołom jego” (Mt 25, 41), jeżeli przed końcem życia nie będą przyłączeni do niego [Kościoła]. (...) Nikt też, choćby nie wiedzieć jakie dawał jałmużny, a nawet przelał krew dla Imienia Chrystusowego, nie może być zbawiony, jeżeli nie wytrwa w łonie i jedności Kościoła katolickiego.
Prawdy tej nauczali papieże, doktorzy Kościoła oraz święci. W tym łańcuchu przekazu doktrynalnego nie ma żadnych przerw – jest to jedna i niezmienna doktryna głoszona od czasów apostolskich. Wedle stałego nauczania Kościoła, I Soboru Watykańskiego oraz Przysięgi antymodernistycznej papieżowi nie wolno zmienić żadnego elementu nauczania Kościoła, gdyż nie jest ono jego własnością. Nie jest też możliwe, by papież zmienił obiektywną prawdę wiary objawioną przez Boga. Żadnemu papieżowi nie wolno wyjaśniać nauki wiary w sposób odmienny od tego, co Kościół zawsze utrzymywał; musi on nauczać doktryny – wedle słów I Soboru Watykańskiego i Przysięgi antymodernistycznej – „w tym samym sensie i w tym samym rozumieniu”.
Przez 2000 lat papieże wiernie nauczali doktryny „poza Kościołem nie ma zbawienia”, ponieważ wiedzieli, że jest to prawda pochodząca od Chrystusa i Apostołów. Jednym z XX­wiecznych dowodów na ciągłość tego nauczania jest katechizm św. Piusa X, w którym czytamy: „Poza prawdziwym Kościołem znajdują się: niewierni, Żydzi, heretycy, apostaci, schizmatycy i ekskomunikowani”. I dalej czytamy: „Nikt nie może dostąpić zbawienia poza Kościołem katolickim, apostolskim i rzymskim, podobnie jak nikt nie mógł uratować się z potopu poza Arką Noego, która była figurą Kościoła”.

Nowe Przymierze znosi Stare

O ile prawda wiary o konieczności przynależności do Kościoła katolickiego w celu osiągnięcia zbawienia jest jasna, o tyle konieczność nawrócenia Żydów do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego jest jeszcze bardziej oczywista. Nowy Testament nieustannie powtarza tę prawdę, a Kościół katolicki nauczał jej począwszy od pierwszego kazania św. Piotra, wygłoszonego w ranek Zielonych Świątek. Jest to nauczanie pochodzące bezpośrednio od Zbawiciela.
Pan Jezus powiedział do Żydów: „Jeśli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach waszych” (J 8, 24). W innym miejscu powiedział: „Badajcie Pisma, gdyż wam się zdaje, że w nich życie wieczne macie; a one są, które świadectwo dają o mnie, a do mnie przyjść nie chcecie, abyście życie mieli” (J 5, 39­­–40).
Święty Piotr w swym pierwszym kazaniu publicznie napominał Żydów, którzy zgromadzili się, by go wysłuchać, że muszą przyjąć chrzest i stać się członkami prawdziwego Kościoła Chrystusowego (Dz 2). Nie powiedział im, że posiadają własne ważne przymierze, niezależne od Chrystusa.
Komentując ten ustęp Pisma św., wybitny teolog amerykański ks. prałat Józef Clifford Fenton wskazywał, że św. Piotr nie kierował tych słów do ludzi niereligijnych – przemawiał do pobożnych Żydów, którzy przybyli z różnych części świata, żeby uczestniczyć w obrzędach religijnych w świątyni jerozolimskiej. A jednak powiedział pobożnym, mającym bez wątpienia dobre intencje Żydom, że religia Starego Przymierza nie może dać im zbawienia, że muszą przystąpić do Nowego Przymierza zrodzonego z krwi Jezusa Chrystusa, czyli do Kościoła katolickiego.
Również Pismo św. naucza, że Stare Przymierze zostało zastąpione Nowym. Święty Paweł stwierdza wyraźnie, że Przymierze Chrystusa Pana „przedawniło poprzednie” (Hbr 8, 13).
Nauka o zniesieniu Starego Przymierza przez Nowe należy do powszechnego i niezmiennego nauczania Kościoła katolickiego. Jest to zdefiniowany artykuł wiary, w który katolicy mają obowiązek wierzyć. Uroczyste wyznanie wiary Soboru Florenckiego, sformułowane za pontyfikatu Eugeniusza IV, stwierdza:
Święty Kościół Rzymski (...) mocno wierzy, wyznaje i naucza, że to, co odnosi się do Starego Przymierza, prawa mojżeszowego, obejmującego różne obrzędy, ceremonie, ofiary i sakramenty, z tego powodu, iż zostały one ustanowione jako figury rzeczy przyszłych, choć były odpowiednie dla kultu Bożego tego czasu, jednak po przyjściu Zbawiciela, które zapowiadały, wygasły, a nastały sakramenty Nowego Przymierza. (...) Wszystkich więc, którzy po tym czasie przestrzegają obrzezania i szabatu oraz innych wymogów [starego] prawa [Kościół katolicki] ogłasza za odstępców od wiary chrześcijańskiej i niegodnych uczestnictwa w wiecznym zbawieniu, chyba że w przyszłości wyrzekną się swych błędów.
Jest więc jasne, że żaden papież, który pragnął zachować wierność prawdzie katolickiej, nie mógł zlekceważyć dogmatu opartego o Pismo św. Jednak po śmierci Jana Pawła II światowe media hałaśliwie powtarzały, że odrzucił on tę fundamentalną doktrynę, że ona już nie obowiązuje. Oto kilka przykładów:
— Jak już wspomnieliśmy, Abraham Foxman z Ligi Przeciwko Zniesławieniu B’nai B’rith wychwalał Jana Pawła II za to, że „odrzucił destrukcyjną koncepcję substytucji”, innymi słowy – odrzucił katolicką naukę, że Nowe Przymierze Jezusa Chrystusa zniosło i zdezaktualizowało Stare.
— Dziennik „The Jerusalem Post” opublikował artykuł pod tytułem Co pozostanie po najlepszym papieżu, jakiego Żydzi kiedykolwiek mieli?, również wychwalając Jana Pawła II za odejście od dotychczasowego nauczania Kościoła.
— Nowe podejście do judaizmu zostało również docenione przez izraelskiego ambasadora w Wybrzeżu Kości Słoniowej, Sergiusza Izaaka Minerbiego. Mimo że odniósł się on krytycznie do rzekomych prób „schrystianizowania [przez papieża] Holocaustu”, nie szczędził mu jednak pochwał:
Przez wieki Kościół twierdził, że jest prawdziwym Izraelem, będącym prawowitym następcą judaizmu. Tym większe znaczenie mają słowa wypowiedziane przez papieża na spotkaniu ze społecznością żydowską w Mainz 17 listopada 1980 r., podczas którego wyraził on swój szacunek dla „ludu Bożego, ludu Starego Przymierza, które nigdy nie zostało unieważnione przez Boga”.
— Podobnie „The Boston Globe” podkreślał „znaczące zaangażowanie Jana Pawła II w rozwój stosunków z narodem żydowskim”. „Mówił on o szczególnych związkach między Żydami a Kościołem oraz podkreślał, że Stare Przymierze nigdy nie zostało unieważnione. Jego słowa stworzyły dla teologów nowe możliwości, które nie zostały jeszcze w pełni zbadane”.
— Dzień po śmierci Jana Pawła II ks. Dawid Maria Jaeger powiedział:
W badaniach opinii publicznej opublikowanych pod koniec roku pielgrzymki papieskiej do Ziemi Świętej (...) przeważająca większość ankietowanych Żydów wymieniała go jako najlepszego kandydata na naczelnego rabina Izraela!.
Jaki to smutny dzień dla Kościoła katolickiego – oto Wikariusz Chrystusa uważany jest za najlepszego kandydata na stanowisko naczelnego rabina – i to Izraela! (...) Żydzi nigdy nie wychwalaliby tak Jana Pawła II – nigdy nie traktowaliby go jako jednego z nich – gdyby powtarzał nauczanie św. Piotra, św. Pawła i Soboru Florenckiego o zastąpieniu Starego Przymierza przez Nowe.

Wypaczanie doktryny

Czy to jednak prawda? Czy Jan Paweł II rzeczywiście mówił takie rzeczy? Dla naszych czytelników pytanie to jest retoryczne. Odpowiedź brzmi – niestety, to prawda.
Podejmując próbę uczynienia „jasnym” tego, co było „niejasne” w deklaracji Nostra ætate, podczas przemówienia wygłoszonego do społeczności żydowskiej w Mainz 17 listopada 1980 r. Jan Paweł II powiedział:
Pierwszym skutkiem tego dialogu, czyli spotkania ludu Starego Przymierza, Przymierza nigdy nie unieważnionego przez Boga, z ludem Nowego Przymierza, jest (...) dialog w obrębie naszego Kościoła, dialog pomiędzy pierwszą a drugą częścią jego Biblii. (...) Żydzi i chrześcijanie jako dzieci Abrahama są wezwani do tego, by być błogosławieństwem dla świata poprzez wspólne angażowanie się na rzecz pokoju i sprawiedliwości pomiędzy narodami. (...)
Te słowa cytuje się w wielu najnowszych dokumentach Kościoła jako argument na rzecz nowego, odrzucającego „substytucję” nauczania.
W 1985 r. Watykan opublikował Uwagi dotyczące właściwego sposobu przedstawiania Żydów i judaizmu w nauczaniu i katechizmie Kościoła rzymskokatolickiego. We wstępie do tego dokumentu proponuje się czytelnikom zwrócenie „szczególnej uwagi” na paragraf 3, „który mówi o judaizmie jako rzeczywistości aktualnej, a nie jedynie historycznej”. Gdy dochodzimy do paragrafu 3, widzimy, że Uwagi... powołują się na wspomniane przemówienie Jana Pawła II, w której papież mówi o „ludzie Bożym Starego Przymierza”, które „nie zostało unieważnione”.
Sam Jan Paweł II w żaden sposób nie dał do zrozumienia, że wspomniany wyżej dokument zawiera nadinterpretację jego słów, co więcej – udzielił mu bezkrytycznego poparcia. 28 października 1985 r. powiedział:
Uwagi dotyczące właściwego sposobu przedstawiania Żydów i judaizmu w nauczaniu i katechizmie Kościoła rzymskokatolickiego są dowodem na stałe zainteresowanie i zaangażowanie Stolicy Apostolskiej na rzecz odnowienia relacji pomiędzy Kościołem a narodem żydowskim.
Papież dodał, że Uwagi...
będą wielką pomocą w uwalnianiu naszego katechetycznego i religijnego nauczania od negatywnego lub błędnego wizerunku Żydów i judaizmu w kontekście wiary katolickiej.
Istnieją więc niezbite dowody na to, że opinie Żydów o Janie Pawle II są prawdziwe, a przytaczane przez nich wypowiedzi papieża można z łatwością odnaleźć w zaaprobowanych przez niego dokumentach.
Jednak z kazania św. Piotra wygłoszonego w Zielone Świątki wiemy, że Stare Przymierze już nie obowiązuje, (...) że nie jest w stanie dać nam zbawienia. Ze słów samego Chrystusa Pana wiemy, że ci, którzy w Niego nie uwierzą, pomrą w swoich grzechach. Z Listu św. Jana wiemy, że ten, kto przeczy, iż Jezus jest Chrystusem – jest antychrystem. Z Listu św. Pawła do Żydów wiemy, że Nowe Przymierze unieważniło Stare. A nieomylny Sobór Florencki uczy nas, że Stare Przymierze wygasło wraz z ustanowieniem Nowego Testamentu przez Jezusa Chrystusa.
Mamy więc pewność, że odrzucenie przez Jana Pawła II substytucji jest błędem, którego nie wolno nam akceptować ani pochwalać. Katolicy mają obowiązek stawiania oporu nowemu nauczaniu Jana Pawła II, ponieważ lekceważy ono Pismo św. i Tradycję. Pozostawia niekatolików w mroku ich błędów i pozbawia ich łaski uświęcającej oraz zagraża wiecznemu przeznaczeniu niezliczonej liczby dusz. Opierając się tej nowej doktrynie, postępujemy za nakazem Innocentego III, który nauczał, że jeśli papież odchodzi od powszechnego nauczania i zwyczajów Kościoła, „nie trzeba go [w tym] słuchać”. Św. Robert Bellarmin dodaje, że należy mu się również opierać.

Santo subito?

Dwa tygodnie przed podwójną beatyfikacją Piusa IX i Jana XXIII liberalny „Common­wealth” pisał:
Absurdalność tego wydarzenia pojmiemy, gdy uprzytomnimy sobie, że zarówno Jan XXIII, jak i Jan Paweł II zostaliby potępieni za swe idee i wypowiedzi, gdyby wygłaszali je za pontyfikatu Piusa IX.
Zaangażowanie Jana Pawła II na rzecz liberalnych reform II Soboru Watykańskiego z pewnością ściągnęłoby na niego potępienie Piusa IX. Jego pontyfikat skutecznie odwodzi współczesnych katolików od wierności nauczaniu jego poprzedników na tronie św. Piotra. Bardzo niewielu przedstawicieli mediów uznaje ten fakt, a ci, którzy to czynią, postrzegają go jako zjawisko pozytywne.
Jednym z tych nielicznych był generalnie niezbyt przychylnie do Kościoła nastawiony Jakub Carroll, którego niedawny komentarz opublikowany na łamach „Time” skutecznie rozwiewa mit o rzekomym konserwatyzmie Jana Pawła II:
Być może uważacie, że Jan Paweł II był konserwatywnym papieżem, że jego pontyfikat cechowało ożywienie katolicyzmu i potępianie różnych przejawów liberalizmu. Pamięta się Jana Pawła II przede wszystkim jako papieża wzmacniającego struktury przeszłości.
Ten obraz jest nieprawdziwy. Jan Paweł II śmiało wspierał polityczną i teologiczną rewolucję w obrębie katolicyzmu. Był on – być może wbrew sobie – papieżem przełomu, papieżem, który dokonał dwóch radykalnych zwrotów: zmiany stosunku Kościoła do wojny oraz do narodu żydowskiego. Była to najbardziej doniosła zmiana w historii Kościoła i stanowi ona fundament pod przyszłe reformy, które mogą pójść dalej, niż papież przewidywał czy nawet pragnął. Nie ulega jednak wątpliwości, że Jan Paweł II doprowadził do praktycznej realizacji tego, co zainicjowali jego poprzednicy, Jan XXIII i Paweł VI, na II Soborze Watykańskim.
Jakub Carroll postrzega rewolucję Jana Pawła II jako przejaw „dojrzewania” myśli katolickiej. Św. Pius X nazwałby to po imieniu: modernizmem w działaniu. Również Pius XII zaliczyłby Jana Pawła II do tych postępowych teologów, przed którymi ostrzegał w encyklice Humani generis, teologów, którzy „pomniejszają znaczenie konieczności przynależności do Kościoła w celu osiągnięcia wiecznego zbawienia”.
Jak to jednak widzieliśmy podczas Mszy pogrzebowej Jana Pawła II, fakty te zdają się nie mieć najmniejszego znaczenia w obecnej epoce sentymentalizmu i płytkiej uczuciowości. Duchowni i świeccy wierni wzywali do natychmiastowej kanonizacji (Santo subito!) polskiego papieża. Jednak skutków jego pontyfikatu w żaden sposób nie można nazwać budującymi. Józef (Joe) Sobran napisał:
Prawowierni katolicy zadają pytanie, czy jego pontyfikat należy uznać za sukces. Wydaje się, że Jan Paweł II zachował naiwną wiarę lat 60. w dialog ekumeniczny, niezależnie od tego, jak bardzo okazał się on bezowocny. Choroby, które wyniszczają Kościół od czasu II Soboru Watykańskiego (którego był on entuzjastycznym uczestnikiem) nie zostały uleczone – w dalszym ciągu mamy do czynienia z kryzysem liturgicznym, spadkiem uczestnictwa we Mszy św., degradacją katolickiej edukacji, wygłaszającymi heterodoksyjne opinie biskupami i heretyckimi teologami. Za jego pontyfikatu wybuchł też jeden z najgorszych skandali w historii Kościoła – ujawniono, że księża­homoseksualiści molestowali nieletnich chłopców. Jest to naturalny skutek dominacji homoseksualistów w amerykańskich (i prawdopodobnie nie tylko amerykańskich) seminariach, która narastała od lat 60., już przed pontyfikatem Jana Pawła II, wydaje się jednak, że nie miał on pojęcia, iż zjawisko to trwa nadal, i nie mógł uwierzyć w fakty, o których mu donoszono. Wszystko to nie wydaje najlepszego świadectwa o jego rządach.

Nie wszystko złoto, co się świeci

Jan Paweł II spotkał się już ze swym Sędzią, który – wedle słów św. Piusa X – wymaga ścisłego rachunku z pełnienia urzędu papieskiego. Celem tego artykułu nie jest sąd nad duszą Jana Pawła II, ponieważ to należy jedynie do Boga.
Niemniej katolicy są uprawnieni do osądzania słów i uczynków zmarłego papieża wedle jedynego istotnego w tym kontekście kryterium: według niezmiennej i nieomylnej wiary katolickiej wszystkich wieków. Oceniany wedle tego kryterium Jan Paweł II wypada źle, a udawanie, że jest inaczej, nie ma żadnego sensu. Modlimy się za jego duszę, jednak nie naśladujemy go w jego postępowych inicjatywach. Był papieżem, który dawał zły przykład.
Jako katolicy mamy obowiązek unikania płytkich emocji i sentymentalizmu. Nie możemy chwalić papieża, który mówi wyznawcom fałszywych religii to, co chcą usłyszeć: że mogą znaleźć zbawienie, pozostając przy swych błędach. (...)
Naszym obowiązkiem jest trzymanie się wyznania wiary św. Atanazego:
Ktokolwiek pragnie być zbawiony, przede wszystkim winien się trzymać katolickiej wiary. Jeżeli jej w całości i bez skazy nie zachowa, z pewnością na wieki zginie.
Musimy się modlić, by przyszły papież podjął ryzyko narażenia się na niepopularność i ponownie pouczył katolików o tej fundamentalnej prawdzie wiary. Dobrym początkiem mogłoby być włączenie do przyszłej encykliki łagodnych, lecz mocnych słów wybitnego teologa, ks. Franciszka Connella:
Wystrzegając się negowania ekskluzywnego charakteru religii katolickiej, przy każdej nadarzającej się okazji należy pouczać wiernych, a uświadamiać niekatolików, że niezależnie od szlachetności ich intencji pozostający poza Kościołem są pozbawieni zwykłych środków zbawienia. Ω
Za „Catholic Family News” tłumaczył Tomasz Maszczyk.

Pozostałe części:

Przypisy:

  1. Ang. extreme supersessionist; można by przy okazji zapytać, czy w ogóle jest możliwe „umiarkowane” wspieranie teorii substytucji...

Tekst za „Catholic Family News”. Tłumaczył Tomasz Maszczyk. Dalszy ciąg w kolejnych numerach Zawsze wierni.

Pozostałe części:

Przypisy:

  1. Uznanie, na podstawie Pisma św. i Tradycji, że Nowy Testament jest wypełnieniem Starego Przymierza i je zastępuje (przypis redakcji Zawsze wierni).
http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/1457

List Lavala byłego protestanckiego pastora w Condé sur Noireau

    POWODY   zniewalające licznych protestantów do powrotu na łono   KOŚCIOŁA KATOLICKIGO   ...