Jan Paweł II i voodoo
(*)
JOHN KENNETH WEISKITTEL
"Przejawiacie
silne przywiązanie do tradycji przekazanych wam przez waszych przodków.
Słusznie należy się im wdzięczność za przekazanie wam poczucia sacrum, wiary w
jednego Boga, który jest dobry, zmysłu świętowania, szacunku dla życia
moralnego i harmonii w społeczeństwie". (Jan Paweł II do
przedstawicieli voodoo z Beninu, 4 lutego 1993 w mieście Kotonou).
"Bo
wielki jest Pan i chwalebny bardzo, straszliwy jest ponad wszystkie bogi. Albowiem
wszyscy bogowie pogańscy – to czarci, ale Pan niebiosa uczynił". (Księga
Psalmów 95, 4-5).
"Ale co
poganie ofiarują, czartom ofiarują, a nie Bogu. Nie chcę zaś, żebyście byli
wspólnikami czartów". (I List do Koryntian 10, 20).
"Wszystkie
wezwania pogan są Bogu obmierzłe, bo wszyscy ich bogowie to diabły".
(Św. Franciszek Ksawery).
"I tu
moderniści nie przeczą: jedni skrycie, inni otwarcie wyznają, że wszelkie
religie są prawdziwe". (Papież św. Pius X).
Przeciętnemu
człowiekowi Zachodu słowo voodoo przywodzi na myśl wiele obrazów,
które wszystkie bez wyjątku są wybitnie odpychające. Tajemnicze rytuały
odbywające się w scenerii ognia piekielnego, których uczestnicy opętani przez
demoniczne bóstwa tańczą w totalnym zatraceniu się w rytm hipnotycznych uderzeń
bębnów. Zaklęcia intonowane przez oszalałych szamanów, którzy przebijają
szpilkami lalki przedstawiające upatrzone przez nich ofiary. Zombie, żywe
trupy – bezduszne, bezmyślne snujące się po karaibskich polach postacie,
niegodziwie wskrzeszone z grobu by kontynuować istnienie w ohydnym doczesnym
stanie. Składanie ofiar ze zwierząt (a niekiedy z ludzi). Szczypta ludożerstwa
stanowi dopełnienie tego "napoju czarownic".
Te obrazy
stanowią krwawy materiał wyjściowy, z którego powstają koszmary. Tego rodzaju
obrazy, na dobrą sprawę, wykorzystują z powodzeniem hollywoodzcy producenci
horrorów. Okazują się one być również zasadniczo prawdziwe, ponieważ
rzeczywistość jaka stoi za takimi filmami jest równie ponura i wstrząsająca jak
jej kinowe wyobrażenie.
Dlatego też
słuszne jest założenie, że kult taki jak voodoo jest (albo powinien być)
całkowicie odrażający dla każdego rzymskiego katolika godnego tego miana –
znacznie bardziej odpychający niż jakakolwiek zwyczajna odmiana religijnego
błędu. A jednak wbrew tej oczywistości, znajdują się dzisiaj ludzie fałszywie
przypisujący sobie katolicką etykietkę, którzy ośmielają się uważać, że voodoo
jest ważną formą wiary. W normalnych czasach można by to z łatwością skwitować
jako aberracja paru heretyckich dziwaków. (Papież święty Pius X z pewnością
uznałby to za przejaw modernizmu, który tak zdecydowanie potępił). Niestety,
okres po Vaticanum II bardzo trudno uznać za normalne czasy i
temu ruchowi dążącemu do nadania voodoo fasady prawowitości przewodniczy nie
kto inny jak rzekomy papież, Jan Paweł II – bolesny fakt potwierdzony podczas
jego afrykańskiej pielgrzymki na początku tego roku. W dalszej części tego
artykułu, przytoczone zostaną liczne dowody ukazujące nie tylko zasadnicze
zepsucie tej formy pogaństwa, ale równie fundamentalną apostazję "Jego
Świątobliwości" przejawiającą się w wychwalaniu tegoż kultu.
Voodoo w
powietrzu
Alan Cowell,
korespondent gazety New York Times rozpoczyna artykuł relacjonujący
wizytę Jana Pawła II w małym afrykańskim państwie Benin opisując, jak
przebywający tam francuski duchowny, "ksiądz" Raymond Domas musi
koegzystować z wyznawcami kultu w mieście Ouidah, które nazywane jest
"kolebką voodoo" (1). Jak się
jednakże okazuje, wzajemne relacje nie są wcale takie złe:
"Po drugiej
stronie błotnistej drogi prowadzącej do jego kościoła, mniej imponująca
świątynia oferuje, zamiast jego Boga, święte pytony leczące chorych, rzucanie
zaklęć, uroków, gongi do przywoływania duchów i inne rodzaje magii. Ale ksiądz
Domas stwierdza: «Pytony w ogóle nas nie niepokoją. Właściwie, czasami nas
odwiedzają. A człowiek, który się nimi zajmuje jest chrześcijaninem»" (2).
Josephe Odjo,
dozorca węży, wyjaśnia swoje przekonania: "Jestem chrześcijaninem, ale
można być chrześcijaninem i wyznawać vodun. Rodzimy się z vodun. To jest jak
powietrze wokół ciebie – nie możesz z tego zrezygnować" (3).
Uwagi powyższe
są istotne z kilku powodów. Po pierwsze, wspomina się tu o pogańskiej świątyni
gdzie rzuca się uroki, zaklęcia, przywołuje duchy i wykonuje inne czary –
"nabożne" praktyki kultu voodoo, które niebawem omówimy. Po drugie,
oświadczenie Odjo, iż jest jednocześnie wyznawcą voodoo i chrześcijaninem jest
zgodne z podejmowanymi przez niektórych wyznawców tego kultu próbami
synkretyzowania w jedną całość pogaństwa z chrześcijańskim nauczaniem (4). Po trzecie, stwierdzenie
misjonarza, wzmacniające pogląd Odjo, że taka podwójna religijna tożsamość jest
prawowita, również zgadza się z innymi soborowymi błędami tej natury (5). Czwartą przyczyną,
przekraczającą nawet wszystkie wymienione punkty (o ile to możliwe), jest
wyrażenie, które niepokojąco toruje sobie drogę do umysłu – święte pytony.
Najważniejszą w kulcie voodoo jest pierwszoplanowa rola jaką odgrywa w nim kult
węży (ten temat również zostanie rozwinięty później).
Kiedy
"papież" Jan Paweł II odbywał w lutym podróż po Afryce, stwierdził,
że głównym jej celem było zwrócenie się do "katolickich wspólnot, by
podnieść je na duchu i utwierdzić w wierze" (6). Jednakże bez względu na to jaki by nie był rzekomy
powód podróży, "Jego Świątobliwość" poświęcił też czas by poprzeć i
utwierdzić "wiarę" benińskich wyznawców voodoo. Nawet wśród
niezliczonych teologicznych skandali jego piętnastoletnich rządów, niewiele z
nich może konkurować ze spotkaniem z wyznawcami voodoo pod względem czystej
wartości wstrząsu jaki wywołało. "Wycieczka do Beninu" jest w
rzeczywistości szczególnie zadziwiającym przykładem jego oczywistego odstępstwa
od katolickiej Wiary i bezgranicznej łatwowierności okazanej przez miliony
ludzi, którzy wciąż nazywają go "Ojcem Świętym".
4 lutego,
podczas wizyty w największym mieście Beninu – Kotonou, skierował do grupy pogan
serdeczne przemówienie. Chociaż w całym jego dziesięciodniowym afrykańskim
planie podróży był to swego rodzaju zwykły "przystanek na żądanie",
wydarzenie zostało szeroko zrelacjonowane przez serwisy informacyjne na całym
świecie. Gazeta USA Today podsumowała spotkanie następująco:
"Rozśpiewane
młode dziewczęta uraczyły papieża Jana Pawła II «wprowadzającym w trans» tańcem
voodoo podczas niezwykłego spotkania głowy rzymskich katolików z prominentnymi
czarownikami voodoo z Beninu. Papież powiedział wyznawcom voodoo z
zachodnio-afrykańskiego kraju, miejsca narodzin tradycyjnej religii, że nie
zdradzą swych przodków jeśli zostaną rzymskimi katolikami" (7).
Wśród obecnych
tam ludzi, eufemistycznie określonych przez "papieża" jako
"członkowie tradycyjnej afrykańskiej religii", były setki wyznawców
voodoo oraz "grupa 30 starszych kapłanów vodun, którzy spotkali się z
Papieżem i posadzili go na rzeźbionym drewnianym tronie, aby przemawiać do
niego" (8). Przemawiać do
niego? Ależ, oczywiście! W duchu wszechobecnego "dialogu
ekumenicznego", który w dużej mierze stanowi jego cechę charakterystyczną,
Jan Paweł II wysłuchał jak rzecznik szamanów, Senou Zannou ubolewa nad
"systematycznym oczernianiem, jakiemu... poddawany jest vodun przez pewne
kościoły i parafie" (9). Podsumowując
swój artykułu, Alan Cowell zwraca uwagę na obronę voodoo przedstawioną
"papieżowi":
"Kapłani
bardzo starali się przekazać, że nie ma niczego bezbożnego w wierze, która
uznaje «najwyższego stwórcę» wszechświata oprócz wszystkich pomniejszych bóstw.
«Pan życia wie, że vodun nie ma nic wspólnego z szatanem albo diabłem»,
...stwierdził pan Zannou. «To Bóg jest ostatecznym przedmiotem kultu vodun»"
(10).
Co ciekawe, nie
ma żadnej informacji wskazującej, że Jan Paweł II usiłował sprostować to fałszywe
przedstawienie pogańskiego kultu od dawna przesiąkniętego zabobonem i
barbarzyństwem. Trudno jednakże obwiniać o to autora artykułu, ponieważ żadna
taka próba nie został podjęta (11). Tak więc
wyrażone powyżej przez USA Today wrażenie (i powielone przez Times),
jakoby Jan Paweł II zachęcał do konwersji stanowi tylko bardzo małą część relacji
i jako takie jest czymś więcej niż nieznacznym wprowadzaniem w błąd (12). Absurdalność
odpowiedzi "papieża" w istocie dorównuje wypowiedziom jego
gospodarzy, lecz uwzględniając jego domniemany status głównego obrońcy i
rzecznika katolickiej prawdy są one znacznie mniej wybaczalne i znacznie
bardziej obciążające.
Zanim
przeanalizujemy skandaliczne uwagi Jana Pawła II, przydatna będzie krótka
charakterystyka państwa Benin. Leży on niemal w centrum Zachodniego Wybrzeża
kontynentu afrykańskiego, a niegdyś stanowił część jednego z największych
królestw Afryki – Górnej Gwinei, aż do jego wcielenia do francuskiej kolonii –
Dahomej pod koniec XIX wieku. Uzyskał niepodległość w 1960 roku. Całkiem
niedawno Benin uwolnił się (przynajmniej zewnętrznie) od trwających ponad dwie
dekady marksistowskich rządów. Blisko 75% z
jego 4,7 miliona mieszkańców nie umie czytać ani pisać, a roczny dochód na
osobę w 1989 roku wynosił 380 dolarów. Ze wszech miar Benin stanowi przykład
"kraju Trzeciego Świata".
Znacznie
bardziej dotkliwe niż to materialne ubóstwo jest duchowe wyniszczenie kraju:
siedemdziesiąt procent ludności Beninu to wyznawcy tubylczej religii (voodoo),
podczas gdy reszta jest równo podzielona na wyznawców chrześcijaństwa i islamu.
Nie należy jednak do rzadkości spotkanie ludzi (takich jak Josephe Odjo),
którzy uznają się zarówno za wyznawców voodoo jak i za chrześcijan, dlatego też
nawet oficjalne statystyki liczebności chrześcijan trzeba uważać za zawyżone.
Krótko mówiąc, mamy oto kraj z palącą potrzebą wzmożonej aktywności misyjnej.
Dużo dobrego mogłoby wyniknąć z wizyty gorliwego Papieża, żarliwie oddanego
pragnieniu nawrócenia jego obywateli; niestety, to co dostało się mieszkańcom
Beninu było niezdrową i bezbożną dawką Jana Pawła II i jego
krypto-modernistycznych bredni.
Biorąc pod uwagę
regularność, z jaką "Jego Świątobliwość" przez minione
torej
dekady obrażała pobożne uszy wiernych, trudno
sobie jeszcze wyobrazić, by mógł powiedzieć coś, co mogłoby zaszokować
katolików, ponieważ to czego się można spodziewać już – z samej swej
natury – nie jest zaskakujące. A jednak w swoim przemówieniu w Beninie, Jan
Paweł II w spektakularny sposób zadaje kłam temu truizmowi. Błędy płynące z tej
przemowy są całkowicie spójne z tym rodzajem odstępczego
"katolicyzmu", który od dłuższego czasu głosił, a teraz podniesione zostały
tylko na nowy poziomu nieposłuszeństwa wobec Magisterium, na straży którego on
sam rzekomo stoi.
Jakże zatem,
udało mu się dokonać tego bezsprzecznie trudnego zadania? Uczynił to
pochwalając u zgromadzonych tam wyznawców voodoo ich przywiązanie do
"wiary":
"Przejawiacie
silne przywiązanie do tradycji przekazanych wam przez waszych przodków.
Słusznie należy się im wdzięczność za przekazanie wam poczucia sacrum, wiary w
jednego Boga, który jest dobry, zmysłu świętowania, szacunku dla życia
moralnego i harmonii w społeczeństwie" (13).
Następnie, w
kontekście voodoo wspomina o "wolności wyznania"; o ich
"chrześcijańskich braciach i siostrach"; i potrzebie "wzajemnego
ubogacania" (!) religii. Wystarczy zaznaczyć, że ich nawrócenie nie
znajdowało się wysoko na jego liście priorytetów, a jeżeli przeanalizuje się te
oświadczenia z perspektywy wierzeń i praktyk voodoo, można lepiej docenić pełny
wymiar jego zamaskowanej wojny przeciw Tradycji.
"Jeden Bóg,
który jest dobry"
"Kiedy
sprawujemy vodun, wzywamy imienia Boga", deklaruje Sasso Guedehoungue,
przewodniczący narodowego stowarzyszenia voodoo w Beninie, "to Bóg, który
stworzył vodun i Bóg, który stworzył nas" (14). Przy okazji omawiania spotkania Jana Pawła II z
voodoo, L'Osservatore Romano podaje tę definicję:
"VOODOOIZM
(bóstwo-voodoo) to religia wywodząca się z Afryki Zachodniej (w szczególności z
Beninu), która jest też szeroko praktykowana na Haiti i Antylach.
Charakteryzuje się różnymi obrzędami ku czci «Wielkiego Mistrza» albo dobrego
Boga, który jest stworzycielem duchów odpowiedzialnych za opiekowanie się
ludźmi. Wielki Bóg i duchy są utożsamiane z chrześcijańskim Bogiem i świętymi
Kościoła katolickiego. Kalendarz świąt voodoo naśladuje kalendarz kultu
chrześcijańskiego.
Ceremonie
voodoo składają się z rytuałów przyzywania duchów i wielkiego Boga odprawiane
przy dźwiękach bębnów i pieśni towarzyszących składaniu ofiar ze zwierząt.
Kulminacyjnym momentem obrzędu jest trans, w którym – jak się uważa – rytualny
tancerz zostaje opętany przez bóstwo. Ceremoniom przewodniczy mężczyzna (hungan)
albo kobieta (mambo), którzy często są również obeznani z praktykami
czarnoksięskimi" (15).
Choć ta
definicja jest w pewnym stopniu dość trafna, to kłopot w tym, że nie jest do
końca ścisła. (Na przykład, kapłani i kapłanki kultu nie są jedynie
"obeznani z czarami", lecz często są biegli w praktykowaniu czarnej
magii). Czytając to, bądź "papieskie" uwagi, w czytelniku bezwiednie
rodzi się wrażenie, że wyznawcy vodun są, w najgorszym wypadku,
zdezorientowanymi monoteistami. Nic bardziej odległego od prawdy.
Chociaż
zwolennicy voodoo wyznają nominalną wiarę w "nadrzędnego stwórcę", to
ich bóg jest całkowicie obcy katolikom. Wierzą w bóstwo przewyższające innych
bogów, chociaż brak mu wielu cech, jakie katolicy łączą z Wszechmogącym – wszechmocy,
wszechobecności, wszechwiedzy, itp. To bóg oddalony od spraw świata,
pozwalający aby kierowały nim pomniejsze duchy. W ich mniemaniu duchy te
mieszkają w drzewach, wodzie, zwierzętach i innych zjawiskach przyrody. Ta
prymitywna kosmologia jest znana jako animizm. Ręka w rękę z tym
nauczaniem idzie fetyszyzm, gdzie uważa się, że szamani mają moc
magicznego przymuszenia ducha do zamieszkania w przedmiocie (albo fetyszu)
w celu czerpania z tego korzyści przez jego właściciela (16). W artykule na
temat fetyszyzmu w The Catholic Encyclopedia, ks. John T. Driscoll
ukazuje jak dalece ta wiara jest odległa od chrześcijańskiej:
"Afrykańskiego
murzyna do używania fetysza skłania wyłącznie strach. Nie ma żadnego wyznania
grzechów, żadnej miłości, rzadko jest dziękczynienie. Byt, do którego on się
zwraca nie jest Bogiem. To prawda, nie zaprzecza on, że Bóg jest; jeśli się go
zapyta, poświadczy Jego istnienie. Jednakże bardzo rzadko i tylko w
ekstremalnych sytuacjach, zwraca się do Niego, gdyż według jego przekonań Bóg
jest tak daleko, tak niedostępny, tak obojętny na ludzkie potrzeby, że błaganie
Go byłoby nieomal bezcelowe. Dlatego też zwraca się do któregoś z całego
mnóstwa duchów, które jak mu się wydaje są zawsze blisko i obserwują ludzkie sprawy,
w których to, jako byłe istoty ludzkie, niektóre z nich uczestniczyły. Szuka
nie duchowego, lecz czysto fizycznego bezpieczeństwa. Traci z oczu zmysł
moralnej i duchowej potrzeby, chociaż nie całkiem jest on wykluczony, ponieważ
wierzy on w dobro i zło. Jednakże dominującym uczuciem jest lęk przed
możliwością doznania fizycznej krzywdy ze strony człowieka bądź pomagających mu
wrogów duchowych. Tego fizycznego ratunku poszukuje albo przez modlitwę, ofiarę
i pewne inne ceremonie na cześć ducha fetysza czy innych nieumiejscowionych
duchów albo poprzez stosowanie czarów lub amuletów. Te czary mogą być
materialne, tj. fetysze; werbalne, na przykład wypowiadanie kabalistycznych
słów, którym przypisuje się moc nad lokalnymi duchami; rytualne, na przykład
zakazane jedzenie, tj. orunda, na które może być wybrany dowolny rodzaj
pożywienia i poświęcony duchowi. Wieczorem gospodarz domostwa w Kongo wytycza
wokół swej chaty cienką linię z popiołów i mocno wierzy, że wzniósł barierę,
która aż do następnego poranka ochroni go i domowników przed atakami złego
ducha" (17).
Gdy
przypatrzyć się bliżej przekonaniom religijnym ludów Fon i Ewe (główne plemiona
Beninu, Togo i wschodniej Ghany), to stanie się jeszcze bardziej oczywiste, że
nie wyznają oni żadnego prawdziwego monoteizmu. Inny uczony zauważa:
"Plemię Fon
ma wiele różnych kosmologii i istnieje pewna różnica poglądów co do tożsamości
różnych bóstw. Niektórzy uważają, że świat został stworzony przez jednego
dwupłciowego boga, Nanu Baluka, który zrodził bliźniaki o imionach Mawu i Lisa;
pierwszemu, płci żeńskiej dano władzę nad nocą a drugi, płci męskiej był
kojarzony z dniem..." (18).
Jeśli twierdzi
się, że bóstwo zrodziło inne bóstwa, to teologia o takim założeniu nie jest w
gruncie rzeczy monoteistyczna, lecz politeistyczna. Mętlik wierzeń Fon jeszcze
bardziej się pogłębia, gdy próbują opisać owe boskie bliźnięta. Postrzegane są
one nie tylko jako rodzeństwo, ale również jako małżonkowie. Na dodatek, są
często łączeni w pojedyncze nadrzędne bóstwo, Mawu-Lisa (albo, po prostu,
Mawu). Tymczasem nawet tak wzniosła pozycja nawet w najbardziej odległym
stopniu nie może równać się z Bogiem chrześcijan: "Żaden bóg nie jest
wszechmocny, nawet Mawu, który jest rodzicem innych i panuje nad życiem i śmiercią"
(19).
A zatem,
"zmysł sacrum" jaki Jan Paweł II jakoby odnajduje w tym kulcie można
bardziej właściwie opisać jako aurę strachu, a "wiara w jednego
Boga, który jest dobry" (co ma niewielkie podstawy praktyczne) jest dla
tubylców znacznie mniej obligująca niż oddawanie czci wielu bogom, którzy
niekoniecznie są dobrzy.
Spośród
wszystkich "podniosłych uroczystości" odprawianych na cześć tych
duchów, niewiele jest bardziej rozpowszechnionych od hołdu składanego
bóstwom-wężom i żaden nie jest bardziej odrażający (20). W istocie, to
właśnie tym bóstwom, a nie "panu życia", okazywana jest najwyższa
forma czci, kultu i bojaźni. Tak naprawdę to pasją benińskich i okolicznych
ludów jest ofiolatria (oddawanie czci boskiej wężom; kult węża). Jeden ze
znawców tego tematu, M. Oldfield Howey, napisał: "Okazuje się, że
praktycznie na całym obszarze Afryki kult wężów istnieje od niepamiętnych
czasów, a jego początków nie można przypisać do żadnego konkretnego miejsca,
lecz wydaje się iż pojawił się samorzutnie. Pierwsi europejscy odkrywcy
zetknęli się z nim w pełnym rozkwicie w Whidah oraz Kongo i chociaż jego
pochodzenie ginie w mrokach starożytności, zwyczaj ten nawet do dzisiaj nie
wygasł" (21).
Dla
cywilizowanego umysłu oddawanie czci wężom jest niemal niemożliwe do
zrozumienia. Chociaż bynajmniej występowanie tego kultu nie ogranicza się do
Afryki (praktykowano go w starożytnych kulturach Inków i Azteków a jego
pozostałości można dzisiaj odnaleźć w Indiach i innych częściach
południowo-centralnej Azji, gdzie rozpowszechniony jest hinduizm), to z
pewnością można powiedzieć, że nigdzie jego wpływ nie jest tak często spotykany
jak na Czarnym Kontynencie. Jeden z badaczy, Leighton Wilson, opisuje taki
niezwykły kult w Dahomeju (dzisiejszy Benin):
"Dom pośrodku
miasta jest przeznaczony na wyłączny użytek tych gadów i można je tutaj
zobaczyć o każdej porze w bardzo dużych ilościach. Są one karmione i otaczane
większą troską niż mieszkańcy miasta. Jeśli zauważy się, iż oddalają się zbyt
daleko muszą zostać przyniesione z powrotem; ludzie na ich widok padają na
twarz i oddają wszelkie możliwe hołdy. Zabicie albo zranienie któregoś z nich
karane jest śmiercią. Niekiedy wyprowadzane są przez kapłanów lub szamanów i
paradują ulicami, a ich opiekunowie pozwalają im wić się wokół swych rąk, szyj
i ciał..." (22).
Ta oryginalna
mentalność jest podsycana nie tylko przez przekonanie, że węże posiadają boskie
cechy, lecz również, że stanowią miejsce przebywania dla dusz ludzi zarówno
żywych jak i zmarłych. Dla tubylca, ochrona węży jest równoznaczna z
postępowaniem samozachowawczym, gdyż to, co nazywa on swą "dziką
duszą" (albo elanga) jest dosłownie ucieleśnione w stworzeniu, a
krzywda tegoż stworzenia oznacza jego (własną) krzywdę. Koncepcja ta jest
wyraźnie widoczna w niesamowitym wypadku, do jakiego doszło w Gabonie:
"Francuski misjonarz
spędził noc w chacie wodza plemienia Fan. Przed świtem zbudził go szelest
suchych liści i po zapaleniu pochodni zobaczył ku swemu przerażeniu ogromnego,
czarnego, jadowitego węża, zwiniętego w kłębek i gotowego do ataku. Już
zamierzał zastrzelić zwierzę gdy niespodziewanie gospodarz trącił jego ramię, i
gasząc pochodnię, krzyknął: «Nie strzelaj, błagam cię. Zabijając węża zabiłbyś
mnie. Ten wąż to mój elangela. Nie bój się niczego!» Uratowawszy w ten
sposób jego życie, pochwycił i zaczął głaskać gada, który wydał się być
ukontentowany okazywanymi mu względami. Następnie przeniósł węża do innej
chaty, gdzie położył się obok niego, napomniawszy misjonarza, by nigdy nie
mówił o tym co zobaczył" (23).
Następnie Howey
wyjaśnia źródłosłów vodun i voodoo (uprzejmie określonych w L'Osservatore
Romano jako "bóstwo"): "jedno z imion
Dañh-sio [benińskiego bożka-pytona – przyp. JKW] brzmi Vodunhwe" (24). Obeah (lub
Obi), jamajska forma kultu, wywodzi się z "kultu i ubłagiwania boga-węża
Obi – zachodnioafrykańskie słowo będące uosobieniem Ducha Zła" (25). Ponadto, to
ostatnie pochodzi od obayifo, terminu pochodzącego z języka plemienia Aszanti
z Wybrzeża Kości Słoniowej, które oznacza "czarownika, albo bardziej
ogólnie wiedźmę" (26). Legba (albo
Legbo), ewidentnie demoniczne bóstwo, jest także niezwykle czczone przez
mieszkańców Beninu, do tego stopnia, że prócz Mawu, jest jedynym z bóstw
"[których] kult jest powszechny" (27). Nie może zatem dziwić, że jest adorowany na równi
z wężami:
"W 1863
roku – według relacji kapitana Richarda F. Burtona, który został tam wysłany w
rządowej misji – w Dahomeju kult wężów był w pełnym rozkwicie. Spotykano tam
straszne gliniane figurki Legbo, demonicznego bóstwa tubylców, a w małej,
okrągłej chacie, wewnątrz i na zewnątrz pobielanej, o dachu krytym słomą,
znajdowało się siedlisko świętych węży z odmiany niejadowitej, długich niekiedy
na dziesięć stóp" (28).
Czy mieszkańcy
Beninu powinni być "wdzięczni" za dziedzictwo tego rodzaju?
Jeśli "papież" miał w związku z tym jakieś wątpliwości, to były one
tak nieistotnej natury, że nie uważał za stosowne podnieść ich podczas swego
serdecznego, niejasnego dialogu z wyznawcami kultu: "ja jestem OK [w porządku];
wy jesteście OK [w porządku]".
Komunia
"świętych"
Oprócz węży,
fetyszów, przodków i demonów, wyznawcy voodoo wplatają w świętokradczy kult
swoich bożków katolickich świętych, by dojść do całkowicie odrażającego
"credo". Ten bezbożny synkretyzm był najbardziej rażący (chociaż, jak
wskazano wyżej, nie jedyny) w sektach Półkuli Zachodniej.
Przez większą
część ostatniego stulecia, Marie Laveau z Nowego Orleanu zrobiła tak
oszałamiającą karierę jako mambo (czarownica), że stała się powszechnie
znana w tym mieście jako "królowa voodoo". Zdobyła sobie przyjaciół i
klientów wśród bogatych i wpływowych ludzi i, wykorzystując ich przekonania
"dodała wiele katolickich elementów do swoich rytuałów voodoo.
Podkreślała, iż jest możliwe, aby być jednocześnie dobrym katolikiem i wyznawcą
voodoo..." (29). Badacz James
Haskins napisał w swojej książce Voodoo & Hoodoo: "Z
powodu wpływu Marie Laveau, św. Jan Chrzciciel stał się patronem voodoo w Nowym
Orleanie. «Noc Świętojańska to najważniejsza data roku», mówi Gandolfo"
[właściciel miejskiego Muzeum Voodoo, Charles M. – przyp. JKW] (30).
Laveau jest mało
oryginalna w swych próbach synkretyzmu elementów dwóch religii; w
rzeczywistości, większość sekt voodoo na półkuli uznało ten chwyt za
całkiem użyteczny. Nie należą do rzadkości przypadki wyznawców kultu, którzy w
niedzielę rano uczestniczą we "mszy" Novus Ordo, po tym, jak
poprzedniej nocy brali udział w składaniu ofiar ze zwierząt (31). Jeśli chodzi o
mieszanie świętych z loa (afrykańskimi bóstwami przeszczepionymi na grunt
obu Ameryk przez niewolników – jest to też forma liczby pojedynczej tego słowa),
to przybiera to postać – naiwnego kojarzenia zewnętrznych podobieństw. W
"świątyniach" vodun można spotkać posągi świętych, zazwyczaj ze
zmianami oznaczającymi rzekome przywłaszczenie przez świętych rysów związanych
z loa. Dla wyznawców kultu dwa pojęcia – święty i loa – stają się jednym i tym
samym.
Haitańczycy, na
przykład, przekształcają Błogosławioną Dziewicę Maryję w Erzilie, łagodną, królewską
i piękną, lecz nadzwyczaj zazdrosną boginię. Św. Antoniego mylą z Legba (wyżej
wspomnianym), demonicznym pośrednikiem między ludźmi a innymi bogami. A św.
Patryk – nie do uwierzenia – jest łączony z Damballa, bogiem wężem. W santerii,
kubańskiej formie voodoo, święty Krzysztof staje się Aganyú, ojcem bogini
grzmotu Changó, która, z kolei, jest lepiej znana katolikom jako dziewica
męczenniczka z trzeciego wieku, święta Barbara. W międzyczasie, kult makumby w
Brazylii ma swój własny panteon "świętych-bóstw", m.in. Oxala, który
jest bluźnierczo utożsamiany z Chrystusem; Yemanja, z Maryją; Ogun, bóg wojny i
żelaza, ze św. Jerzym i Oxóssi, pomniejsze bóstwo związane z polowaniem i
strzelaniem z łuku, ze św. Sebastianem.
Mając na uwadze
prymitywną, chaotyczną strukturę tych regionalnych grup, ich generalny brak
wzajemnych kontaktów oraz rozmaitość plemion, z których się wywodzą, nie może
zaskakiwać odnajdywanie zabawnych rozbieżności między różnymi kultami. Podczas
gdy santería utożsamia Changó ze świętą Barbarą, makumba fałszywie wiąże go
(wymawiając Xangó) nie z męczenniczką, ale z dwoma świętymi – świętym
Hieronimem i świętym Janem Chrzcicielem. W dodatku, zwykle mówi się, że tenże
Xangó o "rozdwojonej jaźni" (grzmot i błyskawica?) ma dwie żony. Ich
imiona to Oyá i Oshun, ale katolikom są znane jako święta Katarzyna... i święta
Barbara.
Podczas gdy ten mętlik
może być z jednej strony, mimowolnie komiczny, podobnie jak dla zachodniego
odbiorcy brzmią nonsensownie takie słowa jak juju, voodoo, duppy (duch) i mumbo
jumbo (zniekształcenie imienia plemiennego bóstwa), to bądźmy pewni, że w
kryjących się za nimi przekonaniach nie ma nic zabawnego. W niektórych
przypadkach niegodziwość bóstw jest nieco skrywana za fałszywie przywłaszczonymi
sobie przez nich tożsamościami świętych, lecz w wielu innych, ich cechy
indywidualne nie są tak uładzone. Erzulie, utożsamiana z Błogosławioną Dziewicą
Maryją, na pewno nie jest "przenajczystszą matką" ukochaną przez
katolików. Kyle Kristos tak pisze na ten temat:
"Skoro
tylko Erzulie opęta kogoś, nawet jeśli opętany jest mężczyzną, to osoba ta
zostaje zaprowadzona w miejsce, gdzie przechowywane są jej rzeczy i tam się w
nie przebiera. Zaraz potem, opętana osoba, czy to mężczyzna czy też kobieta, zaczyna
poruszać się zmanierowanym krokiem, wyzywająco poruszając biodrami. Często
osoba, która jest opętana dostaje prezenty od osób będących w świątyni" (32).
Jest jeszcze coś
"szczególnego" związanego z Erzulie: "Chociaż Erzulie może
przybierać postać ludzką, to znana jest także jako wąż, który jest zwykle
zwinięty w kłębek i żywi się głównie wodą i bananami... jako bogini-wąż posiada
straszliwą moc i wzbudza tyleż samo strachu co miłości i uwielbienia" (33).
Równie
odrażające są Ghede, loa (duchy) kojarzone ze śmiercią i odrodzeniem, które
znane są z "lubowania się w nieprzyzwoitych dowcipach odnoszących się do
nieczystości" oraz Baron Samedi, Pan Cmentarza, który również ma skłonność
do sprośnego żartowania, będąc jednocześnie najbardziej przerażającą postacią u
przesądnych Haitańczyków (34).
Przyjrzawszy się
tak zdeprawowanemu sposobowi myślenia bezwstydnie skrywającemu się pod
płaszczykiem religii, teza Jana Pawła II, że wierzą w "jednego Boga, który
jest dobry" okazuje się aż do absurdu fałszywą; twierdzenia, że wyznawcy
voodoo "wierzą" w Boga na pewno nie da się pogodzić z żadnym z
przytoczonych faktów. Sama wiara w istnienie Najwyższej Istoty to nie to
samo co wiara w Boga, ponieważ ta ostatnia obejmuje także oddawanie
Mu czci. Demony wierzą, iż Bóg istnieje, ale nie chcą Go czcić. Św. Jakub
pisze w liście apostolskim: "Ty wierzysz, że jest jeden Bóg? Dobrze
czynisz: czarci też wierzą i drżą" (2, 19). Tylko głupcy zaprzeczają
istnieniu Stwórcy, ponieważ Sam Bóg dał każdemu człowiekowi umiejętność
poznania Jego istnienia dzięki potędze rozumu. Całkowitym szaleństwem jest
przypisywanie czegoś w bardzo niewielkim stopniu zbliżonego do wzniosłej
filozoficznej koncepcji Boskości (chociaż koncepcji czysto naturalnej)
przedstawionej przez takich myślicieli jak Arystoteles – a tym bardziej objawionego
w Piśmie Świętym Boga – ludziom, którzy na mniej niż dekadę przed XXI wiekiem,
nadal jeszcze płaszczą się w żałosnej niewoli przed wężami, z ufnością wzywają
duchy fetyszów i szukają pomocy u nikczemnych, demonicznych sił. Otóż, to
właśnie takich bogów mieszkańcy Beninu wzywają na pomoc – nie zaś Boga.
Jak Jan Paweł II
mógł, wiedząc to wszystko o gospodarzach (jego wizyty), wygłosić coś, co każde
rozsądnie myślące katolickie dziecko znające katechizm uznałoby za nic innego
jak tylko teologiczne brednie? (35) Najprostszą
odpowiedzią jest stwierdzenie, że w przeciwieństwie do dziecka, myślenie Jana
Pawła II nie jest katolickie. Nigdzie w swym przemówieniu do wyznawców
voodoo nie mówi im, że wierzą w fałszywego boga (i bogów). Zamiast tego,
gratulując im "wiary w jednego Boga, który jest dobry", on niemalże
identyfikuje to bóstwo z Wszechmogącym, gdyż, jak Chrystus oświadcza, "nikt
nie jest dobry, tylko sam Bóg" (Łk. 18, 19). Bóg wyznawców voodoo może być
dobry tylko wtedy jeśli jest on Bogiem – każde bóstwo któremu
oddaje się cześć, inne niż Bóg jest fałszywym bogiem i demonem. Do
jednego z najbardziej wymownych momentów jego spotkania doszło wtedy gdy – jak
wcześniej wspomniano – rzecznik kultu Senou Zannou stanął przed nim twarzą w
twarz i oświadczył, że to "nie ma nic wspólnego z szatanem czy diabłem. To
Bóg jest ostatecznym obiektem kultu vodun". Będąc jak najdalszym od
zaświadczenia o katolickiej prawdzie wobec skandalicznego błędu,
"papież" nie powiedział kompletnie nic aby obalić to
twierdzenie i można nawet powiedzieć, że w wielkiej mierze potwierdził
tę fikcję w swych wyżej wymienionych słowach. Dowodem na to w jak wielkim
zakłamaniu pogrążona jest większość tych, którzy uważają się za katolików jest
to, że nie potrafią wyciągnąć z tego epizodu jedynego i prostego wniosku: Jan
Paweł II, zarówno przez wychwalanie voodoo jak i przez milczenie gdy, w jego
obecności, nazywane jest ono świętym kultem, wykazuje czynem i zaniechaniem,
że nie jest papieżem: jego milcząca aprobata fałszywych roszczeń
doszczętnie zdeprawowanej, zdegenerowanej i niegodziwej sekty ukazuje zupełny
brak ducha apostolskiego, który zawsze dąży do zwyciężenia Ojca Kłamstwa prawdą
Chrystusa, a w związku z tym ujawnia zdradę urzędu tak szczególną i
fundamentalną, że wyobrażenie sobie, iż może on w jakiś sposób być zaliczany do
prawdziwych następców św. Piotra urąga wierze i rozumowi.
Przypuszczenie,
iż może być inaczej dezorganizuje całą ideę papiestwa i graniczy z formą
teologicznego obłędu, ponieważ znaczyłoby to wówczas, w jakiś schizofreniczny
sposób, że osoba roszcząca sobie prawo do papieskiego tytułu może być zarazem
tak heterodoksyjna jak Marcin Luter, a przy tym działać publicznie wykonując
uprawnienia swego urzędu, a pomimo to jego status nie mógłby zostać
zakwestionowany. A zatem, ustanowienie papiestwa przez Chrystusa jako najważniejszego
strażnika katolickiej prawdy ląduje za oknem, a z kolei, posłuszeństwo
wobec papieża z obowiązkowego (być może poza jednym czy dwoma
przypadkami na stulecie) staje się opcjonalne (36).
Apologeci
soborowej religii mogą się spierać, że Jan Paweł II nie zachwala bożka voodoo,
lecz po prostu stwierdza w dyplomatyczny sposób to, w co wyznawcy kultu sami
wierzą. W takim razie, nadal świadczy to przeciwko niemu, gdyż prawdziwy papież
nigdy nie patrzyłby bezdusznie na duchowo zaślepionych w skrajnej ciemności nie
mówiąc im czegoś w rodzaju: "bogowie waszych przodków nie mogą nic
dla was zrobić, jedynie prowadzić drogą wiodącą do zguby. Jednakże przynoszę
wam radosne wieści o prawdziwym Bogu, abyście mogli zostać przeniesieni
do światła zbawienia".
Wszelako brak
przypomnienia przez Jana Pawła II katolickiej nauki nie może dziwić, gdyż jest
to człowiek, który zaprosił prawosławnych, anglikanów, protestantów, żydów,
muzułmanów i przeróżnych pogan (między innymi: hindusów, buddystów,
amerykańskich Indian i afrykańskich pogan) do Asyżu, gdzie, wraz ze soborowymi
"katolikami" z modlitw do swoich najprzeróżniejszych bóstw wznosili
wieżę Babel światowego pokoju. Dlaczego mielibyśmy oczekiwać od niego czegoś
innego w Beninie? Powtórzmy raz jeszcze, jego milczenie, tam gdzie
odrzucenie fałszu vodun było jak najbardziej na miejscu, musi zostać
zinterpretowane jako milczące uznanie roszczeń sekty do uznawania jej za
prawdziwą religię.
Ten zgubny błąd,
że wszystkie religie są w jakiś sposób prawdziwe, został wyraźnie potępiony
przez papieża, świętego Piusa X w jego encyklice Pascendi z 1907 roku.
Cytat z tego dokumentu jest w rozważanym kontekście szczególnie pouczający,
gdyż Jego Świątobliwość rzucając klątwę na ówczesnych modernistów, odsłania
także, w najwyraźniej proroczej formie, fałszywość nauczania jego niedoszłego
następcy (bezpośrednia adekwatność treści encykliki Pascendi z sytuacją
dzisiejszego kryzysu jest widocznym przykładem działania Ducha Świętego w Jego
Kościele, a szczególnie w Jego Papieżach). Święty Pius X, omawiając
modernistyczny błąd, iż religijne przekonanie oparte jest na subiektywnie
odczuwanych doświadczeniach, a nie (jak Kościół objaśnia) obiektywnie
weryfikowalnych prawdach, pisze:
"Jak to
wszystko dalekie od nauki katolickiej! Już zarodki tych błędów widzieliśmy w
błędach potępionych przez Sobór Watykański [Pierwszy – i jedyny naprawdę
katolicki – Sobór Watykański – przyp. JKW]. ...Tymczasem zaś należy zauważyć,
że teoria o doświadczeniu religijnym, połączona z teorią symbolizmu, prowadzi
do uznania wszelkiej religii nawet pogańskiej za prawdziwą. Czyż bowiem w
każdej innej religii nie spotykamy tego rodzaju doświadczeń? Wielu się na to
zgadza. A jeśli tak, to jakim prawem moderniści przeczą prawdziwości
doświadczenia jakie znajdujemy np. w religii mahometańskiej; dlaczego prawdziwe
doświadczenia mają być własnością jednych tylko katolików? I tu moderniści nie
przeczą: jedni skrycie, inny otwarcie wyznają, że wszelkie religie są prawdziwe.
Że inaczej myśleć nie można – to oczywista. Albowiem na jakiej podstawie mogą
oni zarzucać tej lub owej religii fałsz, jeśli chcą zostać ze swoimi zasadami w
zgodzie? ...Co najwyżej, mogliby moderniści utrzymywać to jedno, że religia
katolicka z pośród różnych religii ma więcej prawdy, gdyż jest żywotniejsza...
Dla każdego jest to oczywiste, że takie wnioski a nie inne wynikają z
powyższych przesłanek" (37).
Ta przenikliwa
analiza ostatniego kanonizowanego papieża jest niesłychanie wartościowa ze
względu na bezpośrednie odniesienie do rozważanego tematu. Jej stosowalność do
przypadku Jana Pawła II jest wręcz uderzająca i powinna być często przypominana
w pozostałych rozdziałach, jako że stanowi najsolidniejszą podstawę do obalenia
jego roszczeń do Stolicy Apostolskiej.
"Zmysł
świętowania"
"Generał
zaprowadził mnie do małego lasku niespełna trzy mile od miasta Jacmel. W blasku
naftowych kaganków ujrzałem około czterdziestu mężczyzn i kobiet zgromadzonych
wokół nieociosanego kamiennego ołtarza, na którym, owinięty wokół laski cocomacacque
spoczywał święty, zielony wąż. «Mamaloi» – wysoka, groźnie wyglądająca
murzynka, ubrana była w szkarłatną szatę, z czerwonym turbanem na głowie.
Tańczyła przed ołtarzem esowaty taniec i mruczała starożytny
zachodnioafrykański monotonny śpiew, powtarzany następnie przez widzów. Szybko
osiągała szaleńczy ton ekscytacji, od czasu do czasu przerywając po to, by
pociągnąć łyk rumu z jednej z butelek, które krążyły z ręki do ręki. Na koniec
podniosła z ołtarza błyszczącą maczetę a drugą ręką chwyciła czarnego
koguta trzymanego przez jednego z obecnych. Zaczęła wywijać ptakiem wokół głowy
tak gwałtownie, aż na wszystkie strony zaczęły lecieć pióra i nagle jednym
szybkim cięciem odcięła głowę od ciała. Napięte i potworne wzburzenie
utrzymywało czcicieli w ciszy, lecz gdy tylko kapłanka przycisnęła krwawiącą
szyję zarżniętego ptaka do swych warg wybuchli dzikim wrzaskiem. Następnie
zanurzając palec w krwi zrobiła nim na czole znak krzyża, naznaczając również
czoła kilku swoich uczniów" (38).
Chociaż ta
barwna relacja dotyczy haitańskiego voodoo, to prócz drugorzędnych szczegółów
nie różni się zbytnio od pogańskich ofiar dokonywanych codziennie w tubylczych
wioskach całego Beninu i sąsiednich krajów. Ma to pomóc w usytuowaniu kilku
następnych akapitów we właściwym kontekście, jak również zilustrować do czego tak
naprawdę sprowadza się wspomniany przez Jana Pawła II "zmysł
świętowania".
Jak z powyższego
i kilku wcześniej przytoczonych opisów celebracji wyraźnie wynika, nie są one
podobne do chrześcijańskich obrzędów (są jedynie świętokradzkimi z nich
szyderstwami). Istnieją pewne wątpliwości, czy – jak to zrelacjonowano –
"papież" był rzeczywiście świadkiem "wprowadzającego w trans"
tańca, przy którym prawdopodobnie wykonawcy znajdowali się w odmiennym stanie
świadomości. Niemniej jednak, jest bardziej prawdopodobne, biorąc pod uwagę
obecność wielkiej liczby reporterów i fotografów światowych mediów, że taniec
był jedynie symulacją – nie ma żadnej wzmianki o składaniu ofiary ze zwierząt
albo o samookaleczeniach, choć są to powszednie atrybuty prawdziwych
"celebracji" voodoo.
Są to obrzędy, w
których mogą występować węże – jak pokazano we fragmencie otwierającym ten
rozdział oraz w innych miejscach tego artykułu. Jeden zdumiewający opis obrzędu
kultu węża odbywający się na wiejskim placyku w Gwinei, przywołany przez WW
Hurda, protestanckiego (anglikańskiego?) duchownego, przypomina parodię
katolickiej liturgii:
"Kapłan często
zasiada na środku placu przed swego rodzaju ołtarzem, na którym składa ofiary
fetyszom, a kilku mężczyzn, kobiety i dzieci siedzi bez określonego celu wokół
celebransa, który czyta albo wygłasza im coś w rodzaju kazania. Na koniec
bierze wiązkę mocno skręconej słomy i zanurza ją w naczyniu wypełnionym jakimś
specjalnym płynem, w którym jest wąż. Smaruje albo kropi dzieci tą «wodą
święconą», mamrocząc nad nimi jakieś słowa i dokonuje tej samej ceremonii przy
ołtarzu, po czym opróżnia naczynie; następnie jego asystenci kończą obrzęd
paroma nieartykułowanymi, niezrozumiałymi dźwiękami, głośnymi brawami i
klaskaniem w ręce" (39).
Jednakże
bardziej znane są te zgromadzenia, na których można powiedzieć – być może
całkiem dosłownie – że rozpętało się piekło. Kiedy bóstwa
"dosiadają" (albo opętują) swoich wyznawców, rytuały są
wykonywane z tak dzikim ferworem, że "ujeżdżani" w dużej mierze
przestają zdawać sobie sprawę z tego co się dzieje w ich otoczeniu, a nawet
tracą zainteresowanie własnym bezpieczeństwem. (Jeden z uczestników określił
zniekształconą świadomość opętania voodoo jako białą ciemność). Następujące
sugestywne obserwacje poczynione przez etnobotanika z Harvardu Wada Davisa
podczas rytuału, w którym uczestniczył na Haiti w 1982 roku są wystarczające do
pokazania zdeprawowanego stanu, w jaki staczają się opętani wyznawcy voodoo
oraz demonicznej obecności, jaka z pewnością za tym stoi:
"Nigdy w
czasie moich podróży po Amazonii nie byłem świadkiem fenomenu tak
naturalistycznego i potężnego jak widok opętania vodun... Wtajemniczona w
arkana kultu, drobna kobieta, szalała po perystylu, unosząc z ziemi wielkich
mężczyzn i wymachując nimi jak dziećmi. Porwała szklankę i wgryzła się w nią
zębami, połykając małe kawałki szkła i wypluwając resztę na ziemię. W pewnej
chwili mambo przyniosła jej żywą gołębicę; hounsis złożyła ją w ofierze łamiąc
skrzydła, a następnie przegryzając szyję zębami. Najwidoczniej duchy były
łakome, gdyż wkrótce dwie następne hounsis zostały opętane i po niesamowitych
trzydziestu minutach perystyl zmienił się w kompletne pandemonium, z mambo
biegającą dookoła, rozpryskując rum i mieszaninę wody i clairin, kierując duchy
rytmem jej asson [grzechotka vodun]. Bębny biją bez końca. Wtem, tak nagle jak
duchy się pojawiły, tak znikły i kolejno, jedna po drugiej hounsis, które były
opętane osunęły się na ziemię..." (40).
Niewiarygodne,
ale Davis relacjonuje, że podczas wieczornej drugiej fali opętań działy się
jeszcze dziwniejsze rzeczy:
"Duchy
znowu przybyły... Hounsis gwałtownie wpadła w stan opętania – całe jej ciało
się trzęsło, jej mięśnie się wygięły – a pojedynczy spazm wykręcił jej
kręgosłup. Klęczała przed ogniem, wykrzykując w jakimś starożytnym języku. Następnie
stanęła na nogi i zaczęła wirować, kręcąc coraz to mniejsze i mniejsze kręgi,
niczym bąk... i cisnęły nią, wciąż wirującą – w ogień. Utkwiła w nim
nieprawdopodobnie długo i nagle jednym susem, która wyrzucił żar i popiół na
cały perystyl – odskoczyła. Lądując prosto na obie nogi, zaczęła znowu
wpatrywać się w ogień i skrzeczeć jak kruk. Następnie złapała w ręce węgle.
Porwała obiema rękami płonące wiązki chrustu, uderzyła nimi o siebie i
wypuściła jedną. Drugą zaczęła lizać, szerokimi pociągnięciami języka i połykać
ogień, chwytając wargami rozpalone do czerwoności węgielki wielkości małego
jabłka. Następnie znowu zaczęła kręcić się w kółko. Trzy razy okrążyła
poteau-mitan aż w końcu zwaliła się w ramiona mambo. Węgielek wciąż tkwił w jej
ustach" (41).
Nie można dość
podkreślić, że opętanie przez bóstwa nie jest czymś wyjątkowym wśród kultów
Zachodnich Indii, lecz stanowi zasadniczą część vodun gdziekolwiek ten
kult jest praktykowany. Jeden z autorytetów w tej dziedzinie, urodzony w Kenii
John S. Mbiti, który otrzymał w Cambridge doktorat z teologii, wykładał w
Anglii i Niemczech i był dyrektorem Ekumenicznego Instytutu w Szwajcarii,
pisze, że Afrykanie na całym kontynencie sądzą, że spirytystyczne media
umożliwią im kontakt z "zaświatami":
"Głównym
zadaniem medium jest skontaktowanie ludzi z żywymi trupami i duchami. Za ich
pośrednictwem otrzymywane są wiadomości z zaświatów, lub przekazywana jest
ludziom wiedza o rzeczach, o których w inny sposób trudnym albo niemożliwym
byłoby się dowiedzieć. Na przykład, poprzez medium, które kontaktuje się ze
światem duchów, człowiek może dowiedzieć się gdzie jest jego zguba albo kto
ukradł jego dobra. Media funkcjonują w tej roli tylko wtedy kiedy są «opętane»
przez ducha, bez tego są «normalnymi» ludźmi bez szczególnych zdolności. Różnią
się możnością zostania «opętanymi» albo kontaktowania się ze światem duchów,
ale zależy to także od «chęci» nieboszczyka albo innych duchów do wejścia
«w» nich i komunikowania się za ich pośrednictwem" [kursywa dodana -
JKW] (42).
Następnie Mbiti
relacjonuje udział w mediumistycznym obrządku, który wydaje się niemal statecznym
w porównany z innymi przypadkami opętań:
"Ostatnio
byłem świadkiem i nagrałem na taśmie jeden taki przypadek, jakieś dwadzieścia
kilometrów od Kampali. Młody człowiek ubrany w skórę, nałożył na siebie wieniec
upleciony z płożącej się rośliny, a w rękach trzymał inną roślinę półmetrowej
długości. Usiadł w pokoju wróżbity, gdzie zgromadził się tłum dwudziestu pięciu
do trzydziestu ludzi. Jeden z ludzi zaczął śpiewać bardzo rytmiczną piosenkę i
reszta tłumu przyłączyła się do śpiewu, klaszcząc i grzechocząc małymi tykwami.
Młodzieniec mający stać się medium usiadł cicho na podłodze nie obracając nawet
głowy. Śpiew i grzechotanie trwały przez około trzynaście minut kiedy nagle
ręce młodego człowieka zaczęły drżeć. Trzy albo cztery minuty później zaczął
mówić całkowicie zmienionym głosem. Śpiew zamilkł i wróżbita mógł wtedy zacząć
mówić do medium przez około piętnaście minut, w połowie czego medium (albo duch
w nim) zażądał zaśpiewania innej piosenki. Na koniec, medium podskoczył jak
żaba, uderzył mocno głową w podłogę i dwa lub trzy razy bardzo mocno uderzył
się pięścią w pierś, po czym zaczął być znowu «normalny». Kiedy później «wziąłem
go w ogień krzyżowych pytań», zapewnił mnie, że nie był świadomy tego co mówił
albo robił w czasie gdy był medium. Ja i moi koledzy odnieśliśmy wrażenie, że
był przy zdrowych zmysłach i że mówił prawdę odnośnie tego co odczuwał i robił
gdy był w transie. Duch, który wszedł w tego młodego człowieka, który był
uczniem wróżbity, był przetrzymywany w domu tego ostatniego od 1958 roku (jak
nam powiedział), mieszkając w bawolim rogu (yembe, w języku luganda)" (43).
Przytoczone
powyżej przypadki opętań stanowią pewien rodzaj celebracji, lecz czy są one zbożne?
W Życiu Duchowym, mistrzowskiej pracy na temat mistyki i ascezy, wielki dwudziestowieczny
teolog, ks. Adolf Tanquerey poświęca cały rozdział "zjawiskom pochodzenia
szatańskiego". Demoniczne opętanie definiuje jako panowanie szatana (i
jego sług), za pomocą którego "zakłada sobie mieszkanie w ciele ludzkim
i porusza nim dowolnie, jak gdyby był panem jego, by przez to wtrącić
duszę w zamęt" (44). Co do
symptomów opętania, to ksiądz Tanquerey pisze tak:
"Otóż
według Rytuału Rzymskiego trzy są główne oznaki, po których poznać można
opętanie: «Mówienie nieznanym językiem, posługując sie przy tym wielu słowami,
lub rozumienie mówiącego tym językiem; wyjawianie rzeczy odległych i ukrytych;
okazywanie siły, przechodzącej siły przyrodzone w stosunku do wieku i stanu,
oraz inne tym podobne oznaki, które, gdy się nagromadzą w znacznej ilości, tym
wyraźniej wskazują na opętanie»...." (45).
Czy opętania
voodoo pasują do tych kryteriów? Z całą pewnością wydaje się że tak jest, gdyż,
jak pokazuje opowiadanie Davisa, mamy tam małą kobietę potrafiącą unosić i
huśtać wielkich mężczyzn "jak dzieci" i "krzyczeć w jakimś
starożytnym języku". Opętania te, jak obcowanie w transie z bóstwami,
oczywiste w innych pogańskich minionych i dzisiejszych kulturach, często
obejmuje opowiadanie o "odległych i ukrytych rzeczach" uznawanych za
pomocne w osiągnięciu dobrobytu grupy lub plemienia (zauważmy odniesienie Mbiti
do "znajomości rzeczy... trudnych albo niemożliwych do poznania").
Dodatkowymi oznakami demonicznej kontroli są sprośności wydobywające się z ust
opętanego (takie jak w przypadku wyżej wspomnianego opętania przez "Barona
Samedi"), anormalne zachowania (na przykład, picie ciepłej krwi z szyi
świeżo ściętego ptaka) i akty bezrozumnego samookaleczenia (na przykład,
połykanie szkła czy rozpalonego do czerwoności żaru).
A jednak, mimo
wszystkich podobieństw (i najprawdopodobniej, prawdziwych oznak) z
diabelską mocą przejawiającą się w opętaniach voodoo, najbardziej niepokojącym
w nich – co osobliwe – jest odmienność od standardowego wzorca. Opętanie
jest dla katolika duchowym doświadczeniem najgorszego rodzaju, które
można przetrwać tylko za Bożą łaską, zwalczanym przy użyciu pełnego arsenału Kościoła
i z którego wyzwolenie poprzez egzorcyzm jest niezwykle upragnione. Jednakże
dla wyznawcy voodoo opętanie, to zaszczyt o który zabiega oraz zasadnicza
część jego życia religijnego. To czego pierwszy unika jako
nieopisanego zła, to drugi przyjmuje za najwyższe dobro. Pomaga to wyjaśnić
to, co może się z początku wydawać niezwykłą różnicą: w odróżnieniu od opętania
doświadczanego przez chrześcijanina, w przypadku opętania wyznawcy voodoo nie
widać w nim oznak udręczenia. Mimo tego jest to zupełnie logiczne, gdyż
demony nie mają żadnego powodu by robić coś co odwiodłoby ich oddanych
wyznawców od składania im hołdu (jakkolwiek nieświadomie) jako bogom!
Opętania te
ilustrują również kluczowy aspekt modus vivendi voodoo – nieokiełznaną
namiętność. Kościół katolicki zawsze nauczał, że namiętności muszą być
podporządkowane zarówno duchowi jak i rozumowi i krytykował wszystko co
wywyższałoby sprawy fizyczne ponad duchowe. Dlatego też, Arystoteles, chociaż
nie był ani żydem ani chrześcijaninem, był zasłużenie ceniony przez św. Tomasza
z Akwinu ze względu na jego przenikliwie analityczne dzieła. Duch vodun,
tymczasem, jak to wyraźnie wykazano powyżej, usiłuje odwrócić porządek
hierarchii i dlatego nie może być traktowany ani jako prawdziwa religia ani filozofia
religijna. Na płaszczyźnie naturalnej jest upodlający i zwyrodniały; w porządku
nadprzyrodzonym jest celebracją diaboliczności. Tak więc, gdy Jan Paweł II z
zadowoleniem przygląda się jak mętnookie dziewczęta tańczą
"zestrojone" ze swoimi bożkami, i mimo to nie demaskuje tego
pogańskiego widowiska, lecz de facto chwali jego ducha świętowania, to
nad wyraz słuszne jest zakwestionowanie nie tylko jego smaku
"muzycznego", ale również jego roszczeń do najświętszych tytułów katolika
i Papieża!
"Szacunek dla
życia moralnego i harmonii w społeczeństwie"
W niniejszym
artykule wspomniano już wcześniej o mglistym pojęciu dobra i zła istniejącym
wśród wyznawców voodoo i o tym, że zwykle skupiało się ono wokół instynktu
samozachowawczego jako warunku sine qua non ich egzystencji. Wskazano
ponadto, że najważniejszym uczuciem religijnym jakie ich przenika jest lęk
przed duchami. Zgodnie z tymi przekonaniami, ich etycznym fundamentem jest,
delikatnie mówiąc, moralna ambiwalencja. Nie powstrzymało to Jana Pawła II
przed bezmyślnym opiewaniem ich kultu (wydaje się, że nic go nie
powstrzyma). Jednakże czyniąc tak, zajął stanowisko obrońcy systemu
religijnego, który z maksymy "cel uświęca środki" uczynił kamień
węgielny swych zasad, i to często z najprzeraźliwszymi skutkami.
Podczas gdy
większość wyznawców voodoo, zarówno ze Wschodu jak i z Zachodu, poszukuje
"dobrej" magii (tj., zaklęć dla uzyskania korzystnych skutków takich
jak: zdrowie, płodność, dobry urodzaj, zabezpieczenie się przed szkodami, itp.),
ciemniejsza strona nigdy nie jest zbyt odległa i w rzeczywistości oba te
aspekty w dużym stopniu przeplatają się wzajemnie. Max Beauvoir, czołowy
haitański wyznawca kultu, w następujący sposób wyjaśnił związek między houngan
("naczelnym" kapłanem voodoo) i bokor (czarownikiem voodoo): "W
pewnym sensie, wszyscy houngan są bokor. Houngan musi znać zło, aby je
zwalczać, bokor musi rozumieć dobro, aby je obalić. To wszystko stanowi
jedność..." (46). Czary są
dopuszczalne, ale tylko jeśli są używane dla celów grupowych. Jak napisał jeden
badacz:
"Kulty
voodoo na Haiti i macumba w Brazylii formalnie rozróżniają publiczną, religijną
magię od prywatnej; ta ostatnia jest potępiona. Rozróżnienie między publiczną i
prywatną magią często staje się najzwyklejszym podziałem na «dobrą» i «złą»
magię" (47).
Co do korzeni
vodun, James Haskins stwierdza: "Granice między religią a magią były w
Afryce niewyraźne, praktyka częstego przenikania jednej w sferę drugiej...
Afrykanie wierzyli, że magia i czary mogą bardzo potężnie oddziaływać na ich
duchy i bóstwa, nie wspominając, że na siebie nawzajem". James Haskins
szczegółowo opisuje to zagadnienie, ukazując brak jakiejkolwiek moralnej
awersji wobec człowieka ju ju (czyli szamana), a jedynie naprzemienny
lęk i ufność w jego magię:
"W zachodnioafrykańskim
społeczeństwie stosunek do czarownika był nieco ambiwalentny. W czasach pokoju
i pomyślności, mógł zostać zabity albo wypędzony gdyby go zidentyfikowano,
ponieważ widziano w nim niszczycielską i zagrażającą strukturom społecznym siłę.
W czasach wojny lub w innych groźnych sytuacjach, plemienny czarownik był jedną
z sił, od której zależało bezpieczeństwo i zwycięstwo plemienia. W takich
okolicznościach zła siła mogła być pożyteczna" [kursywa dodana -
JKW]... (48).
Umiejętności
wykorzystywane przez czarowników są często używane, do wyrządzania szkód
wrogowi na odległość. W następującym fragmencie, ksiądz Driscoll bardzo
zręcznie ilustruje te niezwykłe przekonania i złowieszcze metody, które
przechodzą w taką wrogość:
"Istnieje w
Bantu organizacja o nazwie «Czarnoksięska Spółka», której członkowie organizują
o północy w głębi lasu potajemne spotkania, na których knują jak zadać komuś
śmierć lub chorobę. Ich świętym ptakiem jest sowa, a sygnałem rozpoznawczym
dźwięk naśladowujący jej pohukiwanie. Uważają, że pozostawiają w chatach swe
cielesne ciała śpiące i to jedynie ich ciała duchowe uczestniczą w spotkaniu,
przenikając przez ściany i przelatując z wielką szybkością nad wierzchołkami
drzew. Podczas spotkania nawiązują widzialną, słyszalną i namacalną łączność z
duchami. Odbywają uczty, na których zjadane jest «serce» (życie) jakiegoś człowieka,
który przez tę utratę «serca» zapada w chorobę i umiera jeżeli «serce» nie
zostanie mu zwrócone. Wczesne pianie koguta jest dla nich ostrzeżeniem by się
rozejść, ponieważ boją się nadejścia gwiazdy porannej, jako że, gdyby słońce
wzeszło nad nimi zanim dotrą do swoich cielesnych ciał, wszystkie ich plany by
się nie powiodły i sami by zachorowali. Obawiają się pieprzu kajeńskiego, ponieważ
gdyby jego startymi liśćmi lub strąkami zostały natarte ich materialne ciała
podczas ich nieobecności, to ich duchy nie mogłyby ponownie do nich wejść i
ciała umarłyby albo doznałyby straszliwego rozkładu..." (49).
W każdym kraju,
gdzie działają wyznawcy voodoo wiedźmy i czarownicy mają mnóstwo klientów. Na
przykład, w napisanej w 1936 roku książce pod tytułem A Popular History of
Witchcraft, ks. Montague Summers, słynny brytyjski znawca przedmiotu,
zwraca uwagę, że tę samą ciemną stronę vodun i pokrewnych sekt można również
znaleźć po tej stronie Atlantyku:
"W magazynie
Chamber’s Journal, z 11 stycznia 1902 roku, artykuł zatytułowany «Obeah
Today in the West Indies» [Obecne praktyki magiczne Indii Zachodnich] zwraca
uwagę na to, że «W wielu krajach praktykuje się zabobonne obrzędy dla
zapewnienia sobie pomyślności; ale z reguły nie dotyczy to obeah. U jego
podstaw leży kult i zjednanie sobie Złego: jest to z natury nieprzyjazne.
Murzyn zwykle idzie do czarownika-obeah aby zaszkodzić swemu bliźniemu, a nie
po to by zyskać coś dla siebie; i dlatego prawo traktuje tę materię tak
poważnie». Jamajskie ustawodawstwo z 1760 roku zabezpiecza się na wypadek «zdrożnych
praktyk Murzynów określanych mianem czarowników i czarownic-obeah utrzymujących,
iż rzekomo komunikują się z diabłem i innymi złymi duchami» i postanawia, że «każdy
Murzyn bądź inny niewolnik, któryby utrzymywał, iż posiada jakąś nadprzyrodzoną
moc, a wykryto by, iż używał jakichkolwiek przedmiotów związanych z praktykami
obeah lub czarami po to by zwodzić innych bądź narzucać ich umysłom, po
oskarżeniu o taki czyn przed dwoma sędziami i trzema właścicielami ziemskimi
poniesie śmierć albo zostanie deportowany». Londyński The Times, z 5
grudnia 1818 roku, przytacza «niedawną ustawę parlamentu (Barbados)», która
murzynów albo niewolników rozmyślnie, złośliwie i bezprawnie przypisujących
sobie posiadanie jakiejkolwiek magicznej albo nadprzyrodzonej władzy albo
czarów, lub używających i stosujących niegodziwą i bezprawną praktykę obeah,
karze śmiercią, deportacją, albo inną karą jaką może wymierzyć sąd. Obeah,
europejskie czarnoksięstwo, dzisiejszy satanizm w Anglii, są wszystkie jednym i
tym samym, z natury złym, złośliwym, niszczycielskim, przeklętym przez Boga,
nienawistnym dla ludzi – kultem diabła" (50).
Uzasadnia to
utożsamienie vodun i jego pobratymców z innymi typami diabolizmu zwracając
uwagę, że rzucanie klątw przez okaleczenie wizerunku zamierzonej ofiary
– takie jak niesławna "lalka voodoo" – nie jest specyficznym dla tego
kultu, lecz raczej powszechnym zjawiskiem w kołach okultystycznych:
"Używanie w
magicznych celach ulepionych z plastycznego materiału figurek przedstawiających
ludzkie postacie sięga zamierzchłej starożytności Egiptu, Asyrii, Babilonii i
Indii. Rozpanoszyło się wśród wszystkich ludów, dzikich i cywilizowanych i ma
niemal nieskończenie wiele wariantów dotyczących przygotowania i
przeprowadzania rytuału" (51).
Ksiądz
Summers przekonująco wyjaśnia, że bez względu na różnice istniejące między
poszczególnymi kultami, praktykujący tę niegodziwą sztukę są zgodni co do celu:
"Kiedy
wiedźma obierze sobie jakąś ofiarę do uśmiercenia, wykonuje z wosku, gliny,
marglu, ołowiu, skóry, drzewa lub niemal każdego dowolnie wybranego materiału
posążek lub kukiełkę tej osoby, która po przebiciu czarnymi szpilkami,
gwoździami, cierniami, albo nawet nacinaniu nożem, bądź sztyletem zostaje
spalona albo powoli stopiona w wielkim ognisku. Gdy figurka jest przekłuwana to
ofiara odczuwa ból w danej części ciała; gdy jest rozkruszana albo niszczona,
tak samo i ona ginie; kiedy się roztapia albo zostaje ugodzona w serce, to
ofiara umiera. Tak wygląda teoria i praktyka tej «współczulnej» albo
«homeopatycznej» magii, jak czasami się o niej mówi. Tak przygotowana dla celów
magii podobizna ma wiele nazw: figurka, kukiełka, berbeć, lalka, dzidziuś (w
przestarzałym sensie «lalki») podobizna, kukła, maumet, simulacrum, wizerunek
albo nawet obraz, gdyż malowane płótno, czy portret, może być skutecznie
wykorzystane. Jeśli można zdobyć kosmyk włosów, kawałek odzieży, kawałek
paznokcia albo coś innego blisko związanego z ofiarą i przymocować do kukiełki
to czar uzyskuje jeszcze większą moc i impuls. Czasami używane jest zamiast
figurki serce, najczęściej serce zwierzęcia. Przed niewielu laty kilku nowych
lokatorów, którzy zamieszkali w domu w hrabstwie Somersetshire odnalazło ukryte
w kominie duże czarne atłasowe serce przebite szpilkami. Dowiedzieli się, że
dom należał do czarownicy. Wykorzystywane są także inne substytuty. Innym razem
w hrabstwie Somersetshire, czarownik napisał imię swojego wroga na kawałku
papieru i przytwierdził go czarnymi szpilkami do cebuli, którą włożył do
komina. W miarę jak cebula zaczęła wysychać i kurczyć się tak samo zaczęła
marnieć ofiara. Cebulę z którą tak postąpiono znaleziono w kominie domku około
roku 1880. Niedawno na cmentarzu w Bradford, Yorks, znaleziono cytrynę pełną
szpilek. Neapolitańskie czarownice przebijają zardzewiałymi gwoździami lub
szpilkami cytrynę, pomarańczę, ziemniaka aby rzucić chorobę albo zabić osobę,
która je uraziła. Sycylijska strega
w tym samym celu przekłuwa jajko, pomarańczę albo cytrynę" (52).
Z
powodu niewłaściwego użytku robionego z rzeczy świętych i często złych
intencji, voodoo zostało potępione w 1928 roku przez biskupa Mauritiusu (wyspa
na wschód od Madagaskaru) w następujących słowach:
"Składane prośby
mają na celu osiągnięcie osobistej korzyści albo wyrządzenie szkody wrogom i
mają często erotyczny albo nieprzyzwoity charakter. Świętych imion i wyrażeń
używa się w bluźnierczy sposób. Towarzyszą tym praktykom różne ceremonie, w
których występuje czaszka, sztylet, kamfora i kwiaty. Wizerunki świętych mają
szpilki powbijane w różnych częściach figury; widziałem obraz Najświętszego Serca
pokryty takimi szpilkami. Krucyfiks jest też często używany w tych
bluźnierczych obrzędach. Na Mauritiusie mówiono o świeżo pogrzebanych żeńskich
zwłokach, które odkopano i wykorzystano w okropnym celu. Branie udziału w
takich praktykach i jednoczesne udawanie chrześcijanina, jest moim zdaniem,
niebezpiecznie bliskie popełnienia niewybaczalnego grzechu" (53).
Tymczasem
wyznawcy voodoo mają jeszcze inne sposoby zaszkodzenia swoim wrogom. Haskins
przeprowadził wywiad ze sztukmistrzami z południowej części Stanów
Zjednoczonych i uzyskał od nich "przepisy" na klątwy mogące zabić,
okaleczyć, przyprawić o obłęd, uczynić kaleką albo jeszcze inaczej zaszkodzić
wrogowi. Klątwy często brzmią niewinnie jakby działania naturalnego świata były
oglądane okiem dziecka, lecz w celu jaki im przyświeca nie ma nic niewinnego.
Kilka przykładów wystarczy by poczuć ich złowrogi jad:
"[Śmierć]
Zdobądź kosmyk włosów upatrzonej ofiary i umieść go w skorupce jajka. Wrzuć
jajko do strumienia i przeklnij tę osobę. W miarę jak jajko płynie z biegiem
rzeki zdrowie ofiary zacznie się pogarszać aż w końcu umrze.
[Wewnętrzne
węże] Zgromadź do naczynia krew wypływającą z przekłutej tętnicy węża. Dodaj
krew do jedzenia albo napoju przeznaczonego dla upatrzonej ofiary a węże urosną
w jego wnętrznościach.
[Bóle
głowy] Aby wywołać bóle głowy, umieść w woreczku trochę kurzu z cmentarza i
ukryj go w poduszce danej osoby.
[Spowodowanie
poronienia] Zdobądź jakiś fragment kobiecej bielizny, najlepiej halkę. Zawiąż
na nim dziewięć węzłów, przeklinając kobietę przy każdym węźle. Po tej
czynności halka powinna w przybliżeniu mieć długość dziecka. Zrób następnie
jeszcze trzy supły. Zakop to pod progiem domu kobiety, która poroni jak tylko
dziewięciokrotnie przejdzie nad nim. Węzły symbolicznie krępują dziecko.
[Obłąkanie]
Zdobądź kawałek włosów upatrzonej ofiary i lekko przypal go nad otwartym
płomieniem. Następnie zakop go głęboko w ziemi aby postradała zmysły" (54).
Przytaczanie
tych "zaklęć" (Haskins wspomina jeszcze wiele innych) ma uwydatnić,
że tego rodzaju czary występują w religii voodoo w takiej samej (o ile nie
większej) obfitości jak te, których celem jest zdobycie sławy, zdrowia,
pieniędzy, przygody miłosnej, szczęścia albo jakiejś innej korzyści.
Chrystusowe napomnienie, "miłujcie nieprzyjaciół waszych" (Mt. 5, 44)
to nauka moralna świecąca nieobecnością u wyznawcy voodoo. Jak bardzo skuteczne
są te przekleństwa jeśli chodzi o szkodzenie innym za pomocą magii jest sprawą
dyskusyjną (chociaż takiej możliwości nie można odrzucić), lecz nawet na
płaszczyźnie naturalnej ich niegodziwość powoduje wielką krzywdę, przynajmniej
tym, że podnosi nienawiść i zemstę do rangi religijnej zasady u tych, którzy je
rzucają i pogrąża ofiarę (o ile wie o przekleństwie) w najczarniejszej
rozpaczy, ze względu na jej mocną wiarę w ich moc.
Prócz tego, że
to wszystko jest z pewnością bardzo niepokojące, to trzeba pamiętać, że są to
czynności wykonywane przez "zwykłych" wyznawców voodoo, którzy
ograniczają się w składaniu ofiar z kóz, gołębic, kurczaków i tym podobnych.
Bardziej makabryczna jest świadomość, że to co "Czarnoksięska Spółka" i inni dokonują
symbolicznie, to inni praktykujący vodun nie zawahali się uczynić in corpore;
a mianowicie, przełamać dwa największe tabu znane cywilizowanemu człowiekowi – ofiarę
z ludzi i ludożerstwo.
Dokumentację z
dokonywania tych nieludzkich aktów można śledzić od czasów pierwszych
europejskich badań Afryki aż do czasów dzisiejszych. Zwyczaj składania wężowym
bóstwom ofiar z ludzi był szeroko rozpowszechniony w Afryce Zachodniej, na
obszarach dzisiejszego Togo, Beninu, Nigerii, Kongo i Wybrzeża Kości Słoniowej
(by przytoczyć kilka z nich), krajów, które znane były jako Niewolnicze
Wybrzeże i u wszystkich praktykujących voodoo w obu Amerykach. Członkowie
plemienia Aszanti, z którego bałwochwalstwa wywodzi się jamajska wersja vodun –
obeah, "czczą węża, którego nazywają Oboni", relacjonuje
Hawley, "[i jak] zapewniają, gdy jest on rozgniewany nie uspokoi go nic
prócz ofiary z ludzi" (55). Relacje
począwszy od 1815 roku wskazują, że "3500 niewolników zostało
poświęconych, aby przebłagać bogów po śmierci królowej Aszanti" (56).
Paul Bobannan i
Philip Curtin w książce pod tytułem Africa & Africans opisują
rozpaczliwe środki podjęte około sto lat temu przez tubylczych przywódców, którzy
stanęli wobec perspektywy poniesienia klęski z ręki obcych najeźdźców. Tak to
opisują:
"Benin jest
dobrze znany z tego, że w ostatnich latach ilość dokonywanych tam ofiar z ludzi
osiągnęła przerażające rozmiary. Ofiary składano tuż przed zdobyciem miasta
przez Brytyjczyków – bez mała szaleńczy rozmach z jakim się dokonywały miał na
celu odrzucenie wdzierającego się wroga – prawdziwy szał ludzkich ofiar, który
jak się wydaje był o wiele gorszy niż wszystkie, jakie go poprzedziły. Pierwsza
poważna praca dotycząca tych terenów, pochodząca z 1897 roku, autorstwa R.H.
Bacona, nosi tytuł «Benin, Miasto Krwi». Dopiero w późniejszych latach
określona została dokładna symbolika tych ofiar; na przełomie wieku w niektórych
częściach Europy słowo «Benin» było równoznaczne z deprawacją" (57).
Ta ocena
potwierdzona jest przez księdza Alberta Battandiera w jego artykule
"Benin" w Katolickiej Encyklopedii ("The Catholic Encyclopedia"),
gdzie pisze on: "Wśród pogańskich murzynów, ofiary z ludzi są na porządku
dziennym; tubylców cechuje okrucieństwo przejawiające się w potwornych
formach" (58). Jeśli są one
dzisiaj mniej rozpowszechnione, to świadczy to nie o dobroci
"tradycyjnej religii", lecz o cywilizującym skutku ponad stuletniego
okresu przebywania tam katolickich misjonarzy. Ksiądz Summers opowiada
następującą makabryczną historię:
"The
Daily Express z 20 stycznia 1937 roku donosi, że «Wiara w voodoo, z jego
niesamowitymi, straszliwymi obrzędami, wciąż kwitnie w Michigan» i opisuje jak
murzyńska kobieta i jej dziecko szukali ochrony policji, gdyż jej mąż, Verlen
McQueen, zamierzał poświęcić ich szatanowi w ogromnym słoju wrzątku. Podczas
aresztowania, znaleziono go mieszającego w wielkim kotle wody umieszczonym nad
buchającymi płomieniami ognia. W 1932 roku czarownik voodoo, Robert Harris,
ściął głowę innemu murzynowi na ołtarzu. Harris został zamknięty w przytułku..."
(59).
Tak więc
opowieść o badaczu czy misjonarzu wrzuconym przez dzikusów do kotła wrzątku ma oparcie
w faktach. Prowadzi to z kolei do innego odniesienia z gabinetu okropności
wiary w voodoo, równie odrażającej i często dopełniającej praktyki antropofagii
– ludożerstwa. Wielu pogan na całym świecie od dawna uważa, że mogą
zyskać moc bądź jakąś inną upragnioną właściwość przez zjedzenie ludzkich
organów. Szkocki uczony Sir James G. Fraser, w sławnym studium antropologii
porównawczej, The Golden Bough, przytacza brutalny przykład takiej
makabryczności, pisząc:
"Gdy Sir Charles
McCarthy został zabity przez Aszanti w 1824 roku, to, jak się twierdzi, jego
serce zostało zjedzone przez dowódców wojsk aszanti, którzy spodziewali się, że
zaabsorbują jego odwagę. Jego ciało zostało ususzone i rozdzielone między
niższych oficerów w tym samym celu, a jego kości były długo przechowywane w
Coomassre jako narodowe fetysze" (60).
Ludożerstwo,
podobnie jak jeszcze wiele innych rytuałów voodoo, przedostało się przez
Atlantyk na pokładach statków z niewolnikami. Odnośnie tej obrzydliwości,
ksiądz Driscoll tak pisze:
"Wiara w
voodoo... to po prostu afrykański fetyszyzm przeszczepiony na grunt
amerykański. Dostępne są autentyczne relacje o tym, że aż do 1888 roku na Haiti
odbywały się o północy spotkania, na których zabijano ludzi, zwłaszcza dzieci i
zjadano na potajemnych ucztach. Europejskie rządy w Afryce położyły kres
praktykom czarnej magii, a mimo to wciąż są one tak głęboko zaszczepione w
przekonaniach tubylców, że dr Norris nie waha się powiedzieć, że odrodziłyby
się gdyby tylko biali mieli się stamtąd wycofać" (61).
Uważa się, że
wspomniane tutaj tajne, haitańskie stowarzyszenie voodoo, przerażająca Czerwona
Sekta, kontynuuje tę plugawość do dnia dzisiejszego. Kyle Kristos stwierdza:
"Głównym celem ich modlitw jest zdobycie «kozła ofiarnego» – człowieka –
którego można by złożyć w ofierze" (62). Ofiara
schwytana przez Czerwoną Sektę, jeśli nie zostanie zabita natychmiast, aby
"jej ciało i krew [mogło] dostarczyć pożywienia i napoju jej
członkom", może otrzymać szansę przystąpienia do grupy, ale by udowodnić swoją
wartość "musi wypić szklankę ludzkiej krwi", jak również dostarczyć
im bliską osobę jako zastępczą ofiarę (63).
Gdzie, w tym
rozdziale, jest coś zbliżonego do "szacunku dla życia moralnego",
który Jan Paweł II rzekomo dostrzega? Oczywiście, że nie ma nigdzie. Tak
występne, tak potworne są praktyki tutaj opisane, że wszelki komentarz
zaczerpnięty z nauczania Kościoła byłby zbyteczny. Lecz według modernistycznego
"papieża" tubylczym religiom należy przyznać znaczącą
swobodę działania. Choć nie znaczy to oczywiście, że udzieliłby on
błogosławieństwa najbardziej ekstremalnym praktykom voodoo, niemniej jednak
znamienne jest, iż mógł zasugerować istnienie jakiegoś głębokiego poczucia
moralności w czymś, co jest, w najlepszym razie, absolutnie amoralną
sektą, znaną z oddawania się śmiertelnie niemoralnym czynom. W aspekcie ostatnich
uwag księdza Driscolla, to biorąc pod uwagę wylewne pochwały Jana Pawła II pod
adresem wyznawców voodoo z Beninu, nie jest bezzasadnym oczekiwać ekwiwalentu
wycofania się z tego kraju europejskiej obecności i towarzyszącego mu odrodzenia
się tej sekty, dokonanego dzięki wizycie "papieża". Łatwo można
przewidzieć odpowiedź stronników vodun: Dlaczego mielibyśmy zejść ze ścieżki
wytyczonej przez naszych przodków, kiedy Wielki Biały Szaman tyloma pochwałami
obsypał naszą religię i życie moralne?
Jan Paweł II –
"papieski" czciciel węży?
Gdy Jan Paweł II
rozpoczyna kolejny swój propagandowy wyczyn, to prawie niemożliwe jest
by przestał mówić (być może dlatego, że dochodzi w nim do głosu kiepski aktor).
Tradycyjni katolicy powinni tak naprawdę być mu za to wdzięczni, ponieważ (dla
tych, którzy potrafią czytać między wierszami) im więcej mówi tym jego
apostazja staje się przez to wyraźniejsza. Nie poprzestając tylko na
gratulowaniu wyznawcom voodoo ich wiary w "Boga", przyklaskiwaniu ich
uczestnictwu w białej ciemności i wychwalaniu ich rzekomej wrażliwości
moralnej, posunął się on jeszcze dalej – i to znacznie dalej.
Między innymi,
mówił o "wzajemnym ubogaceniu" religii. W świetle tego co
przedstawiono powyżej w tym studium, niemożliwe jest dopatrzenie się, aby
katolicka Wiara mogła w jakikolwiek sposób zostać wzbogacona przez
vodun. Jest to całkowicie "jednokierunkowa ulica": wyznawcy voodoo
muszą odrzucić niewolę przesądu i barbarzyństwa i przyjąć Chrystusa – nie może
tu być mowy o żadnym innym prawowitym ubogaceniu – absolutnie żadnym.
Jednakże, trzeba tu podkreślić, że w wypadku Jana Pawła II i sekty, której
przewodniczy, słowo "katolicki" to jedynie etykieta, a nie
rzeczywistość. W ich przekonaniu, jedyną kwestią pozostaje czy soborowa religia
jest wystarczająco "ekumeniczna" by mogła znaleźć sposób, aby
dopuścić kult wężów jako formę inkulturacji (soborowa nowomowa oznaczająca
dopuszczenie, ażeby kultury kształtowały swoje własne liturgie w oparciu o
rodzime rytuały). Jeśli wiele błazeńskich wybryków ich "papieża" ma
być jakąś wskazówką, to odpowiedź na to pytanie, z całą pewnością brzmi – tak.
Podczas wizyty w
Afryce w 1982 roku, Jan Paweł II usłyszał propozycję soborowych biskupów aby
połączyć "zwyczaje przodków" z "katolickimi" rytami; rok
później, posunął "afrykanizację" krok na przód nadając watykańskie
stanowisko "arcybiskupowi" z Zambii Emanuelowi Milingo, którego
krytycy oskarżyli "o praktyki graniczące z czarami"; a w 1984 roku, w
Nairobi przywdział on plemienne nakrycie głowy wykonane ze skóry małpy by
wyrazić (sparafrazuję tutaj oklepany zwrot, którego używa on na całym świecie)
"solidarność z najgłębszymi aspiracjami i najszlachetniejszymi tradycjami
waszego ludu" (64). "8
sierpnia 1985" – pisze francuski, katolicki, tradycjonalistyczny kapłan,
ksiądz Noël Barbara – "w Togo, w Afryce, [Jan Paweł II – JKW] aktywnie
uczestniczył w pogańskich ceremoniach w tajemnym gaju niedaleko Lome.
Kilka dni później brał udział w innych niekatolickich obrządkach religijnych w
miejscowości Kara oraz Togoville" (65). Wspominając
odprawianie pogańskich obrządków w miejscu poświęconym na oddawanie czci
plemiennym bóstwom, Jan Paweł II podekscytowany wyznał: "Spotkanie
modlitewne w sanktuarium nad jeziorem Togo było szczególnie uderzające. Tam, po
raz pierwszy modliłem się z animistami" (66). Ustalono, że podczas wizyty w Togo faktycznie złożył
on hołd "świętym" wężom (67). Czyny te
stanowią najwyższą zniewagę wobec Boga, gdyż są próbą stawiania fałszywych
bogów na równi z Nim. Jednakże będą one wstrząsem tylko dla tych, którzy przez
minione półtorej dekady żyli w próżni informacyjnej, ponieważ jest to ten sam
modernistyczny sposób działania, jaki tenże "papież" wielokrotnie
stosował (jak np. przyjęcie na czoło znaku hinduskiego bóstwa Sziwy podczas
wizyty w Indiach w 1986 roku). Parafrazując biskupa Mauritiusu: czynne
uczestnictwo w ceremoniach voodoo i podawanie się jednocześnie za katolika i
papieża, jest w przypadku Jana Pawła II niebezpiecznie bliskie popełnienia
niewybaczalnego grzechu.
Wracając do
kompromitacji w Beninie, widzimy tu "Wikariusza Chrystusa"
rozprawiającego z wyznawcami voodoo o solidarności z ich "chrześcijańskimi
braćmi i siostrami". Jakże można uważać pogan i chrześcijan za rodzeństwo,
z wyjątkiem porządku naturalnego – jako członków tego samego rodzaju ludzkiego,
skoro nie są spokrewnieni duchowo. Gdy powiedziano Chrystusowi, że Jego
Błogosławiona Matka i bracia (tj. kuzyni) przyszli i szukają Go, odpowiedział:
"Kto jest matką moją i którzy są braćmi moimi? ...ktokolwiek by spełnił
wolę Ojca mojego, który jest w niebiosach, ten jest bratem moim i siostrą i
matką" (Mt. 12, 48. 50). "Papież", zdaje się zatem sugerować, że
wola Boża może być spełniana przez oddawanie czci wężom. W "ewangelii
według Jana Pawła II" Chrystusowe relacje duchowe rozciągają się na
"dalszą rodzinę" i to bez żadnych dostrzegalnych granic!
"Wszystko
to dokonuje się w wolności"
Przeciwnie do
wydźwięku wcześniej cytowanych w tym opracowaniu artykułów, nigdzie w
przemówieniu wygłoszonym w Beninie Jan Paweł II otwarcie nie zachęca wyznawców
voodoo do nawrócenia. Nigdzie nie podsuwa im myśli, że – jak relacjonuje USA
Today – "nie zdradzą swoich przodków jeśli staną się rzymskimi
katolikami" (68). Nigdzie też
nie zapewnia ich, że – jak utrzymuje korespondent New York Times
Alan Cowell – "na pewno by zyskali nawracając się na
chrześcijaństwo".
Toteż dojście do
takich wniosków wymagałoby od nich sporych umiejętności czytania między
wierszami. Jan Paweł II czyni aluzję do tego jak przodkowie chrześcijan
przechodzili z innych religii i jak oni "zyskali na poznaniu
Chrystusa", ale ani razu nie przybliża się do otwartego zaproponowania
benińskim "tradycjonalistom" aby uczynili ten sam krok (nie chodzi o
to, iżby mieli cokolwiek zyskać przechodząc na jego zmutowaną formę
"katolicyzmu"). Żadnych uwag nie można traktować za rzeczywiste
wezwanie do nawrócenia jeśli są one tak mgliste, że tylko wytrawni reporterzy
mogą wyłuskać je drogą dedukcji. I jeśli z takim przypadkiem mamy tu do
czynienia, to jaka jest szansa, by lud tak prymitywny, że hańbi się składaniem
wężom ofiar był zdolny do intelektualnej wrażliwości i bystrości niezbędnej do
rozszyfrowania retorycznych niejasności?
Jednakże to
"dialog" – a nie nawrócenie – jest punktem centralnym przemówienia
Jana Pawła II. Nie będzie zatem żadnym zaskoczeniem wiadomość, że
"papież" zapewnia czcicieli vodun o ich "prawie" do wolności
wyznania. (Cóż może być "bardziej oczywiste" nad niezbywalne
prawo do czczenia węży, picia krwi kurczaka, któremu dopiero co obcięto głowę,
bluźnienia przeciw Bogu przez utożsamianie Jego świętych z diabłami, rzucania
śmiertelnych przekleństw na swoich bliźnich, bądź zjedzenia dziecka?). W typowo
pokrętny, modernistyczny sposób Jan Paweł II korzysta z okazji by powiedzieć
benińskim poganom, że ich konwersja na jego odmianę "chrześcijaństwa"
jest słuszną (choć nie koniecznie decydującą) alternatywą. I alternatywa
jest tu z pewnością kluczowym słowem, ponieważ wolności religijnej nadane jest
nadrzędne znaczenie w jego uwagach. "Papież" stwierdza:
"Wszystko to
dokonuje się w wolności. I rzeczywiście, Ewangelie podkreślają, że Jezus nigdy
nikogo nie zmuszał. Chrystus powiedział do Apostołów: «Jeśli chcecie,
naśladujcie mnie»; choremu powiedział: «Jeśli chcesz, możesz być uzdrowiony».
Każdy człowiek musi swobodnie i odpowiedzialnie odpowiedzieć na wezwanie Boga. Kościół
uważa wolność religijną za niezbywalne prawo, prawo, któremu towarzyszy
obowiązek poszukiwania prawdy. To właśnie w atmosferze szacunku dla
wolności każdej osoby, międzyreligijny dialog może się rozwinąć i wydać owoce"
(69).
Tak więc, według
Jana Pawła II i sekty, której przewodzi, będącej w całkowitej sprzeczności z
wieczystym nauczaniem Kościoła, za którego głowę się uważa, człowiek ma
swobodę wierzyć w sposób jaki sobie wybierze, o ile tylko "poszukuje
prawdy". Sens jego wypowiedzi jest praktycznie w swej istocie identyczny z
następującym racjonalistycznym twierdzeniem potępionym w 1864 roku przez
papieża Piusa IX w Syllabusie Błędów: "15. Każdy człowiek ma swobodę
wyboru i wyznawania religii, którą przy pomocy światła rozumu uzna za
prawdziwą..." (70).
Jan Paweł II
mówi o obowiązku "odpowiedzi na Boże wezwanie", jednak nigdy nie
wyjaśnia co dokładnie ma na myśli. Do którego Boga nawiązuje? Mawu?
Legha? Vodunhwe? Czy może do Trójcy Świętej? Jednakże nie czyni żadnego
rozróżnienia, pozostawiając tym samym wyznawców voodoo bez czegokolwiek, z
czego mogliby wyciągnąć jakieś wnioski prócz jedynie jego "pokrętnej"
aprobaty dla ich wiary w Boga (a raczej marnej kopii tejże wiary). Czemuż
zatem, mieliby mieć jakiś powód do zmiany religii, jako że, w ich rozumieniu,
oni właśnie odpowiadają na to wezwanie? Chociaż przywołuje on imię
Chrystusa, to w jakim celu? Wielu już utrzymuje, że podąża za
Nim. Jednakże nie ma on dla
nich żadnych odpowiedzi, jedynie pustą retorykę o ich rzekomym "poczuciu
sacrum" itp.
Nie ma nic
papieskiego ani katolickiego w uwagach Jana Pawła II na temat "wolności
wyznania", wiele jest natomiast posłuchu dla modernistycznej myśli. Na
przykład, nigdzie w całej przemowie "papieża" poganie nie zostali
zganieni za oddawanie czci fałszywym, nikczemnym bożkom; udzielono im raczej
teologicznego ekwiwalentu "świadectwa zadowalającego stanu zdrowia".
Jest to zgodne z obserwacją świętego Piusa X, że moderniści uznają ważność wszystkich
religijnych doświadczeń, również pogańskich. Nawet jego rzucona mimochodem
"ulotka reklamowa" odnosząca się do Chrystusa koresponduje z
modernizmem, gdyż zamiast położenia nacisku na to, że jest Zbawicielem i
wskazania radykalnej różnicy między naturalistyczną ziemską religią vodun a
objawioną, nadprzyrodzoną wiarą chrześcijańską, Jan Paweł II zadowolił się rozróżnieniem
mającym nie większą konsekwencję niż wybór marki samochodu, którym się jeździ
albo restauracji, w której się je obiad. Również to, całkowicie harmonizuje ze
stwierdzeniem świętego Piusa X, że opierając się na błędnym nauczaniu o jakiejś
rzekomej uniwersalnej prawdzie znajdującej się w religiach światowych: "co
najwyżej, mogliby moderniści utrzymywać to jedno, że religia katolicka z pośród
różnych religii ma więcej prawdy, gdyż jest żywotniejsza...". Sposób, w
jaki Jan Paweł II "zachęca" wyznawców voodoo do Chrystusa zasługuje
na krótką analizę, ponieważ jest to majstersztyk modernistycznego
pustosłowia, który w pojedynczym fragmencie zawiera tę samą taktykę
wyrachowanego pomieszania jaką znajdujemy w książkach napisanych przez jego
heretyckich poprzedników. Według słów świętego Piusa X zawartych w Pascendi,
ten bezład jest "z góry nakreślony" w ich pracach, gdzie "na
niejedno zdanie w ich dziełach mógłby się śmiało każdy katolik pisać, ale
wystarczy odwrócić kartę, a będzie się zdawało, że się czyta racjonalistę"
(71). Jan Paweł II
przedstawia benińskim "tradycjonalistom" nauczanie o wolnej woli,
lecz następnie kontynuuje w taki sposób, że stawia tę zasadę na głowie. Czyniąc
tak, wspiera tak zwaną "wolność wyznania", błąd nieustannie potępiany
przez Kościół katolicki, lecz promowany na Vaticanum II (72).
Świętokradzko
przedstawia się Naszego Pana jakoby zatwierdzającego błędy Vaticanum II,
który rzekomo "sugeruje" Swoim Apostołom "jeśli chcecie,
pójdźcie za mną", i choremu "jeśli pragniesz, możesz być
uleczony". Jeśli chcecie? Jeśli pragniesz? Sprawdzenie tych cytatów w
angielskim tłumaczeniu Biblii wersji Douay-Reims i odsyłaczy w Kolegium
Angielskim, zakończyło się tym, że nie znaleziono żadnego wyrażenia,
sugerującego, że Zbawiciel proponował jakiś wybór. Jest za to w Piśmie Świętym
wiele miejsc, gdzie Chrystus oświadcza otwarcie: "Pójdź za mną".
Często widzimy Go jak wzywa Apostołów by za Nim poszli i używa również tego
zwrotu w przynajmniej dwóch innych przypadkach (najpierw do nieznanego ucznia,
a później do bogatego młodzieńca)
(73).
Jednakże w żadnym z tłumaczeń nie można znaleźć niczego takiego jak "jeśli
chcesz" – warunku, który Jan Paweł II chce przyczepić do ewidentnego
znaczenia słów Chrystusa; wręcz przeciwnie, w każdym przypadku, sens jest
zawsze wyrażony w trybie rozkazującym: Boskie polecenie jest przedstawiane
słuchaczom do przyjęcia albo odrzucenia. "Wolność" odrzucenia – jak
to uczynił bogaty młodzieniec – może być tylko postrzegana jak odmowa przyjęcia
niezmierzonej łaski, której Bóg pragnie dla danej osoby, dlatego też nie jest
niewinnym wyborem. W istocie, to właśnie odmowa przyjęcia uroczystego
zaproszenia Chrystusa do pójścia za Nim uczyniona przez tegoż samego bogatego
młodzieńca, doprowadziła do uwagi uczynionej przez naszego Pana: "Łatwiej
jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa
niebieskiego" (Mt. 19, 24). Pytająca odpowiedź Jego uczniów (19, 25) jest
również dość wymowna wobec stanowiska Jana Pawła II: "Któż tedy może być
zbawiony?". A zatem nakaz "Pójdź za mną" narzuca potrzebę
działania, którą "Jego Świątobliwość" kompletnie ignoruje z wielkim
uszczerbkiem dla dusz wyznawców voodoo.
Tak samo, nie
znaleziono frazy "Jeśli pragniesz, możesz być uleczony". Wydaje się,
że tutaj "papież" myli Chrystusa z tym, którego On ma uzdrowić.
Odnośny epizod biblijny mówi o tym jak trędowaty zbliżając się do Zbawiciela,
woła: "Panie! jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić" [kursywa
dodana] (Mt. 8, 2). Na co Chrystus odpowiada: "Chcę, bądź
oczyszczony" (8, 3). Chociaż wiara odgrywa znaczną rolę w cudownym
uleczeniu, to w przeciwieństwie do inklinacji narzuconej przez Jana Pawła II,
człowiek wierzący ma tu zawsze bierną rolę, jak wyraźnie to widać w
podanym powyżej przykładzie. I to właśnie z całą pewnością, Baranek Boży, jest
Tym, który czynnie uzdrawia. We wszystkich Ewangeliach chorzy i ich
rodziny niezmordowanie poszukują naszego Pana, aby ich uleczył. Nigdzie nie
zanotowano, aby Chrystus powiedział "jeśli pragniesz" – jako warunek
uzdrowienia, ponieważ jest ono zawsze udzielane: to ich wiara, w
pierwszej kolejności jest pobudką zmuszającą ich do poszukiwania Go;
wszelkie podobne pytania z Jego strony byłyby zatem zbyteczne.
Choć zwolennicy
(i quasi-zwolennicy) Jana Pawła II życzyliby sobie niemożliwego, tj. aby te
rażące błędy popełnione przez człowieka rzekomo pełniącego misję
następcy św. Piotra zniknęły, to jeszcze coś gorszego ma nadejść. Gdyż jeśli
nawet nagięto by na jego korzyść zasady i dopuszczono, ad absurdum, argument,
że nie jest on w żaden sposób winny, ponieważ albo: 1) użył przekłamanego
tłumaczenia biblijnego [!], albo 2) nie chciał zranić ich uczuć [sic],
to nic nie może go usprawiedliwić z pominięcia – nawet jako wzmianki – absolutnie
zasadniczej kwestii, następującego biblijnego tekstu: "I rzekł im:
Idąc na cały świat, opowiadajcie ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto
uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony"
(Mk 16, 15-16) (74). Lecz Jan Paweł
II, modernista w każdym calu, nie będzie brał udziału w "obarczaniu"
wyznawców voodoo jakimś pouczeniem w rodzaju "wszystko albo nic".
Zadowala się prowadzeniem z nimi gry słownej, mówiąc, że "muszą
dobrowolnie... odpowiedzieć na Boże wezwanie". Ale, jak już zwracano na to
uwagę, w kontekście wszystkich jego uwag, jest dość zagadkowe, jakiego Boga i
jakie wezwanie ma na myśli. I oczywiście, nie podejmuje żadnego wysiłku, aby
wyjaśnić swoje intencje. Gdyby "papież" wybrał głoszenie im
katolicyzmu zamiast bredni, to powiedziałby coś w tym rodzaju:
"Bóg wzywa
i zaprasza was do przyjęcia Jego miłosiernego wezwania, które obejmuje
porzucenie waszych starych dróg i uwierzenie w Jego Syna, Jezusa Chrystusa,
jako waszego Zbawiciela. Bóg jest bardzo zagniewany, iż nadal zanosicie modły
do wężów i tym podobnych, a czyniąc to wierzycie, że to Jemu je składacie.
Wasze ofiary ze zwierząt są jak całopalenia słomy przed Wszechmogącym, nic wam
nie pomagające. Tylko Chrystus oddał za was Swe życie i tylko On otworzył dla
was drogę do Życia Wiecznego. W to wszystko musicie uwierzyć jeśli chcecie
zbawić swe dusze. Kościół, z wyciągniętymi matczynymi ramionami, zaprasza was
byście przyłączyli się do niego i uczynili wasze życie miłym Bogu..." (itp.).
Fakt, że w taki
sposób każdy prawdziwy papież (nie wspominając każdego misjonarza godnego tego
miana) zachowałby się w tej sytuacji jest tak oczywisty, iż dyskredytuje
wszelkie próby ustalenia tego jak to jest możliwe, że tylu skądinąd rzetelnie
tradycyjnych "katolików" Novus Ordo może akceptować (i, jak będzie
niebawem wykazane, nawet znajdować usprawiedliwienia) tak rażącą teologiczną
"pomyłkę" popełnioną przez ich "Ojca Świętego". (Czyż
wyrażenie tajemnica nieprawości nie wywołuje tu właściwych
skojarzeń?). Wśród wielu zaniedbań (i praktyk) jakich dopuścił się przeciw
Wierze podczas benińskiego tournée, dwie z najpoważniejszych porażek Jana Pawła
II to bezspornie: nie powiedzenie wyznawcom voodoo, że przez istnienie ich
ogromnie rozpowszechnionego wolnego wyboru, skończą albo w niebie albo piekle
oraz, że jest tylko jedna droga, dzięki której mogą bezpiecznie osiągnąć
to pierwsze i uniknąć drugiego.
Oczywiście, piekło
jest słowem, które nie występuje w słowniku Jana Pawła II (oprócz, być może,
bardzo rzadkich i efemerycznych odniesień do niego czynionych przy tych okazjach,
gdy usiłuje on "zdobyć punkty" u tradycyjnie myślących zwolenników i
przekonać ich o swej ortodoksji), tak więc nie jest żadną niespodzianką, że o
nim nie wspomina. (W sytuacji gdy nawet historycznie katolickie narody prawie
powszechnie odrzuciły Chrystusa i Jego nauczanie na rzecz kultu człowieka,
potrzeba stałego przypominania nauczania o piekle jest niezwykle ważna;
notoryczne pomijanie tej nauki przez Jana Pawła II świadczy o tym, że nie
wierzy on w piekło, przyjmuje, być może, tylko użycie go jako środka literackiego
przez autorów Pisma św. Również i to jest dostateczną podstawą, aby nie był
traktowany jako prawowity papież). Ostatecznie, nie proponuje wyznawcom voodoo
ani jednego istotnego powodu dla którego mieliby porzucić pogaństwo na rzecz
chrześcijaństwa.
Bardziej niż
wszystko co dotychczas przedstawiono w tym artykule, ta ostatnia kwestia
powinna być wystarczająca do ukazania "papieskiego" odpadnięcia od
katolicyzmu. I znowu, ani raz w swej przemowie nie mówi im w tych prostych,
zrozumiałych słowach: "Jeśli chcecie uratować swe nieśmiertelne dusze,
musicie się wyrzec waszej fałszywej religii, uznać Chrystusa za waszego
Zbawiciela i wyrazić gotowość przystąpienia do Jego Kościoła". Lecz
dlaczegóż miałby to powiedzieć, skoro rzecz oczywista jest to coś w co nie
wierzy. W benińskim skandalu (jak również w wielu innych podobnych incydentach)
w jednoznaczny sposób okazuje się, że podstawowa modernistyczna doktryna
potępiona przez świętego Piusa X – "wszelka religia nawet pogańska musi
być uznana za prawdziwą" – stanowi zasadniczą część soborowego
"credo" Jana Pawła II. Nie ma dla niego żadnego znaczenia, że
benińskie bóstwo jest odległe od nieba: Ponieważ wszystkie religie są
prawdziwe, wszystkich czeka zbawienie!
Voodoo: religia
pochodząca od Boga?
Jak wcześniej
zaznaczono, wyznawcy voodoo ochoczo przypisują swej wierze niebiańskie
pochodzenie, a Jan Paweł II nie zrobił niczego by ich z tego błędu wyprowadzić.
Co więcej, uwagi do nich skierowane wskazują, że nawet zgadza się on z nimi,
przynajmniej tymczasowo. Ujawnił również tę mentalność w tym, co normalnie
byłoby wypowiedzią papieską ex cathedra. W jednym miejscu jego pierwszej
"encykliki" Redemptor Hominis, wydanej w marcu 1979 roku,
"papież" ośmiela się zapytać:
"A czy
niejednokrotnie zdecydowane przekonania w wierze wyznawców religii
pozachrześcijańskich – będące również owocem Ducha Prawdy przekraczającego w
swym działaniu widzialny obręb Mistycznego Ciała Chrystusa – nie mogłoby
wprawić w zakłopotanie chrześcijan, tak nieraz zbyt skłonnych do powątpiewania
w prawdy objawione przez Boga i głoszone przez Kościół, zbyt pochopnych w
rozluźnianiu zasad moralności i torowaniu dróg etycznego «permisywizmu»?"
[znak zapytania pominięty w oryginale angielskim] (75).
Ten akapit, w
typie nauczania historycznie chronionego od błędu przez Ducha Świętego, silnie
trąci herezją i jest co najmniej błędny w przypisywaniu Mu fałszywych przekonań
religijnych niechrześcijan. Nigdzie w tekście sąsiadującym z tym fragmentem nie
widać, aby Jan Paweł II zawracał sobie głowę wyjaśnieniem znaczenia użytych
słów, dlatego pozostaje wrażenie, że "Duch Prawdy przekraczający w swym
działaniu widzialny obręb Mistycznego Ciała Chrystusa" jest w jakiś sposób
Twórcą fałszywych religii, a zatem, nie tylko Duchem Prawdy, lecz również Duchem
Błędu. Jeśli ta pokrętna wypowiedź zostanie zastosowana do benińskiej
religii, to można utrzymywać, że zjawiska występujące przy opętaniach voodoo
(np., zjadanie ognia i szkła) są tyleż "skutkiem Ducha Prawdy" co
charyzmaty (np., mówienie językami) udzielone Apostołom przy Zesłaniu Ducha
Świętego.
Zaledwie akapit
wcześniej w tym samym dokumencie, "Jego Świątobliwość" znowu
retorycznie pyta: "Czy wolno nam nie zaufać – przy całej słabości
ludzkiej, przy wszystkich obciążeniach wielowiekowej przeszłości – łasce
naszego Pana, która się objawiła w ostatnim czasie poprzez tę mowę Ducha
Świętego, którą usłyszeliśmy na Soborze?" (76). Jeśli przyjrzeć się jednocześnie obu tym
fragmentom to ich niekatolicki charakter jest tym bardziej widoczny, ponieważ,
Duch Święty jest ukazany w nich jako ten, który zarówno potwierdza
"katolicką prawdę" na soborze jak również odgrywa przyczynową rolę w
"wierze" (zdecydowanych przekonaniach w wierze) pogan. Wszystko
to wyraźnie zakrawa na rodzaj bluźnierstwa przeciw Duchowi Świętemu. Jeszcze
raz trzeba przypomnieć, że źródło tego bezbożnego nonsensu nie zostało
znalezione w jakimś modernistycznym tomie umieszczonym przez świętego Piusa X
na Indeksie Ksiąg Zakazanych, ale w czymś co rzekomo ma być papieską
encykliką!
Idąc jeszcze
dalej, czy katolicy mają zostać upokorzeni przez wiarę voodooistów?
Czy mają poszukiwać, jak to wynika ze słów Jana Pawła II, u pogan (a,
ponieważ używa on włączającego wszystkich wyrażenia
"pozachrześcijańskie", to również u żydów i muzułmanów) siły do
przezwyciężenia "wątpliwości dotyczących prawd objawionych przez Boga i
głoszonych przez Kościół"? Co się stało ze świętymi? Czy już nie są wzorem
pokonywania takich wątpliwości? Chociaż jest ewidentnym szaleństwem, aby
katolicy z powodu "zdecydowanych przekonań w wierze" u
wypierających się Chrystusa oraz wrogów Kościoła mieli mieć jakiś powód do
"zawstydzenia", tym niemniej właśnie tego ośmiela się żądać
"Jego Świątobliwość". (I co gorsza, jego oddani "katoliccy"
zwolennicy rzeczywiście przyjmują te banialuki jako papieską mądrość, jakby wyszły
spod pióra św. Piotra).
Gdyby tylko
mówił o marginalnych prawdach, które można odnaleźć, w różnym zakresie, w
religiach niechrześcijańskich, stałby na bezpieczniejszym gruncie. Kościół
zawsze to przyznawał, podkreślając, że taka prawda jest wynikiem naturalnego
rozumowania u poganina i nie jest czymś szczególnie przez Boga objawionym.
Katolickie odrzucenie stanowiska o "zdecydowanych przekonaniach w
wierze" jest zwięźle wyrażone w Radio Replies (Radiowych
Odpowiedziach):
"164.
Skoro inne religie zawierają tyle dobra, dlaczego uznajesz je wszystkie za
fałszywe?
Ponieważ
nie każda cząstka prawdy jest "Prawdą". Niechrześcijańskie religie są
błędne ponieważ obok naturalnej prawdy jaką posiadają, zawierają wiele błędów;
i ponieważ utrzymują, że pochodzą od Boga, podczas gdy tak nie jest"
[kursywa dodana] (77).
Podążając
krok dalej za pokrętnym myśleniem "papieża", to czyż Kościół nie
powinien się przyznać do bolesnej przewiny za to, że w przeszłości
"zszargał" "dobre imię" bóstw wielbionych – przypuśćmy –
przez starożytnych Filistynów, Babilończyków, Greków, Rzymian, Skandynawów i
Germanów nazywając je demonami? (78) Jeśli tak to
dlaczego by dzisiaj tego nie "naprawić" uznając wierzenia, na
przykład, hindusów, taoistów, szintoistów i wyznawców Wicca (tj., czarownic)
czy voodooistów? Przecież, zgodnie z definicją Jana Pawła II, czyż Duch
Święty nie przewodzi im wszystkim w jakiś niezbadany sposób? (79)
Jego
wniosek jest taki, że wyznawcy voodoo w pewien sposób czczą prawdziwego Boga
(jako, że jest tylko jeden Bóg, Który jest dobry). Niewątpliwie wielu wyznawców
soborowej religii przytaknęłoby szczerze, choć bezrefleksyjnie, na znak
aprobaty dla takiej sugestii, lecz ukazuje to tylko teologiczny chaos, jaki
panuje w tych kręgach. Ksiądz [obecnie biskup – red. Um] Donald
Sanborn pyta konkretnie:
"Jakie jest
kryterium prawdziwego kultu w przeciwieństwie do fałszywego? Kto je ustala? Czy
możemy powiedzieć, że ci którzy czczą Jezusa Chrystusa czczą tego samego Boga
co ci, którzy czczą słońce, księżyc, rozpustnych bogów Greków i Rzymian, muchy,
cielęta, króliki, kciuki, idole, węże, koty, drzewa, kolumny, demony, diabły,
czy duchy, by wspomnieć tylko niektórych «bogów», jakim ludzie oddają cześć?
Czy prawdziwą formą kultu jest palenie dzieci w ofierze Molochowi, jak to
robili starożytni poganie?..." [itp.] (80).
Odpowiedzią
modernistycznej sekty Jana Pawła II na te pytania jest twierdzenie, że wszystkie
religie, w jakiś nieopisany sposób, noszą znamię wiary. Koncepcja ta
znajduje wyraz w jego przypomnieniu mieszkańcom Beninu, że powinni odnosić się
z szacunkiem do swych przodków, którzy przekazali im tę wiarę. Wszystko to
zostaje im obwieszczone przez pseudo "papieża" i to pomimo
niezaprzeczalnego faktu, że są oni aktualnie wyznawcami voodoo, w większości,
na skutek uporczywej – a czasami, morderczej/kanibalistycznej – odmowy
przyjęcia Ewangelii przez ich przodków, którą głosili im katoliccy misjonarze
już wiele pokoleń temu. Jan Paweł II, w rzeczywistości, utwierdza ich w
błędzie.
Jako dowód na
czyste szaleństwo zawierające się w jego zaleceniu, przedkładamy pod rozwagę
następujące zilustrowanie rozważanego tematu:
"Napływ
katolickich misjonarzy do najciemniejszych zakątków Afryki, ze wszystkimi
towarzyszącymi temu niebezpieczeństwami, dokonał się wiek temu. Na pewnym
etapie ich wędrówki, zanim jeszcze misjonarze zdołali osiągnąć miejsce
przeznaczenia, zostają odkryci i zaatakowani przez bandę dzikusów. Kilku z nich
ginie na miejscu, inni umierają później od ran, a reszta dostaje się do
niewoli. Ocalałe osoby są oszczędzane tylko z powodu wrodzonej ciekawości tubylców
chcących się dowiedzieć «co nimi powoduje». Lecz życie to codzienny bieg spraw,
albowiem szaman plemienia orientuje się, że obcy są zagrożeniem dla jego
pomyślności (tj., zachowania jego pozycji). Niemniej jednak, w przeciągu kilku
dni, kilku tubylców usłyszało Ewangelię głoszoną przez więźniów w ich języku i
pragnie odrzucić niewolę pogaństwa w zamian za wyzwolenie w Chrystusie.
Jednakże inni współplemiennicy, są całkowicie pod wpływem szamana i dlatego nie
chcą mieć nic wspólnego z «nowymi» naukami głoszonymi przez obcych".
Ten fragment
historii wystarczy na potrzeby argumentacji. Mamy tutaj dwa diametralnie
przeciwstawne systemy wierzeń: katolicyzm i pogaństwo. Wszelako, zgodnie z
logiczną ekstrapolacją uwag Jana Pawła II, nawrócenie kilku członków plemienia
na chrześcijaństwo jest w pewien sposób rzeczywiście równoważne uporczywemu
bałwochwalstwu, którego trzymają się szaman i jego zwolennicy, ponieważ ten sam
"Duch prawdy" inspiruje zarówno nową (i prawdziwą) wiarę
pierwszych jak i "zdecydowane (lecz fałszywe) przekonania w
wierze" tych ostatnich.
Trudno zrozumieć
jak to się dzieje, że ktoś (oprócz tych kompletnie zahipnotyzowanych mistyką
"papieża") nie potrafi w tym wszystkim dostrzec wiarołomstwa.
Beniński skandal stanowi, nic innego jak tylko, wyraźne zanegowanie i zdradę
katolickiego dogmatu oraz samych zasad prawdziwej ewangelizacji przez
człowieka, który rzekomo reprezentuje sobą ich warunek sine qua non. Jest
to tym bardziej przekonywający powód dla każdego gorliwego, myślącego katolika by
odrzucić i zakwestionować jego aroganckie i bezprawne roszczenie do
posiadania papieskiego urzędu, gdyż nie ma niczego bardziej niekatolickiego niż
"papież", który zapewnia czcicieli wężów, iż mają słuszne powody by
uroczyście honorować przodków, którzy przez swe buntownicze trzymanie się
bezbożnych przekonań religijnych przeciwnych Ewangelii, tak długo utrzymywali
swoich potomków oddzielonych od Chrystusa i Jego Kościoła. (I należy jeszcze
dodać, że nie ma nic bardziej nielogicznego [albo, wręcz, bardziej
niekatolickiego] niż "katolicy", którzy mimo takich niezaprzeczalnych
dowodów, nadal nie szczędzą poparcia dla "papieża" oszusta. (Należy
sobie zadać pytanie, gdzie podziała się ich Wiara?).
"Katolicyzm voodoo"
Wycieczka
"papieża" Jana Pawła II do Beninu jest chyba najbardziej zdumiewającą
spośród wielu obciążających wizytacji "Jego Świątobliwości".
Uczestnictwo w obrzędach religijnych z prawosławnymi, anglikanami, luteranami,
żydami, muzułmanami i hindusami (by wymienić tylko niektóre) dowodzi jego
odstępstwa od Wiary. A jego "oficjalne" czyny, takie jak promulgacja
dokumentów w rodzaju Redemptor Hominis i kodyfikacja zrewidowanego Prawa
Kanonicznego, czynią jeszcze klarowniejszym argument za jego apostazją. W
popełnieniu tego wszystkiego, jednakże, jest on tylko wiernym modernistycznym
kontynuatorem teologicznego przewrotu zainicjowanego ponad sto lat temu, który
dopełnił się podczas Vaticanum II.
Na tym Zbójeckim
Soborze zostały rzucone zaklęcia: nie przez kuglarzy przyodzianych w ohydne
przepaski biodrowe i nakrycia głowy ze skór zwierzęcych, lecz przez kościelnych
"czarowników" w mitrach i szatach z najkosztowniejszego brokatu, nie
przez czarowników półanalfabetów mamroczących swoje czary-mary w jakimś
tubylczym języku, ale przez wykształconych w seminariach "szamanów",
którzy wprowadzili modernistyczny bełkot nucąc pieśni w kościelnej łacinie; nie
w scenerii spazmatycznych tancerzy wystawionych na działanie żywiołów i
opętanych przez niszczycielskie duchy, ale na tle teologicznych wywrotowców, uwijających
się wokół pytań, które mogłyby ich zdemaskować i opętanych przez złego ducha,
by zrujnować Kościół; i, wreszcie, nie od nieopisanych obrządków dokonanych o
północy na jakichś zakurzonych, bezludnych rozstajach dróg, ale od
niewypowiedzianego zła popełnionego podczas uroczystego zgromadzenia w
uświęconym otoczeniu Bazyliki św. Piotra.
Lecz nie jest to
jedyne znaczenie, w którym analogia między obydwoma tymi rzeczywistościami jest
ewidentna. "Kwestia papieża" wywołała odpowiedź tak samo prymitywną w
swej tendencji jak coś znalezionego na stepach Beninu. Tak jak wyznawcy voodoo
trzymają się zabobonnie swych zaklęć, tak samo część tradycyjnie myślących
entuzjastów soboru uczyniła z osoby Jana Pawła II rodzaj teologicznego fetysza.
Nieważne jak naganne byłyby jego ataki na Tradycję, jest on chroniony przez
magiczne zaklęcie, które natychmiast odpiera wszelki atak na jego status:
"On jest papieżem... On jest papieżem... On jest papieżem".
Mentalność ta
prowadzi do wykreowania soborowych "zombie", którzy ślepo za nim
podążają. Wydawnictwa w rodzaju The Wanderer pomijają wszelkie wzmianki,
które stawiałyby ich "papieża" w złym świetle. Niedopatrzenie? Na
pewno nie. Jest to skoordynowany wysiłek obrony czegoś co jest do obrony
niemożliwe, starania o to by cenzurować wiadomości, które przyćmiłyby jego
"aureolę". Ponadto każde inne tradycyjne soborowe wydawnictwo – ze
względu na rozmyślne zatajenie prawdy – zasługuje na napiętnowanie przez
każdego zaangażowanego w dzieło katolickiej odnowy. Innym pismem, które gorszy,
chociaż w inny sposób, jest The Remnant.
Podczas gdy The
Wanderer udaje, że Benin nigdy się nie wydarzył, The Remnant próbuje
to usprawiedliwić upraszczającym zbyciem każdego kto by kwestionował działania
Jana Pawła II. Tacy ludzie – jak pisze jeden z tych "zombie" –
uważają – "że Papież jest heretykiem z powodu uściśnięcia sobie rąk z
przywódcami religii voodoo" (81). Podobnie jak
ich bracia błądzący po omacku po polach Haiti, ci "zombie" są
niezdolni do dostrzeżenia czegoś co nie znajduje się tuż przed ich nosem.
Dlatego czytamy takie kompletne brednie jak to anemiczne
racjonalizowanie przez The Remnant wizyty Jana Pawła II w Beninie:
"Jednakże czy
na podstawie tego co przeczytaliśmy i zamieszania, jakie powstało mielibyśmy
się stać stronnikami sedewakantyzmu z powodu tego, co wydarzyło się w Afryce?
Absolutnie Nie!!! Musimy ponownie uważnie przeczytać przemówienie wygłoszone
przez Papieża do zwolenników voodoo. Możemy być początkowo zaszokowani, możemy
być rozeźleni, ale chodzi o to, że jeśli przebrniemy przez niedbale utkaną
retorykę zorientujemy się, że papież Jan Paweł w swoich słowach w żaden sposób
nie wyparł się Wiary. Wystąpienie to jest słabe, jest ekumeniczne, pozostaje w
całkowitej zgodności z Vaticanum II i jest tak samo jak Vaticanum II
dwuznaczne, ale nie jest heretyckie" (82).
Oczywiście,
powody dla których katolicy powinni być zainteresowani benińskim incydentem wykraczają
daleko poza zwykłe powitanie. Argument o "uścisku dłoni"
przywołany w The Remnant absurdalnie upraszcza poważną sprawę, lecz
jeszcze bardziej to twierdzenie, że "Jan Paweł w swoich słowach w
żaden sposób nie wyparł się Wiary" zasługuje na bliższe zbadanie. Jak
zostało wielokrotnie ukazane w niniejszym studium, "papież" będąc jak
najdalszym od doprowadzenia wyznawców voodoo do Chrystusa i Jego Kościoła,
udzielił "imprimatur" ich fałszywej religii, zapewniając ich w
swoich słowach, że jest ona, rzeczywiście, świętą i czcigodną wiarą w
Boga. Nie tylko z całą pewnością stanowi to zaprzeczenie Wiary, ale, z
drugiej strony, równie bezczelną, wyzywającą odmowę obrony Wiary wobec jego
wrogów. Będąc czymś o wiele gorszym niż tylko "słabym",
"ekumenicznym" albo "dwuznacznym", jest to po prostu
heretycki atak na Kościół założony przez Jezusa Chrystusa. A mimo to The
Remnant wciąż nie potrafi zauważyć (albo przyznać) podstawowej sprzeczności
między postawą Jana Pawła II a prawdziwego papieża. Jak to możliwe? Odnotujmy
na koncie "katolicyzmu voodoo" kolejną ofiarę.
By uwydatnić
niedostatek argumentacji przedstawionej przez The Remnant (i innych tym
podobnych soborowych apologetów), przedstawię krótki przegląd przekonań i
praktyk "braci i sióstr" voodoo Jana Pawła II:
·
Wbrew
zdumiewającemu oświadczeniu "Jego Świątobliwości" jakoby vodun było
przykładem zdrowego monoteizmu ("wiara w jednego Boga, który jest
dobry"), to jego faktyczne przekonania łączą się z całą masą ohydnych
bóstw, wśród których są fetysze, diabły, przodkowie i zjawiska przyrody
(drzewa, węże, krokodyle, itp.)...
·
Podczas
gdy "papież" odwołuje się do ich "poczucia sacrum", to
vodun wykazuje właśnie brak tej cechy, gdyż sankcjonuje takie czyny jak drastyczne
zniesławienie katolickich świętych (a nawet Chrystusa i Jego
Przenajświętszej Matki) przez utożsamianie ich ze swoimi nikczemnymi (a czasami
jawnie demonicznymi) bóstwami.
·
Ceremonie
sekty – wychwalane przez Jana Pawła II jako dowód posiadania "ducha
świętowania" – należą do jednych z najbardziej niemoralnych
obrzędów znanych człowiekowi: prócz wyjątkowo chorych i notorycznie składanych
zwierzęcych ofiar, opętanie diaboliczne jest nagminnym obrzędem religijnym
voodoo, niezwykle cenionym przez wyznawców sekty jako wyraz
"wspólnoty" z bóstwami, a rytualne akty składania ofiar z ludzi i
ludożerstwo są dobrze udokumentowane.
·
Przy
całkowitym braku "szacunku dla życia moralnego", który mimo to
"papież" w tym kulcie dostrzega, szeroko rozpowszechniona jest w nim
wiara w mściwe bóstwa, o czym świadczy towarzysząca mu praktyka rytualnej
zemsty, manifestująca się przekłuwaniem szpilkami kukiełek (albo innych
wizerunków osób) oraz innymi formami zaklęć i czarnej magii.
·
I
wreszcie, sam termin voodoo pochodzi nie od kultu Boga (jak błędnie
sugeruje "papież" i jego półoficjalna gazeta, L'Osservatore Romano),
lecz od imienia boga węża.
Jest zatem
oczywiste, że "papież" Jan Paweł II nie może, po żadnym sensownym
namyśle, być uznawany za legalnie zajmującego Stolicę Apostolską – chyba że, po
"rzetelnym rozważeniu", kult węża zostanie uznany za stosowną ofiarę
składaną Wszechmogącemu. Ale czekajcie! Antysedewakantystyczni
"tradycjonaliści" (w prawdziwie zombistycznym stylu) nie skończyli
jeszcze bronić swojego "papieża"; nawet kiedy jest on uwikłany (a,
tak naprawdę, jest autorem) w prawdziwy bezlik teologicznych błędów.
Pięć miesięcy po ukazaniu się wyżej cytowanego artykułu, Michael J. Matt
– redaktor The Remnant był zmuszony zająć jeszcze twardsze stanowisko w
obronie swojego splamionego "papieża". W artykule "Who Questions
Our Loyalty to the Pope?" (Kto kwestionuje naszą lojalność wobec papieża?)
przyznaje, że jest jednym z tych "poważnie rozczarowanych" przez Jana
Pawła II "obiektywnie skandalicznym brataniem się z kapłanami
szatańskiej religii voodoo..." [kursywa dodana – JKW] (83).
Jeśli już, to te
fragmenty drugiego artykułu nawet jeszcze lepiej niż wcześniejsze ilustrują
proces zombifikacji, gdyż, na wzór haitańskiego pierwowzoru, odpowiedź
Matta jest zupełnie pozbawiona czegoś co by przypominało energiczne albo
adekwatne wzburzenie. Pisze on tutaj o biernym spotkaniu "papieża" z
przedstawicielami religii, którą sam słusznie określa jako szatańska, wszelako
największym uczuciem jakie może z siebie wykrzesać to poważne rozczarowanie!
(Po tej letniej reakcji, niezwykle trudno sobie wyobrazić, że mówi w ogóle o
tym samym wydarzeniu omawianym w swoim artykule. Ale mówi właśnie o
nim).
Abstrahując od
jawnego dysonansu z jakim mamy tu do czynienia, to ta dziwna odpowiedź
prowokuje powstanie pewnych pytań. Jak to się dzieje, że Matt jest
"poważnie rozczarowany" wizytą? Czyżby przez ostatnie piętnaście lat
mieszkał w jaskini? Z pewnością tak było, ponieważ w przeciwnym wypadku z
pewnością byłby świadomy, że Benin to tylko kolejny przykład działalności
"Jego Świątobliwości" jaką zawsze prowadził od swego wyboru w 1978
roku – Jan Paweł II po prostu był Janem Pawłem II. Ponieważ jest to
jeden z jego licznych niekatolickich czynów w ciągu tego okresu i ponieważ nie
dał żadnego powodu by sądzić, że nagle zmienił się w katolika, to
pogawędka z wyznawcami voodoo, nie powinna w ogóle zaskakiwać, gdyż jest
całkowicie typowa dla tego "papieża". Biorąc pod uwagę ten element
przewidywalności, mówienie o "poważnym rozczarowaniu" nie ma żadnego
sensu, gdyż sugerowałoby to myśl, że istniał słuszny powód by oczekiwać albo
mieć nadzieję na odmianę Jana Pawła II w kierunku ortodoksji; podczas gdy w
rzeczywistości, nie istniały żadne podstawy do takiej nadziei (albo, obecnie,
nie istnieją). Jeśli Benin czegoś w ogóle dowodzi, to tylko tego, że podobne
"zombistyczne" nadzieje są równoznaczne ze zwykłymi mrzonkami (84).
Niemniej jednak
jest to w jakiś sposób symptomatyczne dla tych, którzy zostali dotknięci zombistycznym
odrętwieniem mózgu, będącym stanem, który uniemożliwia swoim ofiarom
powiedzenie czegoś krytycznego o "Ojcu Świętym" i to wyłącznie w
możliwie jak najcieplejszym tonie. W związku z tym, Matt osłabia swoją
dezaprobatę używając wyrażenia "obiektywnie skandaliczna
fraternizacja", sugerując niejako, że w jakiś sposób, na jakiejś
płaszczyźnie, zachowanie Jana Pawła II w Beninie z powodzeniem mogłoby być
akceptowalne albo nawet godne pochwały. To tak, jakby mówił swoim czytelnikom:
"Zdaję
sobie sprawę, że to naprawdę źle wygląda, ale nie pozwólmy sobie na zbyt
przesadną reakcję. Być może Papież nie zrobił nic niestosownego. Być
może to tylko tak wygląda. Jestem pewien, że jeśli wszyscy zawiesimy nasz
początkowy negatywny osąd, uznamy, że przysługuje mu prawo do zastosowania
zasady domniemania niewinności i uważnie z otwartymi umysłami przestudiujemy tę
sprawę, będziemy mogli znaleźć dostateczne podstawy dla uzasadnienia jego
czynów. Koniec końców, on jest papieżem, czyż nie? Jakie mamy prawo go
przepytywać? Jeśli uważa voodoo za dobre, to być może tak jest!".
Zaprzeczenia
tego samego rodzaju słyszy się zawsze, gdy obrońcy tego pokroju dokonują wykładni
czynów Jana Pawła II. Bądźcie łaskawi odpowiedzieć, czy logiczna rozmowa z taką
osobą jest w ogóle możliwa? Są oni organicznie odporni na
jakikolwiek argument oparty na wierze lub rozumie, tak jakby samo rezydowanie w
Pałacu Watykańskim było jedynym kryterium, na którym opiera się kwestia
prawowitości. Co więcej, dwuznaczne (choć zręczne) słowo
"obiektywnie" osiąga pożądany skutek pozostawienia niewygodnego
pytania bez odpowiedzi na czas nieokreślony (tj., ponieważ Jan Paweł II
posiada wszystkie papieskie "atrybuty" [oczywiście ortodoksja
zepchnięta bardzo daleko na bok], to trzeba wyciągnąć wniosek, że jego
czyny są w równej mierze papieskie – koniec dyskusji) (85). Rzeczą
najbardziej godną ubolewania (a nawet najbardziej przerażającą) jest to,
że te "zombie" utraciły istotną część swojego katolicyzmu nie przez
jakieś rozmyślne odrzucenie prawd Wiary, lecz z powodu nieprzerwanego kontaktu
z fałszywym kultem emanującym z Vaticanum II. Dopóki nie zdołają się
otrząsnąć z tego złego wpływu (tego zombizmu), to nigdy nie będą mogli
pojąć w pełni okropnej rzeczywistości – prawdziwej tajemnicy bezbożności
– jaka spotkała Kościół katolicki. Ich poziom dezorientacji jest taki, że próba
podjęcia z nimi jakiejkolwiek sensownej dyskusji na ten temat graniczy z
usiłowaniami zaprowadzenia porządku po przejściu huraganu (jest to możliwe, ale
postęp można osiągnąć dopiero po wykonaniu herkulesowej pracy).
Należy poczynić
jeszcze jedną, końcową uwagę dotyczącą stanowiska Michaela Matta. Jak
wcześniej wspomniano, jest to zachowanie, które nie jest ani wystarczająco
zdecydowane ani adekwatne wobec benińskiej zdrady. To nie jest postawa
pełnokrwistego rzymskiego katolika, lecz kogoś kto przeszedł coś na kształt teologicznej
lobotomii; kogoś, u kogo najohydniejsze czyny popełnione przeciw Wierze ledwie
poruszają igłę na emocjonalnej skali Richtera. Niewątpliwie, takie
stanowisko jest podobne do zachowania zombie, gdyż dla prawdziwie wojujących
katolików, słowo "rozczarowanie" nawet nie zaczyna przenikać
głębi uczuć jakich doświadcza po zapoznaniu się z informacją o spotkaniu
"papieża" z voodoo. Doprawdy, tylko jedno słowo opisuje doznawane uczucie
i tym słowem jest obraza Boska. Należy to zakończyć posępną uwagą: Jeśli
benińska zdrada nie jest wystarczająca by wywołać wzburzenie u tych
"zombie", to pod poważnym znakiem zapytania staje, czy cokolwiek
jest w stanie je spowodować (86).
Brak poruszenia
właściwego dla sytuacji uwydatnia dwie ważne i wzajemnie powiązane cechy
mizernego oporu zombie na rewolucję Vaticanum II: Pierwsza, to ich
niezmienne i długotrwałe obstawanie przy tym, że Jan Paweł II jest, w najgorszym
razie, jedynie złym papieżem i druga, to ich równie niewzruszona i
kategoryczna odmowa rozważenia jakiegokolwiek dowodu wykazującego że nie
jest papieżem lub chociażby wzięcie pod uwagę takiej możliwości. Na tym
polega największa przepaść między bezkompromisowymi tradycjonalistami, a
siedzącymi okrakiem na barykadzie ludźmi pokroju Remnant; rozziew, który
nadal udaremnia wszelkie realne postępy na drodze do odnowy w Kościele.
Ponieważ między niemoralnym papieżem, który niemniej jednak ma prawo do bycia
uznawanym za następcę Piotra i fałszywym pretendentem, który nie ma do
tego prawa istnieje kosmiczna różnica.
Reakcja
"zombie" na wizytę "papieża" u czcicieli voodoo jest
doskonałą ilustracją tego jak anemiczne jest naprawdę ich stanowisko. Podróż
Jana Pawła II do Beninu była publicznym i rzekomo oficjalnym aktem
Stolicy Apostolskiej. Nie przemawiał tam do wyznawców voodoo jako osoba
prywatna, lecz jako "papież". I dlatego, przynajmniej
teoretycznie, reprezentował on Kościół katolicki wypowiadając swoje
kłamstwa. Jest to fakt, którego "zombie" nie mogą zanegować. Jednakże
następnie, nie zawracają sobie tym głowy, przedstawiając go oraz jego inne
liczne skandale, jako "nietakt". (Innymi słowy, przez minione 15 lat
można usłyszeć rozlegający się z Bazyliki św. Piotra powtarzający się okrzyk:
"Ojej, znowu coś sknociłem!").
Zombie to z pewnością
odpowiednie określenie dla tych, którzy są tak pogrążeni w transie, że
niemożliwością staje się dla nich wyciągnięcie pewnych elementarnych wniosków: Gdy
ktoś składa pogańską ofiarę ku czci boga węża to istnieje dostateczny powód, by
mieć wątpliwości co do jego prawowitości jako następcy św. Piotra. Kiedy ten
sam człowiek publicznie spotyka się z wyznawcami voodoo, lecz nie napomina ich
o bezpośrednim niebezpieczeństwie piekła, które czeka czcicieli węży i nie
wpaja im pilnej potrzeby przyjęcia Chrystusa – co jest zadaniem, które
wykonałby gorliwie każdy prawdziwy papież – to jest to jeszcze większy powód,
aby w niego zwątpić. Kiedy przez 15 lat przebywania w Rzymie ten sam człowiek
mnożył tylko liczbę podobnych skandali, to jest oczywiste, że to z czym mamy do
czynienia to nie są zwykłe "uchybienia", lecz wyrachowany
modernistyczny plan zmierzający do stworzenia religijnego "tygla",
który by zniszczył samo pojęcie Kościoła rzymskokatolickiego; to wtedy
wątpliwość, o ile już była, staje się ze swej istoty realna.
Jednakże dla
lojalnych "zombie" to wszystko nic nie znaczy. Nic nie jest w
stanie poruszyć "zombie". Próbują oni wykreślić Benin jako zaledwie
kolejny przykład niemądrego przywiązania Jana Pawła II do nauczania Vaticanum
II o wolności religijnej. W rzeczywistości, jest to ćwiczenie w
modernistycznej nowomowie autorstwa bezspornego mistrza w tej dziedzinie.
"Zombie" mogą usprawiedliwiać wizytę u czcicieli voodoo jak tylko
chcą, lecz nie mogą zaprzeczyć istnienia "encykliki" Redemptor
Hominis i jej błędów. Ponieważ nie mogą zakwestionować tego świadectwa –
dowodu tak mocnego jak żaden inny – na brak autorytetu władzy Jana Pawła II –
to postępują inaczej: Ignorują go.
Felieton The
Remnant kończy się oświadczeniem, że "nawet jeśli nasz papież działa w
sposób dla nas niezrozumiały [!]", to "nie opuścimy naszego papieża
ani naszego Kościoła, szczególnie nie teraz kiedy znosi najohydniejsze
upokorzenia". Oto tragedia tych soborowych "zombie". Niepomni na
rzeczywisty stan rzeczy, opuścili oni zarówno Kościół jak i papiestwo nawet o
tym nie wiedząc. Kontynuując podtrzymywanie fałszywej religii Vaticanum
II i jej przywódcy wyrządzają największą szkodę sprawie katolickiej odnowy,
przyznając im prawowitość, do której nie mają prawa. "Zombie" widzą
Kościół i papieża, tam gdzie nie ma ani jednego, ani drugiego! Mamy nadzieję,
że niniejszy artykuł pomoże niektórym z nich otrząsnąć się z letargu, ażeby
mogli skutecznie walczyć o Kościół.
Co
"papież" może odegrać na bis? Benin jest trudnym do powtórzenia
wyczynem, lecz jeśli jakiś aktor nadaje się do tej roli to jest nim właśnie Jan
Paweł II. Być może pielgrzymka do tubylczych plemion Brazylii. Mógłby tam
zarówno pogratulować amazońskim łowcom głów "silnej wiary", jak i
poczynić ekologicznie poprawne uwagi o ochronie tropikalnych lasów (mniejsza o
zachowanie Wiary). Mamy jednakże nadzieję, że oszczędzi poczciwym
ludziom w Irlandii wszelkich wizyt duszpasterskich. Oni, z kolei, dobrze by
zrobili poważnie rozważając wydanie Janowi Pawłowi II na przyszłość zakazu
wszelkich podróży do ich kraju i uznając to nawet za kwestię bezpieczeństwa
narodowego o wysokim priorytecie. Otwarcie mu drzwi byłoby ogromnym błędem.
Dlaczego? Po prostu dlatego, że jego obecność mogłaby zrujnować wszystko to, co
z tak wielkim trudem zdołał osiągnąć 1500 lat temu św. Patryk i sprowadzić na
kraj nagle prawdziwie biblijnych rozmiarów plagę wężów!
"ALBO KTÓRY
Z WAS CZŁOWIEK,
JEŚLIBY GO
PROSIŁ SYN JEGO O CHLEB,
CZY PODA MU
KAMIEŃ?
ALBO JEŚLIBY
PROSIŁ O RYBĘ,
CZY PODA MU
WĘŻA?"
(Św. Mateusz 7, 9-10).
(a)
––––––––––
Tłumaczył z języka angielskiego Mirosław
Salawa
––––––––––––––––
Przypisy:
(1) "Pope
Meets Rivals in «the Cradle of Voodoo»". – New York Times, z 5
lutego 1993 [edycja międzynarodowa], s. A11.
(2) Ibid.
(3) Cyt. ibid.
– vodun, synonim religii voodoo.
(4) synkretyzować – połączyć
różne, a nawet niezgodne wierzenia religijne.
(5) Rzeczywiście, "ksiądz"
Domas wspomina o "poważnym niebezpieczeństwie synkretyzmu", ale
dlaczego zatem, zdaje się popierać go sugerując, że opiekun wężów voodoo
może być chrześcijaninem? Inny soborowy duchowny cytowany przez Cowella,
wielebny Charles Whannou również ostrzega przed synkretycznymi praktykami, ale
w toku wypowiedzi promuje równie zgubny błąd: "Wyznawcy vodun mają prawo
brać udział w kulcie, ale dla chrześcijan takie
uczestnictwo jest sprzecznością".
(6) "Pope Addresses Adherents of
Voodooism: Church recognizes «seeds of the Word» in other religions" (Przemówienie
papieża do wyznawców voodoo: Kościół rozpoznaje «nasiona Słowa» w innych
religiach). [Kompletny tekst przemowy Jana Pawła II]. L'Osservatore
Romano, (10 lutego 1993), cotygodniowa angielska edycja, s. 7. (W
kolejnych przypisach tytuł tej publikacji będzie skrócony do – L’OR). Co
do zacytowanej powyżej uwagi "papieża", sedewakantyści na widowni są
uprzejmie proszeni – dla dobra tych wciąż zmagających się po omacku z pytaniem
– by ograniczyli zewnętrzne demonstrowanie szyderstwa do dyskretnych chichotów.
(7) "Elsewhere
in the world", 5 lutego 1993, s. 4A.
(8) Ibid., oraz Cowell.
(9) Ibid., oraz Cowell.
(10) Op. cit.
(11) Skąd możemy to wiedzieć? Po prostu
dlatego, że gdyby znana na całym świecie osoba duchowna wystąpiła w tak
nietypowy dla siebie ekumenicznie niepoprawny sposób, to byłaby to
bardziej znacząca wiadomość, niż gdy występuje zgodnie z przewidywaniami. W
żadnym serwisie informacyjnym z wizyty nie było żadnej wzmianki o takim
napomnieniu, nawet w obszernym omówieniu zamieszczonym w L’OR. Gdyby Jan
Paweł II zakwestionował ich "wiarę", to między konkurencyjnymi
mediami wywiązałaby się szaleńcza przepychanka do zdobycia sensacyjnego
materiału na bardzo ważny temat i wypuszczenia przyciągających wzrok nagłówków
takich jak: PAPIEŻ OSTRZEGA WYZNAWCÓW VOODOO: WYRZEKNIJCIE SIĘ WASZEGO PAKTU Z
SZATANEM.
(12) Cowell pisze, że "papież"
powiedział poganom, że (cytując Cowella) "z pewnością skorzystaliby
nawracając się na chrześcijaństwo...". Ta interpretacja jego uwag jest –
jak zostanie wykazane – dość przesadna.
(13) L’OR. Napisanie tutaj przez L’OR
i/lub Jana Pawła II słowa Bóg dużą literą sugeruje próbę utożsamienia
bóstwa voodoo z Bogiem objawienia.
(14) Cyt., Cowell.
(15) Op. cit.
(16) Dalekim krewnym fetysza jest tak
zwana rzecz przynosząca szczęście (albo amulet), jak królicza łapka,
która – jak wierzą w to łatwowierni – ochroni przed nieszczęściem. Kościół
absolutnie zakazuje katolikom pokładać jakąkolwiek ufność w domniemaną moc
takich przedmiotów.
(17)
"Fetyszyzm – http://www.newadvent.org/cathen/06052b.htm", The
Catholic Encyclopedia, Tom VI, wyd. 1913, s. 56. Przykład z Konga
jest istotny dla niniejszego studium, ponieważ nie jest odmienny od myślenia i
praktyk benińskich prymitywów jak również dlatego, że kongijska religia wnosi znaczący
wkład do wiary voodoo na Półkuli Zachodniej. Hasła:
kabalistyczny, magiczny.
(18) Michelle
Gilbert, "Fon & Ewe Religion", vol. 5, The Encyclopedia of
Religion (wyd. 1987), s. 386. Caveat lector [uwaga do czytelnika]: Należy zaznaczyć, że zawarte w
niniejszym artykule odsyłacze do tej oraz innych niekatolickich prac
dotyczących tematów religijnych (włączając w to autorów Novus Ordo –
"papież" Jan Paweł II, oczywiście, nie jest tu wyjątkiem) w żaden
sposób nie stanowią żadnej ogólnej ich aprobaty. Wprost przeciwnie, Kościół
zawsze traktował tę sprawę dość poważnie i absolutnie zakazuje zwłaszcza osobom
świeckim czytania potencjalnie niebezpiecznych książek z próżnej ciekawości:
Kanon 2318 (KPK 1917) karze karą ekskomuniki każdego czytającego taki materiał
bez wymaganego pozwolenia. Każdy katolik szukający dzisiaj takiego pozwolenia
musi uzyskać aprobatę od swojego duchownego, co wiąże się z wykazaniem
istnienia poważnej potrzeby studiowania omawianej książki (takiej jak: badania
naukowe lub wyrwanie rodziny czy przyjaciół spod wpływu sekty). Ponadto, taki
świecki musi, za wszelką cenę, podporządkować się decyzji duchownego. Niektórzy
czytelnicy mogą się dziwić dlaczego takie ostrzeżenie jest konieczne, ale jest
ku temu bardzo słuszny powód, gdyż szkody spowodowane przez Vaticanum II
rozszerzają się na wielu tradycyjnych katolików, którzy pogrążyli się w błędnym
myśleniu, że jakimś sposobem wolno im teraz czytać każdą literaturę jak im się
spodoba. Niech nikt się nie oszukuje: Te same zastrzeżenia jakie wprowadzono
trzy czwarte wieku wcześniej wciąż są aktualne.
(19) Ibid.
(20) Jednakże, można przytoczyć wiele
poważnych argumentów przemawiających za tym, że czczenie przez nich krokodyli
jest równie odstręczające.
(21) The
Encircled Serpent: A Study of Serpent Symbolism in All Countries & Ages,
(McKay, brak daty wydania), s. 136.
(22) Cyt., Howey, s. 42, hasła: doktorzy,
szamani.
(23) Ibid.,
ss. 245-246.
(24) Ibid.,
s. 246.
(25) Lewis
Spence, "West Indian Islands", An Encyclopedia of Occultism, (University,
1960), s. 428.
(26) Kapitan R.
Sutherland Rattray, cyt., ks. Montague Summers, A Popular History of
Witchcraft, (1936; Causeway, 1973), s. 2.
(27) Gilbert, s.
387.
(28) Howey,
s. 241.
(29) Kyle
Kristos, Voodoo (Lippincourt, 1976), s. 95. Marie Laveau
(http://en.wikipedia.org/wiki/Marie_Laveau).
(30) (Stein & Day, 1978), s. 61.
(31) Należy zaznaczyć, że było to
również praktykowane na długo przed Vaticanum II, kiedy to wyznawcy
voodoo często wręcz bezcześcili ławki, w których klęczeli, przez swoją obecność
na prawdziwych Mszach. Nawet wypowiadane z ambony ostrzeżenia przeciw temu
zachowaniu nie zdołały całkowicie wyeliminować tego zjawiska. Soborowa religia
ma dużo więcej "zrozumienia" dla "potrzeb" posiadania przez
różne grupy etniczne swoich własnych "religijnych doświadczeń", toteż
istnieje większa tolerancja dla tych, którzy chcą brać udział w obu
"zgromadzeniach".
(32) Op. cit., s. 48. Ten
"transwestytyzm" może się przejawiać w inny sposób: kobieta opętana
przez – powiedzmy – Barona Samedi (loa śmierci przyzywane na cmentarzach),
założy odpowiedni jemu strój – czarne spodnie, marynarkę i pognieciony czarny
kapelusz. Zob.
ss. 66-67.
(33) Ibid.,
s. 46. Yemayá: Our Lady of Regla (http://religion-cults.com/art/yemaya.htm).
(34) Ibid., ss. 51, 54.
(35) Mimo swej niewątpliwej
nonsensowności, typowa "replika" zwolenników Jana Pawła II brzmi: Być
może nie był tego świadomy. Oczywistą odpowiedzią na to jest riposta: Nie
zdawał sobie sprawy? Jak to możliwe, by człowiek uważający się za głowę
Kościoła katolickiego mógł nie być świadomy nauk pogańskiej sekty i jeszcze
do tego spieszyć na złamanie karku do jej wnętrza, nonszalancko oznajmiając ich
wiarę w Boga? Ciężar dowodu spoczywa tutaj z pewnością nie na tych, którzy
kwestionują jego papiestwo, lecz raczej na tych, którzy je wspierają!
(36) Taka mentalność jest popularna
wśród pewnych tradycyjnie zorientowanych obrońców soboru, którzy, podczas gdy
zawzięcie przyklejają sedewakantystom "schizmatycką etykietkę", nie
zwracają praktycznie żadnej uwagi na to co głosi Jan Paweł II i jego
poplecznicy. Prędzej już, uważają się za kompetentnych w przebieraniu w
novusowym grochu z kapustą kawałków ortodoksji. Podczas gdy oskarżają
sedewakantystów o protestancki sposób myślenia, sami znacznie bardziej
zasługują na taką krytykę z powodu swojego podejścia typu przebierać-wybierać.
(37) Wydany wraz z Lamentabili Sane,
(Saint Paul Editions, brak daty wydania), ss. 19-20. Pascendi
(http://www.dailycatholic.org/pascend1.htm) – wydanie internetowe.
(38) Anonimowy reporter, cyt., Spence, Op.
Cit., s. 428. Mamaloi, synonim dla mambo, kapłanki voodoo.
(39) Cyt., Howey,
s. 241.
(40) The Serpent & the Rainbow (Warner, 1985),
s. 45. Książka
Davisa to fascynujące studium życia zombie. Twierdzi on, że zombie istnieją
naprawdę – są to ofiary nie nadprzyrodzonych zaklęć, lecz wysoce toksycznego
proszku wyrabianego przez kapłanów voodoo. Po tym, jak mikstura wniknie do
ciała człowieka przez pory w skórze, zostaje on tak porażony, że wydaje się
martwy; po pogrzebie, jest później ekshumowany przez wyznawców kultu, a funkcje
jego mózgu zostają w drastyczny i w nieodwracalny sposób uszkodzone w tej
ciężkiej próbie. Staje się on wówczas "zombie". Davis zauważa, że
kara ta jest wykonaniem "sprawiedliwości" voodoo, wymierzanej tym,
którzy naruszają kodeks postępowania kultu. Perystyl, zadaszony
dziedziniec. Hounsis, nowicjusz voodoo. Clairin, domowej roboty
napój rumowy. Asson, grzechotka używana podczas rytuału.
(41) Ibid., s. 46. Poteau mitan,
centralny słup albo kolumna perystylu.
(42) African
Religions & Philosophy, (Heinemann, 1989), ss. 171-172.
(43) Ibid., s. 172. Zauważmy
aluzję do fetysza zrodzonego z bawoła. Różdżkarz, plemienny wróżbita.
(44) Tłum. ks. Herman Branderis. 2-e
wyd., (Desclée, 1930, Imprimatur), s. 718.
(45) Ibid.,
ss. 721-722.
(46) Cyt.,
Davis, s. 42.
(47) Jeffrey
Burton Russell, "Witchcraft", Vol. 15, The Encyclopedia of
Religion, (wyd. 1987), s. 416.
(48) Ibid.,
s. 37.
(49) Op. cit.,
ss. 56-57.
(50) Op. cit., ss. 249-250.
(51) Ibid.,
s. 66. Jako
przykład jego użycia przez skądinąd cywilizowanych ludzi, wspomina on: "W
1900 roku Włoch spalił na schodach amerykańskiej ambasady w Londynie woskową
figurę prezydenta McKinleya, jak jeż naszpikowaną igłami", s. 67. Na temat
starożytnego wykorzystania takich lalek, zob. Witchcraft and Magic in Europe
(http://books.google.com/books?id=1QC3ta-JY00C&pg=PA77&lpg=PA77&dq=sophronius+miracles+nail+cyrus+and+john+theophilus&source=web&ots=4eVkSYGfaU&sig=qJ8Uo6VohpgBAdgkO84SB5hf7lw).
Informacja na temat Theophilusa zaczyna się na s. 77; rozdział o voodoo
na s.
71.
(52) Ibid., ss. 63-65. Znajomy:
demon wiedźmy pojawiający się w formie zwierzęcia, często kota. Strega, z
włoskiego, wiedźma. Więcej na ten temat w kolejnej książce autora, Witchcraft
and Black Magic
(http://books.google.com/books?id=qZPSWkRinHMC&pg=PA191&lpg=PA191&dq=%22montague+summers%22+poppet&source=web&ots=pMUobPIfFV&sig=19PXdmnkwYrPYB_InMJVZxfHjjw).
(53) Cyt., ibid., s. 251. Gdzie
indziej, ks. Summers dodaje, że profanacja Najświętszego Sakramentu była
również praktykowana przez ten kult: "W 1895 roku szczególnie odrażający
przypadek zbezczeszczenia Hostii wystąpił na Wyspie Mauritius" (s. 178).
Biorąc pod uwagę zgubny cel lalek voodoo i tym podobnych, co trzeba pomyśleć o
obrazach Chrystusa i świętych poprzekłuwanych szpilkami, poza tym, że sprawca
najwyraźniej chciał zaszkodzić postaciom na nich przedstawionych?
(54) Op. cit., ss. 120, 122, 124,
126 i 128-129. Jak często przekonujemy się w tym studium, można odnaleźć
oczywiste korelacje z europejskimi czarami – czary są takie same na całym
świecie. Analogiczna do zawartego w tekście odniesienia do przekleństwa
poronienia jest następująca uwaga ks. Montague Summersa, znaleziona w jego
tłumaczeniu Demoniality z 1927 roku, rozprawy naukowej siedemnastowiecznego
franciszkańskiego teologa, księdza Lodovico Maria Sinistrari:
"MISTERNE
WĘZŁY. – La Ghirlanda delle Streghe, długi sznur powiązany w wyszukane
węzły z piórami czarnej kury powtykanymi między włókna. Zostaje on schowany w
jakimś sekretnym miejscu z odpowiednimi złorzeczeniami a osoba, na którą
nieszczęście jest zsyłane będzie wyniszczana szybką chorobą, jakiej żaden
doktor nie zdoła wyleczyć. O dziwo, w 1986 roku w dzwonnicy angielskiego
wiejskiego kościoła znaleziono jedną z takich zaczarowanych lin. Wszyscy byli
zaintrygowani, ponieważ była najwyraźniej spleciona i skręcona w szczególnym
celu. Stara kobieta ze wsi rozpoznała ją jako «drabina wiedźmy», lecz dopiero
po tym jak w The Folk Lore Journal zamieszczono jej rycinę, uzyskano
pełną informację i sens tajemniczego uroku stał się zupełnie zrozumiały".
(Dover, 1989), s. 125. Kurz cmentarny, ziemia wzięta ze świeżo
wykopanego grobu, posiadająca według wyznawców voodoo tajemne własności.
(55) Ibid.,
s. 246.
(56) John
Kenneth Weiskittel, "Occultism in the Conciliar «Catholic» Church", The
Athanasian, Vol. V,
No. 7, 15 października 1984, s. 4.
(57) (Natural History Press, 1971), s.
88. Benin wspomniany przez autorów jest najprawdopodobniej tym, co obecnie
nazywane jest Benin City, położone w południowo-centralnej Nigerii. Była to
część dziewiętnastowiecznej brytyjskiej kolonii Lagos. Nigeryjskie plemię
Yoruba jest jednym z głównych źródeł voodoo na Półkuli Zachodniej.
(58) Vol. II, wyd.
1913, s. 480.
(59) Op. cit.,
s. 250. Thames torso boy was sacrificed, Guardian
(http://observer.guardian.co.uk/uk_news/story/0,6903,726271,00.html).
(60) (1922;
Macmillan, 1971), s. 576. BBC – Radio 4 Empire – West Africa – Jaw-jaw (Sir
Charles McCarthy and the Ashanti)
(http://www.bbc.co.uk/radio4/history/empire/episodes/episode_55.shtml).
(61) Op. cit.,
s. 57.
(62) Op. cit.,
s. 75.
(63) Ibid.,
ss. 76-77.
(64) Weiskittel,
s. 5. Pope wears Indian headdress in African tour
(http://www.traditioninaction.org/RevolutionPhotos/A015rcIndianChief.htm).
(65) "Is
John Paul II a modernist?", Fortes in Fide, 4th quarter, 1990, s.
21.
(66) Cyt., Abbé
Daniel Le Roux, Peter, Lovest Thou Me? – John Paul II: Pope of
Tradition or Pope of Revolution?, (Instauratio, 1989), s. 154.
(67) Co się tyczy incydentu w Togo, istnieje
podobno pewien szczegół – zupełnie niesamowity, chociaż całkiem prawdopodobny –
niewspomniany powyżej. Został on umieszczony w przypisie, po prostu dlatego, że
w czasie pisania tego opracowania nie była dostępna bezsporna dokumentacja tego
zdarzenia. Niemniej jednak, zostanie to tutaj odnotowane jako że zdecydowanie
ma posmak prawdy. Jan Paweł II, znany z tego, że nigdy nie unikał kamer,
poprosił, jak się twierdzi, aby nie towarzyszyli mu fotoreporterzy w czasie gdy
będzie odwiedzał wioskę na odległej wyspie, by uczestniczyć w ceremonii. Stojąc
wraz z przywódcą voodoo przed chatą węża w środku wioski, rzucił obierzyny
ogórka na ziemię przed jej wejściem. Chwilę później, wypełznął z niej wąż.
Naczelnik voodoo zwrócił się wtedy do "papieża", wykrzykując, że
pojawienie się gada oznacza, iż wężowemu bóstwu spodobała się jego ofiara.
Jednym z najmocniejszych dowodów przemawiających za prawdziwością tej anegdoty
jest fakt, że opowiedziano ją piszącemu te słowa ponad rok przed napisaniem
tego artykułu, niemniej jednak dokładnie odpowiada temu, czego od tego czasu
dowiedziano się na temat czcicieli węży w trakcie badań. Jeśli jakiś czytelnik
posiada bezpośrednią dokumentację z tego wydarzenia to jest proszony o jej udostępnienie
w celu wykorzystania do przyszłej publikacji. Podziękowanie zostanie
zamieszczone, jeśli takie będzie życzenie.
(68) W około 750-wyrazowym artykule
zamieszczonym w L’OR, będącym angielskim tłumaczeniem francuskiego
tekstu przemówienia "papieża", ani razu nie znalazło się wyrażenie –
rzymskokatolicki. Tylko dwa razy, na początku tekstu, używa w ogóle słowa
katolicki: najpierw, gdy zwraca uwagę, że przybył do Beninu by odwiedzić
"katolickie wspólnoty"; i drugi raz, kiedy oświadcza, że
"Kościół katolicki przychylnie spogląda na dialog...".
(69) Ibid.
(70) Anne
Fremantle (wydawca), The Papal Encyclicals, (Mentor, 1956), s. 145.
(71) Op. cit., s. 23.
(72) Tak jak nikt nie ma prawa kraść
albo mordować, tak też nie ma prawa odrzucić Chrystusa.
(73) Zob. powołanie różnych Apostołów –
Mt. 4, 18-22; 9, 9; Mk 2, 13-20; 2, 14; Łk. 5, 27-28; Jan 1, 43; bezimienny
uczeń – Mt. 8, 21-22; i bogaty młodzieniec – Mt. 19, 16-22; Mk 10, 17-22; Łk.
18, 18-23.
(74) Błędne cytowanie tekstów biblijnych
przez Jana Pawła II stanowi odrębny problem w odniesieniu do jego statusu: Albo
jego nieznajomość podstaw Pisma Świętego jest tak niezmierna, że czyni go
niezdolnym do sprawowania urzędu albo też umyślnie sfałszował Ewangelie, aby
nagiąć je do modernistycznych potrzeb.
(75)
(Washington, D.C.: United States Carbolic Conference, 1979), ss. 17-18.
(76) Ibid., s. 17.
(77) Księża Leslie Rumble M.S.C.
i Mortimer Carty, vol. I (Radio Replies, 1942), s. 39. Oszukańcze
roszczenie co do boskiego pochodzenia voodoo zostało odnotowane, jak również
nikczemne zaniedbanie Jana Pawła II – w bezpośredniej konfrontacji z wyznawcami
kultu roszczącymi sobie do tego prawo – aby ten kult potępić.
Radio Replies (http://www.radioreplies.info/radio-replies-vol-3.php?t=26&n=164)
– edycja internetowa.
(78) W tych wszystkich różnych
politeistycznych systemach, spotykamy jedno najwyższe bóstwo górujące nad
pozostałymi: dla Hindusów jest to Brahma; dla Filistynów, Dagon; dla
Babilończyków, Marduk; w religii grecko-rzymskiej, Zeus/Jupiter; a w religii
Skandynawów, Odyn (skand.)/Wotan (germ.). Idąc tropem modernizmu Jana Pawła II,
każde z tych fałszywych "bóstw-stwórców" można by utożsamić z (à
la Mawu z Beninu) "jednym Bogiem, który jest dobry".
(79) Jan Paweł II, oczywiście, udzielił
zapewnień prawosławnym, luteranom, anglikanom i innym, że Kościół katolicki był
również "winny" w wydarzeniach, które doprowadziły te sekty do
zerwania chrześcijańskiej jedności. W jego poczynaniach z wyznawcami voodoo,
taktyka jest inna, ale wynik podobny: zręcznie unika on wszelkich rozważań
demonicznego charakteru ich religii i obdarza ją niezasłużonym uznaniem
zbawiennej i monoteistycznej religii.
(80) Ksiądz
Donald Sanborn, "Do We All Worship The Same God?", Sacerdotium,
(III, Pars Verna, MCMXCII), s. 40.
(81) Michael J.
Matt, "The Pope in Africa & Religious Liberty", The Remnant,
z 31 marca 1993, s. 3. Jego
ocena jest typowym przykładem sposobu myślenia "zombie".
(82) Ibid., ss. 3-4.
(83) z 15 sierpnia 1993, s. 5.
Interesujące jest odnotowanie, że artykuł Matta, mimo swej niewątpliwej
słabości, okazał się zbyt trudny do przełknięcia dla The Wanderer. Na
stronie czwartej numeru z 9 września, redaktor tego pisma AJ Matt Jr.
nawiązał do tekstu swego nieobliczalnego kuzyna w artykule wstępnym zatytułowanym
"What ails the Remnant?" (Co dolega the Remnant?). Dość
powiedzieć, że nie było w nim w ogóle żadnej wzmianki o benińskim
skandalu.
(84) Z pewnością należałoby zanosić
modlitwy za Jana Pawła II – nie po to by go wspomagać jako "papieża"
jak to "zombie" proponują, lecz po to, aby zawrócić go z
bardzo niebezpiecznej i bardzo skutecznej roli arcy-niszczyciela katolicyzmu.
(85) Ci soborowi
"tradycjonaliści" niewątpliwie byliby oburzeni spostrzegając, że są
związani z modernistycznymi członkami swojej sekty, jednakże istnieje taki
związek, mimo że niezamierzony i jest nim relatywizm moralny. Nie ma to
sugerować, że stosują go w praktyce w swoim życiu osobistym, a tylko wtedy gdy
usprawiedliwiają apostazję Jana Pawła II oraz jego pewnych wysoko postawionych
kompanów (na przykład, "kardynała" Ratzingera). A to dlatego,
że przyklejając "obiektywnie skandaliczny" i temu podobne określenia
do jego jawnie niewybaczalnych czynów, faktycznie zbliżają się do
myślenia awangardowych "teologów" Novus Ordo, którzy
dyskutowali nad tym, na przykład, że Judasz może tylko "obiektywnie"
zdradził Chrystusa.
(86) Można dostrzec pewną analogię do
destrukcyjnej mocy jaką Jan Paweł II ma nad tymi ludźmi, która wcale nie jest
nieodpowiednia w aktualnym kontekście. Jak kobra, która hipnotyzuje swoją
zdobycz do uległości swym łagodnym – jednakże śmiertelnym – kołysaniem się tam
i z powrotem, tak "papież" utrzymuje te dusze w wiernym mu oddaniu
poprzez częste zwracanie się do nich (pielgrzymki do Fatimy, Msze Indultowe,
odniesienia do Różańca, ostrzeżenia o społecznym złu, itp.) – jednocześnie cały
czas niestrudzenie podkopując same fundamenty katolicyzmu i chrześcijańskiego
porządku.
(*) Obecny tytuł pochodzi od red. Ultra
montes. Tytuł oryginalny: Voodoo You Trust? John Paul
II's Betrayal in Benin (Wierzysz voodoo? Zdrada Jana Pawła II w Beninie).
(a) Por. John Kenneth Weiskittel, Trzecie
oko Wojtyły. Pielgrzymka Jana Pawła II do Indii. (Przyp. red. Ultra
montes).
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Cracovia MMXI, Kraków 2011
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz