piątek, 11 czerwca 2021

List Lavala byłego protestanckiego pastora w Condé sur Noireau


 

 

POWODY

 

zniewalające licznych protestantów do powrotu na łono

 

KOŚCIOŁA KATOLICKIGO

 

––––––––

 

List Lavala

 

byłego protestanckiego pastora w Condé sur Noireau

 

Autor niniejszego pisma, podobnie jak wy Bracia moi najmilsi, w religii protestanckiej wychowany, w przeciągu wielu lat miał obowiązek pouczania was w takowej. Ale na próżno szukał on w niej pokoju swe­go sumienia, który jedynie na drodze prawdziwej religii znalezionym być może. Był zarazem przeko­nanym, że obojętność co do prawdziwej wiary jest istną zniewagą samego Boga. Nie mógł się przeto uspokoić dopóty, aż nie nabył pewności, że jest w posiadaniu istotnej prawdy. Wszelako im żywiej w swoim przekonaniu uczuwał potrzebę poznania prawdziwej wiary, tym mocniej ubolewał nad tym, że w protestantyzmie, znalazł same tylko, do żadne­go końca nie wiodące, nieświadomości. Zaczem postanowił on poradzić się swego własnego rozumu, lecz i ten pozostawiony samemu sobie, wahał się dłu­go pomiędzy jedną a drugą wątpliwością. Zwrócił się następnie do Biblii, lecz i to Boskie Słowo również bardzo słabo zdołało jego wiarę umocnić, ponieważ jego tłumaczem był tylko słaby i mylny rozum. Zaczem boleśnie mu to dolegało, że wewnątrz sie­bie nie zdołał żadnej niezawodnej podstawy swej wiary odnaleźć. Z tego powodu szukał on jej ze­wnątrz siebie, protestantyzm jednak z lękliwym po­mieszaniem ze wszech stron, podawał mu w odpo­wiedzi i same tylko, i to sprzeczne, mniemania, które go jeszcze w głębsze pogrążyły wątpliwości; zwró­cił następnie swój wzrok ku protestantyzmowi francuskiemu, szwajcarskiemu, niemieckiemu, anglikań­skiemu; ale wszędzie spostrzegał protestantów, a szczególniej ich pastorów od lada powiewu nauki chwiejnych; wszędzie brakowało mu stałego punktu oparcia; w wątpliwościach tylko okazywali się zgodnymi. Taka to była sroga przepaść, w którą ich protestantyzm pogrążył. Wielką przeto nieświado­mość znalazł on wewnątrz siebie, a zewnątrz jeszcze większą.

 

Łatwo pojąć udręczenia jakich chrześcijański umysł doznaje, kiedy na przekór swej tęsknoty do poznania prawdy, na przekór swej gorliwości, do której tak ważny przedmiot musi pobudzać, i na prze­kór swoich usilnych starań widzi się ciemnościami i wątpliwościami skrępowanym. Ileż to razy przyszło do tego żem się modlił ażeby mi Bóg dał albo pra­wdę poznać, albo żeby mnie od żądzy poznania jej uwolnił. Nie byłoż takie pożądanie, które we mnie zaszczepił, istnym dla mnie męczeństwem? Miałżem je z duszy swojej wypłaszać? Miałżem poszukiwa­nia prawdy się wyrzec? a siebie wobec niej, wobec samego Boga na zupełną obojętność skazać? Owóż taka to była nieszczęsna ostateczność, w którą mnie moja nieświadomość pogrążała, a bez łaski Bożej był­bym się tak jak wielu innych, nie mógł od udręczeń powątpiewania inaczej uwolnić, tylko przez przytłu­mienie głosu własnego sumienia i przez głupotę we­wnętrznego uporczywego zobojętnienia (1). Ale cześć Temu, który tych, co Go szukają, nie zawodzi. On za­pobiegł mojemu pogrążeniu się w przepaści, ponie­waż zawsze brzydziłem się karygodną, w rzeczach do wiary należących, obojętnością. Wiem jak wielu jest takich, co się nią w krótkim swym życiu usy­piać pozwalają. Lecz ja nie mogłem nigdy tak, jak oni, o dniu ocknienia (zmartwychpowstania) zapo­mnieć. Widząc się zarówno niezdolnym do zrzeczenia się prawdy jak i do wynalezienia jej na zewnątrz Ko­ścioła, czułem się, całym ciężarem mego niepokoju pociągnionym na łono onej powszechnej całego chrześcijanizmu matki, która z ust Zbawiciela "Słowa wiecznego żywota" otrzymała z poleceniem opowia­dania Ewangelii wszystkim narodom do końca świata (Mt. XXVIII, 19-20). – Do czegóż tęskniłem? cze­góż szukałem? oddany na pastwę nieuleczonym powątpiewaniom, ponieważ według zasad protestantyzmu sam chciałem być twórcą i sędzią mojej wiary; po­czułem więc niezbędną potrzebę nauczającej powagi dla ustalenia się w prawdziwej wierze. A ta powaga musi się przecież gdzieś znajdować, ponieważ jest nie­zbędną. Potrzeba mi tylko było oczy otworzyć, aliści ona zjawiła się przede mną wśród świata. Kościół katolicki jedyny tylko otrzymał tę powagę i takową, on tylko jeden, ciągle wykonywał. W nim tylko jedynym, pomyślałem sobie, muszę ja i wiarę, i spokój i życie znaleźć. Więc że tych dóbr byłem dotąd pozbawio­nym, a to z powodu żem prawdy w pysznym moim rozumie szukał. Zaczem mógłżem się ociągać abym przez pokorę dobrodziejstw tych nie nabył? Potrze­ba mi tylko było z moich błędnych mniemań uczy­nić ofiarę, dla powagi wiecznego Kościoła. Z po­czątku moich błędów byłbym się na zaprzanie siebie samego dla mojego nieograniczonego w moim rozu­mie zaufania bardzo trudno zdobył. Lecz teraz po gorzkim doświadczeniu nauczyłem się czegoś lepsze­go, a rozum mój, sam przez się, po tylu próbach niedołęstwa zawstydzony, nie może się nadal pychą na­dymać. Zarówno ze zbłąkanym synem zwraca mię nadmiar mego nieszczęścia, przez poskromienie py­chy, do domu Ojca mojego.

 

Wszelakoż o nędzo serca ludzkiego, które równie niedołężne jest pod względem pokonania woli jak rozum pod względem dojścia do świata prawdy. Prawda stała się jawną mojemu umysłowi; nie śmia­łem jej nie uznać, ależ ona mojej woli jeszcze nie pokonała. Straszna walka wszczęła się we mnie pomiędzy sumieniem, które mnie naprzód posuwało a znikomymi korzyściami, które mnie cofały. Przy­jaciele, którzy skutkiem mojego nawrócenia mo­gą mi się stać nieprzychylnymi. Rodzina, która się tym samym będzie uważała za odartą ze środków swojego utrzymania (mamże się do tego nie przy­znać; ale czemuż nie?), taki smutny wstręt do zrze­czenia się błędów i do porzucenia sekty, której by­łem dźwignią, utrzymywał jeszcze wobec prawdy serce moje w wahaniu się pomiędzy dwoma, że się tak wyrażę, biegunami. Bóg jednak dopuścił coś podobnego na mnie, aby mnie z pychy uleczyć od­słaniając mi całe moje niedołęstwo. Ponieważ ta walka więcej mnie upokarzała, niżeli to dokazać mogły wszelkie moje powątpiewania i błędy, doświadczyłem tego, jak to łatwo łudzić się dla tajemnych pobudek nie zaspakajających nasze su­mienie, a które nas w nieszczęsnych sektach krę­pują. Atoli błagałem Boga, aby tak wolę moją umocnił, jako już mój umysł oświecił. A Pan ulitował się nade mną. Jego to łaską wzruszony zawołałem: "Chcę o Panie"; i ofiara została spełnioną.

 

Od tej chwili, Bracia moi, dostąpiłem przecież te­go jedynego szczęścia, które chrześcijaninowi w tej pielgrzymce żywota tyle jest drogim, to jest: sumienia spokojności. Jeżeli to sumienie mnie kiedy jeszcze niepokoi to jedynie wówczas, gdy mi wyrzu­ca, żem przez tyle lat był pomiędzy wami organem błędu. Aby więc o tyle o ile to ode mnie zależy złym skutkom, mego poprzedniego pożałowania go­dnego urzędowania, zaradzić, postanowiłem powody, które mnie znagliły do powrotu na łono Kościoła, niniejszym ogólnym listem przedstawić. Zwracam się z nim do was z uczuciem boleści i nadziei. Czy­niąc bowiem przegląd wszystkich dusz, które na błę­dną drogę wprowadziłem, muszę nad tym ubolewać, lecz obok tego pocieszam się nadzieją, że to pismo dla wielu nie będzie bezpożytecznym, jeżeli je tylko z szczerym pragnieniem znalezienia prawdy czytać zechcą. I czemuż byście mieli głosem moim pogar­dzać? Miałażby przestroga rozczarowanego piel­grzyma ostrzegającego swoich przyjaciół o zmylonej drodze, która do śmierci prowadzi, być niemiłą, tam zwłaszcza, gdzie rzecz idzie o życie wiekuiste?

 

Tak a nie inaczej bracia mili, protestantyzm jest rzeczywiście nie czym innym, jedno systemem nie­wiary, spoczywa on na tych samych podstawach jak wszystkie inne błędne systematy, a w pełnym swoim rozwoju musi koniecznie do zniweczenia Chrześcijań­skiej religii doprowadzić (2). Z jakiego bądź punktu widzenia na ten system się zapatrujemy, dochodzimy zawsze do tej zatrważającej prawdy. Źródło zaś tego błędu wynika z samego jądra protestantyzmu, i całkowita jego historia tym błędem jest nacecho­wana.

 

Główną protestantyzmu podstawą, jest rozum każdego pojedynczego człowieka, ten mu objaśnia znaczenie Pisma świętego i służy za jedyne prawidło wiary. Protestant nie powinien nawet żadnego in­nego prawidła szukać, dopóty mu sam rozum zna­czenie Pisma świętego wskazuje. Ponieważ zaś nikt nie może się za nieomylnego, a zatem i za ubezpie­czonego od błędu poczytywać, iż wiara, jaką sobie sam utworzył, żadnemu nie podlega błędowi, więc też żaden protestant nie może sam przez siebie być w posiadaniu, błędowi nie podległej czyli nieomylnej wiary.

 

Pojmujecie więc, że rozum sam z siebie omyl­ny, potrzebuje niezawodnego prawidła do po­znania prawdziwego znaczenia Pisma świętego. Do­póki tylko sam rozum każdego pojedynczego człowieka, za jedynego sędziego prawdy uznajemy, do­póty wszystkie prawidła jakie by tu postanowić można, sprowadzają się do tej jednej niedorzeczności: To wszystko co się twojemu rozumowi jasnym wydaje, jest prawdą. Lecz któż nie widzi, że tu właśnie o to się rozchodzi, czy protestant może być tego pewnym, czy może być bezpiecznym, iż się sam nie łudzi, gdy według probierza swojego rozumu twierdzi, iż ten lub ów artykuł wiary, z wyłącze­niem każdego innego znaczenia w Piśmie świętym wyraźnie się zawiera? Możeż on jakim sposobem udawać, że wierzy, iż w tym jego zdaniu wszelkie złudzenie jest niemożliwe? wyjąwszy, że się wyraźnie i stanowczo za nieomylnego poczyta. Wszelako dopóki tylko do tego ostatecznego obłędu nie dojdzie, będzie zawsze zniewolonym przyznać, że on dopóty żadnej pewności wiary nie posiada, dopóki tylko ta pewność jedynie na jego ro­zumie się opiera, i dopóki tym wskazanym prawidłem wiary nie będzie co innego, tylko jego, błędowi podległy, rozum.

 

Tym ci bardziej, gdy te indywidualne tłumaczenia Pisma świętego koniecznie według różnorodnego indywidualnego pojęcia, różnorodne wypadną, nie­unikniony stąd nastąpi skutek, że każdy protestant swoje osobiste tłumaczenie Pisma świętego, sprzecznym znajdzie, z tymi wszystkimi, którzy Pismo święte inaczej, niźli on, rozumieją. A przecież pomiędzy tylu różniącymi się od siebie tłumaczeniami, może tylko jedno być prawdziwe, jeśli się tylko takowe pomiędzy nimi znajduje. A na jakiejże zasadzie może pojedynczy protestant twier­dzić, że między tylu niezgodnymi z sobą tłumaczeniami, on sam jeden ma prerogatywę, iż prawdziwe znaczenie odnalazł? Po jakim niezaprzeczonym znamieniu rozpoznaje on prawdę swojego tłumaczenia, które lubo rozum jego za prawdziwe uznaje, ono jednak tak liczne i sprzeczne, ale możliwe (literalne lub przenośne) tłumaczenia dopuszcza, ile jest odmiennych od niego indywidualnych rozumów? Może powie, że on różne miejsca Pisma świętego zbadał, porównywał, i jedne drugimi objaśniał. Przypuśćmy! lecz każdy inny prywatny jak i on, toż samo utrzymuje, i ma takie samo prawo do poprze­stawania na swoim własnym badaniu. Przeto im więcej jest zaufanym w swoim prywatnym badaniu, które według jego mniemania od Pana Boga mu dane jest jako jedyny dowolny środek do rozpoznania prawdziwej religii, tym więcej musi się jego poje­dyncze przekonanie zachwiać, gdy widzi, że toż przekonanie stoi w sprzeczności z tylu innymi, którzy się nie mniej jak on, na swoje rzekome, od Boga im po­dane do poznania prawdziwej wiary, prawidło, po­wołują. A tak pogardziwszy wszystkich innych tłumaczeniami, dlatego, iż się z jego tłumaczeniem pogo­dzić nie mogą, a popadłszy w nieuchronne powątpiewanie o prawdzie swojego tłumaczenia, ponieważ to wszyscy inni odrzucają, przychodzi do wniosków, że nie wie, ani w co ma wierzyć, ani w co rzeczywiście wierzy.

 

Wreszcie gdy protestant swoje własne tłumaczenie ze wszystkimi innymi tłumaczeniami sprzecznym znajduje, to może, bardzo naturalnie popaść w zwątpienie. Lecz gdy tłumaczenia innych protestantów równie jak i jego tłumaczenie na prywatnym się ro­zumie opierają, a z tego powodu są niepewne, zmien­ne i ze wszystkimi innymi sprzeczne; to nie przedstawiają one żadnej powagi, której by się można rozsądnie poddawać. Jeżeli zaś protestant dalej swój indywidualny rozum za najwyższego sędziego wiary poczyta, to tym samym uznaje się być zdolnym do zrozumienia lepiej prawdziwego znaczenia Pisma św. niźli cały Kościół, a swoje partykularne względem Biblii orzeczenia uznaje za ważniejsze od nieprzer­wanego i powszechnego podania. Na próżno mu do­wodzi cały Kościół Boży, że zrozumienie jego z wia­rą wszelkich czasów jest sprzeczne, bo on to świa­dectwo odrzuca, a z zatrważającą zarozumiałością w swoim sposobie widzenia skrępowany, odpowiada Kościołowi: "Zbłądziłeś, takie jest moje przeko­nanie!" Nie jestże to pycha? pytam się, a co smu­tniejsza, pycha jako konieczne przygotowanie do po­znania religii nakazanej ludziom pokornego serca. – Niechby który z protestantów rzetelnie sam siebie zechciał zapytać: Czy może takie zasadnicze twier­dzenie, – które było źródłem wszystkich na całym świecie błędów, a na którym ja zniewolony jestem oprzeć całą moją wiarę – chrześcijaninowi wystarczyć? Możeż się on potem dziwić, że przy poszukiwaniu prawd owej wiary w wnętrzu swej duszy, nic więcej nie znajduje oprócz ukrywanej niespokojności, o po­konanie której na próżno się stara. Nie, u protestanta nie ma żadnej wiary! To, co on wiarą zowie, jest u niego tylko czczą i niestałą mrzonką, a mrzon­ką tego samego rodzaju, jakimi są wszystkie inne marzenia. Religia i Boska wiara są to tylko dla nie­go pewnym rodzajem wyobrażeń; są hipotezami, a niczym więcej! On ciągle musi być w obawie złu­dzeń, a to w obawie tym większej, o ile mniej jest zarozumiałym, o ile pokorniejszym, czyli o ile jest le­piej po chrześcijańsku usposobionym. Nie może on nigdy z całą stałością nawet pierwszego wyrazu wiernego chrześcijanina ja wierzę, wypowiedzieć, a je­śli go przecież wypowie, to zawsze jakoby w odwodzie tego wyznania pozostaje powątpiewanie.

 

Ach! uczułem to aż nadto boleśnie, kiedym jako owoc długich poszukiwań i mozolnych badań nic wię­cej nie zyskał oprócz przekonania o mojej własnej nie­udolności w wynalezieniu prawdziwej wiary. Kiedym dla spełnienia pierwszego obowiązku chrześcijanina mój rozum zawezwał do wykonania aktu wiary, to ten się na to zdobyć nie umiał. Skutkiem każdego badania była sama tylko nieświadomość. To w co dziś uwie­rzyłem, – ponieważ wyobrażałem sobie, iż się tak a nie inaczej widocznie w Piśmie św. znajduje – o tym już nazajutrz wątpiłem, bom tegoż samego już w Piśmie św. tak wyraźnie, jak mi się wczoraj zdawało, nie znajdo­wał. Bywało, żem czasem w tymże samym miejscu jakiś zupełnie inny dogmat dostrzegł. Często czując niezbędną potrzebę niezachwianej wiary, byłem znaglony do skreślenia sobie symbolu wiary, i wmówi­łem w siebie, że ten już będzie nieodwołalny. Ale ten rzekomo wiekuisty symbol przetrwał zaledwie dni parę. Rozum mój począł się błąkać pomiędzy jednym a drugim mniemaniem, nie znajdując nic pew­nego oprócz mojej własnej niestałości. I jakoż mo­głem w tym stanie przetrwać? Jak sobie w nim upodobać? A kiedy twierdzę, że każdy protestant, który sobie ze swej wiary chce zrobić sprawozdanie, koniecznie musi w ten sam kłopot popaść, i że chwiejność jego mniemań w stosunku do jego badań i po­szukiwań wzrasta, to nie przypuszczam, aby jakie protestanckie sumienie mogło mnie o kłamstwo pomawiać.

 

Jeżeli się na protestancką podstawę (Principium) z innego jeszcze punktu widzenia zapatrywać będzie­my, to ona nas właśnie wprost do zaprzania wszelkiej wiary doprowadzi. Wie-li kto, co czynił gdy do lu­du się odzywał: Wierzajcie tylko własnemu osobiste­mu badaniu. Nie jestże to to samo, co powiedzieć najwy­raźniej najliczniejszym ludziom: Nie wierzajcie w nic (3). Jakoż w rzeczy samej nikt się nie odważy zaprze­czyć, że badanie wielu ustępów Pisma św. jest zupełnie niemożebne i przechodzi pojęcie ludzi nieumiejętnych i nieświadomych, słowem, pojęcie pospólstwa, które większą część ludzkiego rodzaju stanowi. Przyzna­wali to bardzo często protestanccy pisarze, lubo ta­kie przyznanie dla samychże protestantów było okropnym, ale sam zdrowy rozum do takiego zeznania ich zniewalał. Czuli bowiem aż nazbyt wielką niedorzeczność w twierdzeniu, że pospólstwo może bardzo ja­sno pojmować znaczenie Pisma św., kiedy nawet uczeni do jednego porozumienia się dojść nie mogą. – Bo jakoż pospolity chłopek może dojść zawiłego tłumaczenia Pisma św., który nawet potoczną pospolitą książkę dobrze nie pojmuje. Jeżeli zaś partykularne badanie dla większej części jest niemożebne, a jeżeli pomimo to według zasady protestantyzmu to badanie jedynym jest środkiem do nabycia prawdziwej wiary; więc nie można uniknąć płynącego z tej za­sady nieuchronnego wniosku, że największa część protestantów w wyznawaniu prawdziwej wiary musi być powątpiewającą. – Taki zatem jest nieszczęśliwy los nauki, która wprawdzie z początku miłości wła­snej schlebia, ale człowieka wkrótce upokarza. Wynoszą rozum osób pojedynczych, aby go do nieposłuszeństwa wyrokowi Kościoła pobudzić, zachę­cają go mówiąc: niczego się nie bój, twierdź, kłamaj, wystawiaj artykuły wiary według upodobania, ty sam sobie wystarczasz, a w rezultacie jakiż stąd wnio­sek, jedno ten, ponieważ lud ten nikomu nie wierzy tylko samemu sobie, więc w nic nie wierzy. Trzeba i to koniecznie zauważyć, że, jeżeli pospólstwo w wie­lu protestanckich krajach jeszcze jakąś wiarę prze­chowuje, to to nie wypływa bynajmniej z zasady protestanckiej, lecz przeciwnie, jest to praktyczne na­stępstwo nie zważania na praktyczne tej zasady zasto­sowanie. Pospólstwo tworzy sobie wiarę według kazań swojego pastora. Czuje to ono aż nazbyt, że gdy­by ją chciało utworzyć według swojego niemożebnego badania, to by wiarę w tejże samej chwili utraciło (4). Jeżeli zaś wiara chrześcijańska jest dla największej liczby chrześcijan niemożebną i niedostępną, więc też i chrześcijanizm taki, nie może być prawdziwą religią, gdyż religia jako wszystkim potrzebna musi być dla wszystkich dostępną. Protestantyzm wprawdzie utrzymuje, że jest prawdziwym chrześcijanizmem, ale według jego zasad, chrześcijanizm nie jest już żadną prawdą. Taki jest konieczny i ostateczny wniosek, a każdy protestant, który do tego wniosku nie docho­dzi, to samego siebie nie rozumie.

 

Gdybyśmy na tych tak prostych, tak stanowczych uwagach poprzestali, to byśmy przynajmniej powierz­chownie poznali jako protestantyzm w nieuniknionym następstwie nad zniweczeniem Chrystianizmu pracuje. Ludzie przy tym zawsze obstawali, że pra­wdziwa religia nie powinna być prywatnym mniema­niem, ale że powinna być społeczeństwem, które się zewnętrznym wyznaniem wiary ujawnia. Takie spo­łeczeństwo jako skarbiec prawdziwej wiary stało się wyraźniej jeszcze rzeczywistym, odkąd Chrystus swój Kościół, to jest społeczeństwo duchowne jedy­ne, nieprzerwanie trwałe, powszechne i święte na jawnym wyznaniu chrześcijańskiej wiary założone ustanowił (5). Oczywistą rzeczą jest, że duchowne społeczeństwo czyli Kościół bez wyznania wiary ani istnieć, ani widomym być nie może. Bo i jakoż by mógł Kościół wiarę wyznawać, gdyby ją jawnie ze­wnętrznie nie wypowiadał? Jeżeli zaś każdemu pry­watnemu człowiekowi przyznamy prawo, do wytwo­rzenia sobie wiary według tego, jak sobie Biblię tłumaczy, któż to nie zrozumie, że stąd konieczny wypły­wa wniosek, iż to wspólne wyznanie wiary jest rzeczą, jak sobie tylko wyobrazić można, niemożebną. Symbol wiary zawiera to, w co niezbędnie wierzyć potrzeba. Lecz jakżeż można określić to, w co wierzyć potrzeba, jeżeli każdemu pojedynczemu prawo się przyznaje, aby zdecydował, co może przyjąć a co odrzucić. Przy­znanie takiego prawa nie jestże prostym oświadcze­niem, że nie chcemy żadnego dogmatu ustanowić nawet w tym, co się zdaje być potrzebnym do wie­rzenia? Jeżeliż rozum pojedynczego człowieka jest niezależnym od innego rozumu, więc nie może nikt od drugiego wymagać, ażeby w to wierzył, w co on we­dług swego rozumu wierzy. Każdy może mieć swoje czysto indywidualne mniemanie, ale z tego nie utwo­rzy się nigdy wspólne prawidło wiary, któremu by się ktoś inny poddać był obowiązany. Ty odkrywasz ten lub ów dogmat w Biblii. Ty weń wierzysz według twego rozumu. Lecz jeśli inny rozum toż samo w Biblii nie znajduje, albo nawet coś sprzecznego z twoim dogmatem spostrzeże, to on według tej samej zasady, według której ty go przyjmujesz, musi twój dogmat porzucić. Tak np. wierzy lute­ranin w rzeczywistą obecność Chrystusa w Najświę­tszym Sakramencie (6), przeciwnie zaś kalwiński ro­zum, który nie ma obowiązku, aby luterskiemu rozumowi podlegał, nie znajduje w Biblii takiego dogmatu, przeto nie może się ani od luteranina doma­gać podobnej wiary, ani też potrzebę uznania swo­jego dogmatu innym narzucać. Tak podobnież luterski i kalwiński rozum jest przekonanym, że Bó­stwo Jezusa Chrystusa z Pisma świętego wyraźnie się wywodzi. Lecz jeżeli socynianin, który Pismo święte również według swego rozumu objaśnia, w tymże Piśmie świętym podstawy do sprzecznego twierdzenia znajduje, więc nie może ani luteranin, ani kalwinista twierdzić, że wiara w Bóstwo Jezusa Chrystusa jest niezbędnie potrzebną. Muszą i owszem zezwolić, że dogmat ten, z mocy wspólnej z protestantami zasady, socynianin powinien odrzu­cić. Zastanowiwszy się wreszcie nad wszystkimi objaśnionymi dogmatami, to wypadną nad każdym z nich, też same wnioski. Nie znajdziemy ani jedne­go dogmatu, w któryby człowiek chcąc pozostać chrześcijaninem według protestanckiej zasady ko­niecznie wierzyć był obowiązanym (7).

 

Zapytaj się protestantyzmu i domagaj się od niego, aby ci wskazał prawdy wiary, w które chrze­ścijanin koniecznie wierzyć powinien. On na to nie potrafi odpowiedzieć. Te tak sprzeczne z sobą wy­znania protestanckich kościołów muszą, a nie mogą inaczej przypuszczać jak to, że ich ustawodawcy, wychodząc z ustawy prawa partykularnego tłumaczenia wiary, niektóre zasady jako zawierające się w Piśmie świętym uznawali, inne zaś odrzucali, a więc że tylko swoje indywidualne zdania przedsta­wiali. Protestantyzm sam nie zapiera się tego i od niedawna dozwolił on i tym wymarzonym wyznaniom wiary z tegoż samego prawa korzystać. Bo zapytaj się tylko członków owego protestanckiego społeczeń­stwa, które się jeszcze zawsze według swojego Augs­burskiego wyznania wiary, takim (to jest Augsburskim) nazywa, czy oni się poczytują być w obo­wiązku we wszystkie tegoż wyznania artykuły wierzyć; a oni się na takie pytanie uśmiechną. Alboż nie wia­domo, co o tym Symbolu wiary w mieście Kalwina orzeczono? alboż to rzecz tajna, jaką maksymę kler anglikański przyjął: że można jakąś formułkę wiary podpisać, lubo się ją wewnętrznie odrzuca, i że skutkiem tak dziwnego postępowania, członkowie tego kleru bez namysłu przysięgają wszystkie arty­kuły anglikańskiego wyznania wiary utrzymywać, a sąd o naukach w nim zawartych może sobie każdy czynić jak mu się tylko podoba (8). Protestantyzm czuje tę niemoc w ustaleniu swej wiary tak dalece, że z pewnym anglikańskim biskupem przyznaje: Protestantyzm polega na tym, że wierzyć można w co kto chce, a można sobie wymyślać to w co się wierzy. Protestantyzm znosi taką mowę obojętnie. Nie przeczy, że ona jest jego własną mową, ponieważ wie dobrze, że to jest tylko ostatecznym wnioskiem nauki, którą się oni zaszczycają. Musi więc wreszcie przy­znać, że on nic takiego nie może podać w co chrze­ścijanin, aby nim był, wierzyć powinien, a w rozpaczy o swoją sprawę musi na tym kończyć, że on sam wiedzę, o rzeczach wiary, za niepożyteczną uznaje. Przemawia on z Biblią w ręku do ludu: "Prawda jest tu w tej księdze zawarta, ale co jest prawda, czym jest chrześcijanin o tym ja nie wiem. Wie­rzysz-li w Boga w Trójcy jedynego. Wierzysz-li w Bó­stwo Chrystusowe, wyznajesz kary wieczne, to jesteś chrześcijaninem. Lecz choćbyś w to wszystko nie wierzył, toś także jest chrześcijaninem. Jakiekolwiek by były twoje osobiste mniemania, jeżeli tylko utrzymujesz, że one się w Biblii znajdują, to już dosyć. Któżby się odważył określić, w co konie­cznie wierzyć należy? To sobie tylko Kościół kato­licki przywłaszczył i to wykonywał po wszystkie czasy. My zaś, których religia na tym zależy, wie­rzyć w to wszystko w co kto chce, nie możemy takiej niewoli znosić, inaczej musielibyśmy się wyrzec na­szego prawidła wiary, uznajemy wprawdzie, że się to dziwacznym wydaje, jako Bóg do ludzi przema­wiać mógł, iżby oni nie wiedzieli co On mówił. Lecz gdy to inaczej być nie może, a protestantyzm nie po­winien być w błędzie, więc trzeba temu jakkolwiek bądź wierzyć. Bądźże sobie więc obok tej nieświa­domości spokojnym i pewnym, że możesz być do­brym chrześcijaninem, chociażbyś nie wiedział, w co ci wierzyć potrzeba, aby być chrześcijaninem".

 

Co się mnie tyczy mili bracia! to taka mowa przekonała mnie, że trzeba zaprzestać być prote­stantem, aby chrześcijaninem zostać.

 

Podkopując i burząc wiarę, podkopuje też pro­testantyzm i burzy wszelką moralność, której ko­nieczną podstawą jest wiara. Każdy moralny obo­wiązek jest wynikiem pewnej prawdy. Protestan­tyzm zaś zezwala na wszelkie rodzaje wiary, a zatem też zezwala i na wszelkie rodzaje moralności. Nie może on się zdobyć na żadną stałą naukę moralności, ponie­waż na sędziego moralności narzuca się rozum każdego pojedynczego człowieka. Nie ma przeto żadnej wspólnej nauki moralnej, ponieważ nauka ta musiałaby się zmie­niać według mniemania każdego w szczególności; nie ma żadnej stałej nauki moralnej, ponieważ ta musi być tak zmienną, aby do zmiany każdego pojedynczego rozumu pasowała, nie ma żadnej obowiązującej nauki moralnej, ponieważ obok niezależności rozumu je­dnego człowieka od rozumu każdego innego, tak względem moralnej jako i wiarowej nauki, tak samo nikt nie ma prawa drugiego zobowiązywać do przy­jęcia tej moralności, której sam hołduje, jako nikt nie ma prawa kogo innego przyniewolić do uznania tych mniemań, które on sam za stałe uznaje.

 

Gdyby przeto kto chciał nauczać, że dobre uczynki nie są do zbawienia koniecznie potrzebne, i że człowiek raz przez Boga usprawiedliwiony pewnym jest swo­jego zbawienia, jakiejkolwiek bądź by się zbrodni do­puszczał, to nie mógłby protestant takowego wy­znawcę potępić, lubo by go taka nauka, rujnująca z fundamentów wszelką moralność, oburzała; po­nieważ i ten wyznając taką naukę, która mu się we­dług jego rozumu w Biblii zawartą być zdaje, wykonywa tylko prawo swobodnej partykularnej interpretacji, które protestantyzm uznaje. I rzeczywiście te potworne nauki były powszechnie wykładane, przez obu twórców protestantyzmu (9). I owszem oni je przedstawiali jak główną podstawę swojej moral­ności, twierdząc, że się takowe najwyraźniej w Biblii znajdują. Z tejże samej zasady wychodząc twier­dzą nowochrzczeńcy, że dla spełniania Boskich roz­kazów potrzeba wszystkich grzeszników pozabijać, do­bra ich skonfiskować i nowy porządek rzeczy zaprowadzić (10). Resztę potworności tychże nowochrzczeńców wyliczać byłoby za długo. Inne protestanckie sekty powstały wprawdzie przeciw takim naukom, lecz ponieważ i ci podobnież z tej samej zasady, to jest z wolności swobodnego tłumaczenia Pisma świętego wychodzą, więc musieli też i te nauki tolerować, aby nawzajem tejże tolerancji doznawali. Nie jestże morderstwo zbrodnią wykluczającą z Królestwa nie­bieskiego? Tak jest, odpowiada wiele sekt reformo­wanych; tak nie jest, twierdzą socynianie, przynaj­mniej wtenczas, jeśli to nie staje się długim nało­giem. Któż pomiędzy tym dwojgiem będzie sędzią? Rozum? Ależ każdy z nich powołuje się na swój ro­zum. Biblia? Ale tę każdy tłumaczy na swój sposób, zaczem moralność socynianów powinna by być powszechnie tolerowaną. Niech no się zjawi jaki fa­natyk z Biblią w ręku, jako to przywódca familistów (11), niech naucza, że jest dobrą rzeczą trwać w grzechach, aby łaska Boża tym szczodrobliwszą się okazała, lub jako antynomierzyści (12), że cudzołóstwo, kazirodztwo, morderstwo, czynią człowieka świę­tym na ziemi, a szczęśliwym w niebie; jednym słowem każdy kto uczy to co mu się podoba, każdy taki powinien być tolerowanym. Nie ma żadnego punktu w chrześcijańskiej moralności, o którym by prote­stantyzm mógł powiedzieć, że mu się trzeba w czy­nie poddawać, ponieważ dla protestantyzmu żadnego dogmatu nie ma o którym by śmiał powiedzieć, że trzeba swój rozum doń zastosować; a tak jako jego artykuły wiary dadzą się do tego jednego zasadni­czego twierdzenia sprowadzić: "Wierzę we wszystko co mi się prawdziwym być zdaje", tak, podobnież wszel­kie prawidła jego moralności redukuje się do nastę­pującej tezy: "Powinienem wszystko czynić co mi się dobrym być wydaje". Takie to jest prawidło moralno­ści, z którego każdy jakiekolwiek by były jego na­miętności zarówno zadowolonym będzie tak, jako po­przestaje na formule wiary odpowiedniej jego błę­dom, niechby sobie były, jakimi bądź chcą.

 

Można stosownie do tego i o czci zewnętrznej toż samo twierdzić, bo i czymże ona tu być może? Cześć zewnętrzna jest objawem wiary. Owóż ponieważ u protestantów nie ma żadnego wyznania wiary, więc też nie może być żadna temu wyznaniu odpowiednia cześć Boga zewnętrzna. Ponieważ się u nich wiara zmieniła i dotąd się jeszcze codziennie zmienia, więc i ona cześć Boga zewnętrzna powinna by być koniecznie zmienną, albo jeżeli obok zmiany wiary, cześć zewnę­trzna się nie zmienia, to jest ona tylko widmem jakiejś wiary, której rzeczywiście nie ma. Wreszcie jako się w protestantyzmie wiara tylko w indywidualnych po­jęciach porusza, które z sobą w różny możebny sposób są sprzeczne, więc i cześć zewnętrzna może się tylko w rażącej sprzeczności jako społeczny wyraz sprze­cznych poglądów przedstawiać, albo potrzeba by tyle odmiennych obrzędów czci zewnętrznej obmyśleć ile różnorodnych mniemań w umyśle pojedynczych członków znajdować się może.

 

Dlatego też protestancka cześć zewnętrzna wszędzie oznaki bliskiego swojego rozkładu przedstawia. Za­leży ona głównie na kazaniu. Ale i to już straciło w oczach protestantów wszelki religijny charakter. Przynajmniej w samym swoim zarodzie przyznawała sobie reformacja w wielkiej swojej zarozumiałości, że Duch Święty szczególnym sposobem wspiera predykantów w objaśnianiu Biblii. Lecz odkąd po­znano, że ten Duch jednocześnie ogłasza dogmaty z sobą sprzeczne i że wreszcie żadnego dogmatu nie uczy, zniknął zarazem ten religijny urok – a predy­kant wstępujący na mównicę dla objaśnienia Ewangelii, nie jest już teraz niczym więcej jak tylko czło­wiekiem, który swoje widzi-mi-się wskazać zamie­rza innym ludziom, mającym takież samo prawo zapa­trywania się na wszystko według swego sposobu wi­dzenia, zupełnie prawie tak, jak filozof prawi wobec swojego audytorium, które o jego wykładzie wyrokuje. Protestantyzm podtrzymuje wprawdzie jeszcze modlitwę w Imię Jezusa Chrystusa, ale czymże jest ta modlitwa, odkąd w protestantyzmie nie wiadomo, czy Chrystus jest Bogiem, czy człowiekiem, jak to (ostatnie) socynianie i muzułmanie utrzymują? Alboż to protestantyzm nie pojmuje, że to jest bezbożnością do Chrystusa się nie modlić, jeśli On jest Bogiem; lub że to zakrawa na bałwochwalstwo modlić się do Niego, jeżeli On Bogiem nie jest. W taką niepoko­jącą sumienie alternatywę, popycha protestanta owa zewnętrzna cześć Chrystusa wobec niepewności wiary, czy Chrystus jest Bogiem, lub tylko człowie­kiem. Co się zaś świętej Wieczerzy (13) tyczy, którą protestanci zawsze za Najświętszą oznakę swojej czci zewnętrznej poczytują, to wiadomość o pojęciach jakie sobie o niej do dziś dnia tworzą, sprawia wszę­dzie wielkie zgorszenie. Kiedy niedawno temu, przy okazji połączenia się lutrów z kalwinami, predy­kanci zapowiedzieli, że rozdawać będą Ciało Chry­stusowe jednym rzeczywiste, a innym tylko pod fi­gurą, odpowiednio do szczegółowej każdego przyj­mującego wiary (14), cóż oni w swoim zaślepieniu innego czynili, jedno, że wobec całego świata przy­znali, że protestantyzm zarówno tak mało wie w co w przedmiocie Wieczerzy wierzyć należy, jako we wszystkich innych rzeczach; a uroczysty akt chrze­ścijańskiej czci, służy im tylko za ceremonię, na którą nie ma co zważać. Cóż wreszcie powiedzieć mogę o Sakramencie Chrztu, który tak dawny, tak powszechny jest, jak sam chrześcijanizm. Sakrament ten tak uroczyście od Chrystusa postanowiony, uważany jest za niepożyteczny zwyczaj Kościoła. Protestantyzm zaciera tu swoją obojętnością względem tego najistotniejszego znamienia chrześcijańskiego, ostatni ślad odróżniający go od bałwochwalczych narodów. I możnaż się tu dziwić, że tak wielu protestantów do takich bezbarwnych czyli wiarowego znaczenia pozbawionych obrzędów nieprzezwyciężony wstręt czują, kiedy ich chrześcijańskie znaczenie do takiej, że tak powiem, oczywistej niedorzeczności się spro­wadza. Ten kult utrzymuje się wprawdzie jeszcze tak jako się martwe ciało, z którego się dusza ulotni­ła, do pewnego czasu utrzymuje, ale korupcja wkrótce nastąpi i wszystko się w proch zamieni.

 

Aby dowieść, że protestantyzm w swoim rozwoju jedynie do zniweczenia chrystianizmu prowadzi, nie potrzeba się bynajmniej w rozbiór tych wszystkich uwag wdawać. Jedna uwaga już do tego wystarczy. Protestanci wyobrażają sobie, że chrześcijanizm je­dynie tylko na tym od Boga natchnionym Piśmie św. zależy. Zaczem Chrześcijanizm do swojego istnienia potrzebuje tylko posiadać pewny środek do rozpoznawania ksiąg natchnionych. I jakiż to sposób, jaki środek? Może nim jest podanie (tradycja) w kościołach protestanckich? Bynajmniej, ponieważ to wywodzi się dopiero od trzech wieków. Może nim jest podanie Kościoła katolickiego? To tym mniej, bo protestanci odrzucili wiele książek, które Kościół katolicki jako Boskie uznaje. Może przynajmniej względem ksiąg Sta­rego Testamentu mają za sobą podanie żydów. I to nie, ponieważ Reformowani niektórych książek nie przyj­mują, które żydzi jako natchnione szanują. Zaczem dla każdego protestanta pozostaje jako jedyny środek jego własny rozum, który to główne zadanie, tak jak wszystkie inne, rozstrzyga, a jeśli się rozum w swojej decyzji nie poczytywał za nieomylny, musi się cały protestantyzm opierać na niepewności. Co gor­sza, każdy protestant może każdą książkę Starego i Nowego Testamentu odrzucić lub uznać według te­go jak mu to jego partykularny rozum, jedyny o natchnieniu ksiąg Pisma świętego, sędzia, wskazuje. Pierwsi Koryfeusze protestantyzmu na podstawie takiego prawa, kilka książek z katalogów Pisma świę­tego wyłączyli; może więc każdy protestant z mocy tegoż prawa zarówno jeszcze inne księgi wyrzucić. A jako nie ma dogmatu, któremu by protestant według praw reformacji nie mógł zaprzeczyć nie przestając być chrześcijaninem, tak również nie ma żadnej księgi, której by Boskiego pochodzenia nie mógł odmówić, nie przestając podobnież być chrześcijaninem. Za­czem potrzeba wszelkie niezgody w przedmiocie do­kumentów świadczących o objawieniu tolerować, po­dobnież jako się jest zniewolonym do tolerancji wszelkich rozterek w przedmiocie zawierającej się nauki w tychże dokumentach zawartej, ponieważ jak jedno, tak i drugie z tej samej niezawisłości w prze­dmiocie wiary każdego pojedynczego człowieka wy­pływa. Gdy wreszcie protestantyzm doprowadzo­nym zostanie do przyznania się – że on rzeczywiście nie wie na czym wiara polega – lubo mu tyle przynaj­mniej wiadomo, że to w co wierzyć potrzeba zawie­ra się w Piśmie św. – to wreszcie i do tego ostatnie­go a ciasnego kąta przyparty, zniewolonym zostanie do wyznania, że on nie jest w możności orzec, czym wła­ściwie jest Biblia.

 

Jeżeli zaś po tym wszystkim kto zechce o chrze­ścijaństwie rozprawiać, i to imię sobie przywłaszczać, to sumienie jego, które się samą nazwą chrześcijani­na nie dozwoli omamić, wręcz mu straszny wyrok przeciwko reformacji wypowie:

 

"Dla ciebie żadnego chrześcijanizmu nie ma!"

 

Lecz na tym niech będzie dosyć: według tego potraficie zapewne, czym jest protestantyzm, osądzić. Historia jego jest następująca: Przewodnicy nadali sobie samym posłannictwo (misję) i ogłosili, że oni z własnego posłannictwa się pojawili dla poprawy Kościoła. Zbłąkani! zważcież sami coście zrobili. – Skoroście już raz odrzuciwszy powagę katolickiego Kościoła, niezależność w rzeczach wiary każdemu po­jedynczemu człowiekowi przyznali, narzucili się wam w oczach waszych inni reformatorowie, ażeby wasze dzieło dalej posuwać. Zreformowali też oni waszą naukę, tak samo, jakoście i wy z Kościołem uczynili. Wyście powiedzieli: porzucamy wasze dogmaty, po­nieważ one z rozumem naszym się nie zgadzają. Oni też rzekli: porzucamy inne wasze dogmaty, bo na nie rozum nasz zezwolić nie może. Pytaliście się ich: – Co wy za jedni? Oni nawzajem was zapytali: – Co wy za je­dni, którzy Kościołowi posłuszeństwo wypowiadacie? I nie umieliście na to odpowiedzieć. Z tego co się przy samym zawiązku waszego dzieła przydarzyło, dostrzegliście pożałowania godne skutki, i z trwogą odsłoniły się wam w przyszłości one nieskończone spory różnorodnych mniemań, one niezmierne powi­kłania nauk, one wszechstronne spustoszenia w wie­rze, któreście w dziedzictwie potomności przekazali. Och! przeczucia wasze nazbyt były małe w porówna­niu z tym, co się później rzeczywiście stało. Nie wi­dzieliście wszystkich następstw tego, coście uczynili, ale skutki tego coście wy uczynili, my teraz naocznie widzimy. Ledwieście do grobu zstąpili, kiedy się nowe sekty na hasło waszego, w świat rzuconego, bun­tu wynurzyły, co wiarę, którąście jeszcze przecho­wali, ludowi wydarły i niczym nie tamowane, każdy symbol wiary zniweczyły.

 

Wszystkie te sekty, które z tej powszechnej pro­testanckiej zasady wyrastają, mają równe prawo do tolerancji – wszystkim musi ona być dozwoloną. Do każdej sekty można przystać i każdą porzucić bez na­rażenia się na wykluczenie z chrześcijaństwa (15). Bo później, po zachwianiu się pierwotnych sekt, bez­imienna obojętność (indyferentyzm) czyli uśpienie śmiertelne, w którym reformacja na zawsze zagrzęzła, pożegnała się z prawdą na wieki, albo zrozpaczyła o jej wynalezieniu.

 

Jad ten zobojętnienia długo się rozpościerał w ser­cu reformacji, aż wreszcie podniósł swój głos, aby swą ostatnią wolę w samym ognisku protestantyzmu przez zaprzanie Bóstwa Chrystusowi w autentycznym akcie wypowiedział (16). Ten uroczysty upadek, któ­ryby wśród protestantów powinien wzbudzić wrza­wę i oburzenie, gdyby jeszcze chrześcijanami byli, został jednak z gorszącym milczeniem uznanym. Lecz protestantyzm już teraz wszystkiego dokonał. Dzieło jego doszło już do swojego celu i nie ma już nic w chrześcijaństwie do zreformowania, kiedy się już reformować samego Boga podjęto (17).

 

I możnaż jeszcze do tego świadectwa, którym re­formacja się sama potępiła, co więcej dodać? Jest jednak dla nich coś okropniejszego, czego zamilczeć nie mogę. Bom niczego nie chciał przed wami zataić. Pytaj­cie wszystkich mężów, co w Europie nad zagładą chrześcijanizmu pracują (18), zapytajcież ich, czy oni protestantyzmu nie uważają za najwłaściwszy środek, który zamierzone przez nich dzieło zagładzenia wiary chrześcijańskiej przygotował, i do dziś dnia przygo­towuje? W krajach gdzie on panuje wzmaga się to przedsięwzięcie z zadziwiającą szybkością, a to za po­średnictwem samejże nauki protestanckiej, podko­pującej formalnie wszystkie dogmaty chrześcijańskie. W katolickich krajach radzi by oni burzyciele wiary, swój zamiar przez zaprowadzenie reformacji rozpo­cząć. Ponieważ według ich mniemania, jest to środek niechybny do zaszczepienia niewiary w ludziach, gdy się ich wprzód na protestantów wykształci. Jest to za­miarem nie tylko pojedynczych osób lub jakiego taj­nego stowarzyszenia, ale jest to plan jawnie uznany. Zapytajcie ich o to, a oni wam inaczej nie odpowiedzą. I nic w tym dziwnego. Bezwyznaniowcy wiedzą o tym dobrze z historii protestantyzmu, że umysły ludzkie po zrzuceniu z siebie jarzma katolickiej po­wagi, pozostawione sobie samym, dadzą się do każ­dego błędu nakłonić, i że ludy po tylu zmianach i niepewnościach, pozbawione pewnego prawidła do poznania wiary, łatwo do tego dojdą, że sobie wszel­ką wiarę sprzykrzą. Ponieważ zasadnicze prawidło protestantyzmu z zasadą bezbożnych filozofów, jest zupełnie jedno i to samo, więc burzyciele wiary zadawalają się już chociażby tym, że protestantyzm im tą swoją, z nimi identyczną zasadą, tryumf gotuje; są bowiem pewni, że sam czas im, z tejże zasady, wszystkie następstwa sprowadzi. Dlatego to tak bardzo się protestantyzmem interesują. W sprawach swoich bezbożnych, nie pomijają oni żadnej sposob­ności, aby mu z całą uprzejmością równe dawać po­chwały, jakie mówiąc o rzekomej filozofii, tejże oddają. Używają tysiącznych wybiegów, ażeby w katolickich na­rodach życzliwość dla protestantyzmu zjednać. Z całą gorliwością przyzywają oni reformację do pomocy, wi­tają jako swoją przewodniczkę, ażeby niewierze dro­gę ułatwić, i łatwo mu przebaczają te resztki umiera­jącego chrześcijanizmu, rozumiejąc to dobrze, że oni w gruncie z nimi są w zgodzie. Całą swoją zacie­kłość zwracają oni ku katolickiemu Kościołowi (19), który wszystkie ich napady nielitościwie odrzuca. Któż się nie zdumieje nad tym przymierzem, nad tym braterstwem protestantyzmu z niewiarą? Jakież wi­dmo może nas do ocknienia się doprowadzić, jeśli nas to godło śmierci nie przerazi. Ty, który katolickiego Kościoła wiarą pogardzasz, kiedy cię ta wzywa "przy­stąp do mnie, a ja z niewiary cię wyratuję", uwierz przynajmniej niewierze, która ci przyklaskuje mó­wiąc: "Niech protestantyzm zapanuje – ja za moje zwycięstwo ręczę".

 

I czemuż się jeszcze kochani bracia w porzuceniu tych nieszczęsnych sekt ociągacie, którym tak pilno tego chrześcijanizmu się pozbyć? Azaliście się trzechwiekowym doświadczeniem aż do zbytku nie nau­czyli w co się religia zamieni, gdy się ją na pastwę odda dowolnym każdego człowieka mniemaniom? Azaliż wam jeszcze czego do waszych doświadczeń brakuje? Takżeśmy to już głęboko upadli? Niedłu­go, a protestantyzm zaprze się jeszcze i swego nazwiska, a połączy się w jedno z niewiarą. Jeden tylko pozostaje środek do odzyskania prawdy, a tym jest skierowanie się na drogę, z którejśmy zboczyli. Jeżeli chrześcijanizm niewątpliwie tam ginie, gdzie każdy pojedynczy się mistrzem jego czyni, to może on tyl­ko się ostać tam, gdzie każdy pojedynczy powagę Kościoła za prawidło swej wiary poczytuje. Tę powa­gę, która jest warunkiem bytu religii porzucać, zna­czyłoby to samo, co bunt samemu Bogu wypowiadać i wbrew Jego woli chcieć być chrześcijaninem. Opa­miętajcie się przecie choć teraz, a poszukajcie tę jedną nieprzerwaną i powszechną w całym świecie powagę. I jestże to trudno ją poznać? wzdrygaż się wasze sumienie do jej uznania? Czy sądzicie, że wiarę poza Kościołem katolickim znajdziecie? Jeżeli o nic więcej, a tylko o wynalezienie tej koniecznej powagi idzie, to już o tym żadnej sprzeczki być nie może. Niedowiarek i protestant, obaj w tym się zgadzają, że powagi gdzie indziej nie ma, tylko w katolickim Kościele. Tę prawdę cały świat jednozgodnie wy­głasza. Któż nie wie, że tylko Kościół katolicki, i on tylko sam jeden od kolebki chrześcijaństwa w po­siadaniu tego prawa się znajdował, że wiary za pośre­dnictwem powagi nauczał, i że powszechne a nie­przerwane podanie w Kościele zawsze prawidłem wiary było, a temu podaniu każdy wierny swoje mnie­mania poddawał. Komu tajno, że dzięki temu urzą­dzeniu, Kościół katolicki wszystkich takich zaw­sze wykluczał, którzy powszechnemu podaniu swoje partykularne mniemania podsuwali, i że samo imię heretyka, które nowatorom nadawano w właściwym znaczeniu oznaczało tych, którzy sobie samym wiarę wymyślali, zamiast ją od Kościoła z pokorą przyjmo­wać? Dawniejszego początku swojej powagi żadna herezja nie posiada nad ten, który ma sama Kato­licka religia. Wszystkich sekt źródło można w cza­sie wieków chrześcijaństwa wskazać, a miano ich przewodnika, którym się zazwyczaj (20) nazywają, służy za niezatarte znamię, które im ciągle przypomina, że oni są nie czym innym a tylko sektami. Lecz Ko­ściół katolicki był od początku tym, czym dziś jest, i czym zawsze będzie, i od niego mają wszyscy here­tycy to, co jeszcze chrześcijańskiego posiadają. Po­za Kościołem wszystko się zmienia, ponieważ poza ­nim znajduje się tylko chaos indywidualnych i sprze­cznych domysłów, gdyż depozyt źródłowej wiary przechowuje się tylko w powszechnym i nieprzerwalnym nauczycielskim urzędzie. Zasadnicze bo­wiem prawidło zawiera się w słowach: "Wierzyć w to trzeba, w co zawsze i wszędzie wierzono".

 

Jeden tylko Kościół katolicki posiada symbol wiary w całym świecie i po wszystkie wieki uznany. Któż więc po tych znakach nie rozpozna Kościoła Bożego, albo czy znajdzie się gdzieś na ziemi, inna je­mu równa powaga?

 

Jeżeli nasi ojcowie byli tyle nieszczęśliwi, że z jej łona wystąpili, to pozwólcie nam, pouczonym dłu­gim w naszych błędach doświadczeniem nie ociągać się z powrotem do niego. Reformacja przewidując od dawna, że to ogromne nieszczęście może się za­kończyć powrotem zbłąkanych umysłów do Kościoła katolickiego, od którego społeczeństwa się oderwała, usiłuje sumienia swoich tym ukoić, że we współwyznawcach swoich jako uświęconą maksymę wpaja, iż się nigdy nie godzi wiary, w której się ktoś urodził zmieniać (21) i taka zasada powstrzymuje ich od po­wrotu na łono katolickiego Kościoła (22). Lecz tą samą zasadą protestantyzm sam przeciwko sobie wy­rok wydaje. Jedna jest tylko religia, która ma pra­wo powiedzieć: "Nie zmieniaj swej wiary". A tą jest ta, która nigdy swej wiary nie zmieniła (23). Bo i czymże był protestantyzm w dawnym swoim zaro­dzie, jeśli nie kolosalną zmianą religii (24). I cóż się pojawia w całej jego historii jeśli nie dalszy ciąg przemian religijnych, gdzie się spostrzegają nieu­stanne zmiany dogmatów, symbolów i sekt różnorod­nych. Czemuż nam protestantyzm, co się ciągle sam przemienia, powrót do Kościoła zawsze niezmiennego wzbrania? Czemuż to mamy uporczywie przy tym obstawać, abyśmy kajdanami niestałości ciągle skrępowanymi byli? I czymże jest innym powrót do Kościoła, jeśli nie położenie końca wszelkiej zmien­ności, a dostąpienie spoczynku w arcy-starej wierze? On ci to on, protestantyzm, tę wiarę zmienił, a my tylko do niej powracamy. Opuszczać zaś jedną sektę aby do innej przejść, byłoby wielką niedorzecznością, po­nieważ wszystkie protestanckie sekty są pozbawione wszelkiej powagi. Lecz powrót protestantyzmu do katolicyzmu zależy na tym, że się tym sposobem chwiejność wiary zamienia w jej trwałość, rozdwo­jenie w spójnię, błąd wczorajszy w wieczną prawdę. Jest to to samo co zrobić ofiarę z powątpiewań dla po­zyskania prawdy, śmierci unikać aby żywota dostąpić.

 

Tak więc mili bracia i ja wreszcie w końcu prze­cież mój własny obowiązek spełniłem. Zawinąwszy do portu zbawienia, wznoszę głos, aby was do tegoż zaprosić, którzy nazbyt długo jeszcze przy błędach obstawacie. Nie pozostaje mi, jak tylko modlitwa do Naszego Zbawiciela, aby On w miłosierdziu Swoim tę chwilę przyśpieszył, w której byśmy się wszyscy na łonie wspólnej matki Kościoła mogli uściskać. Szczęsna przemiana już się w całym protestantyzmie pojawia. Wiele przesądów już pokonano, wiele su­mień już się ocknęło (25). Ruch przybiera z dnia na dzień, a podczas gdy inni w błędzie trwają, i z nim do kresu życia dochodzą, a w końcu się pospołu z niewiernymi gubią, to jednocześnie wielu prote­stantów wiarę Jezusa Chrystusa miłujących, wraca do Kościoła, który tylko jeden może ich uratować, i stają się katolikami, aby być chrześcijanami. Wieluż to jest takich, co ich sumienie niepokoi, a to podobno od dawna? Wieluż jest takich, których ludz­kie tylko względy powstrzymują, a wewnętrznie ubolewają, iż nie mają tyle odwagi aby z siebie zro­bić ofiarę? Moja wola była jeszcze słabsza; ale przez modlitwę dostąpiłem tej siły, jakiej ofiara moja wy­magała. Wszakże i oni mogą Boga o toż samo pro­sić, a dostąpią szczęścia, iż taką samą łaskę odbiorą. Bóg wylewa łaski na pokornych (26). On objawia, On opowiada Swą mądrość wobec maluczkich, a ukrywa ją przed pysznymi. Takimi są ci, co pojmują nikczemną wartość tego doczesnego życia, i których nic nie powstrzyma, gdy idzie o życie wieczne.

 

Laval

 

–––––––

 

Jeden z moich nauczycieli Paweł Latour, pastor kościoła protestanckiego w Bordeau, Członek Prezydialny Konsystorza w Mas-d'Asil, w departamencie Arriége dostąpił szczęścia, iż jednocześnie ze mną wrócił na łono Kościoła. Osądziłem za rzecz wła­ściwą przedstawić wam zeznanie jego rozrzewniają­cego nawrócenia.

 

Ja niżej podpisany Paweł Latour, oświadczam wobec nieba i ziemi, żem do dziś dnia wyznawał kalwińskie zasady dlatego, żem nieszczęściem z protestanckich rodziców pochodził. Gdym jednak od lat kilku przy pomocy nauki i łaski Bożej do zbadania Katolickiej Apostolskiej i Rzymskiej nauki się przy­kładał, poznałem w niej jedyny Kościół, który pra­wdę wygłasza, podobny do okrętu urągającego się z burz, i do skały, o którą się kłamstwo i błąd roz­bijać będzie.

 

Lękając się, aby mnie śmierć nie zaskoczyła za­nim się tak, jakom to Bogu i Kościołowi winien, mo­ich błędów jawnie nie wyprzysięgnę, zachęcony budującym przykładem godnego i zacnego P. Dambois de Larbour, byłego mojego parafianina, pokrzepiony uczuciami i powodami przez Hallera w piśmie okólnym do swojej rodziny tak wymownie skreślonymi, a głównie wzruszony łaską Ducha Świętego, która wreszcie trudności i przeszkody, które nieszczęściem ja sam jej skutecznemu działaniu stawiałem, pokonała, poczuwałem się do obowiązku niezwłocznie wyraz moich uczuć publicznie objawić, tak jakom go w peł­ni mojej duchowej i moralnej mocy pojmował. Oznajmiam przeto, że z mocnym postanowieniem mo­jej duszy i serca wszystkie nauki świętego katolickiego Apostolskiego i Rzymskiego Kościoła przyj­muję, i odprzysięgam się na wieki błędów Kalwina, Lutra i innych kacerskich mistrzów, których prze­wrotne nauki po całym świecie jedynie tylko zamie­szanie, upór i bezrząd posiały. Uznaję święte prawdy tego, nigdy nie omylnego, nieskalanego, a zawsze czystego Kościoła, który moi przodkowie nieszczę­ściem porzucili. Wobec Boga wyznaję szczerze mo­je poprzednie błędy, w nadziei, że takim wyznaniem, przebaczenie przez niewyczerpane miłosierdzie Boże otrzymam.

 

Proszę, zaklinam, wszystkich krewnych i przyja­ciół, którzy jeszcze w błędzie trwają, a których ja w tymże błędzie podtrzymywałem, aby przykład mój naśladowali.

 

Odnoszę się z pełnym szacunkiem z tym moim oznajmieniem do Najczcigodniejszego Arcybiskupa Tuluzy Klermonta Tonnera z prośbą, aby mnie o ile można najrychlej do uroczystego wyznania wiary dopuścił. Spodziewam się po jego miłości, gorliwo­ści i wysokich cnotach, że się bezzwłocznie do mej prośby przychyli, i rychło mi dozwoli wnijść do społeczeństwa tego Kościoła, na którego łonie jako najposłuszniejszy syn żyć i umierać pragnę.

 

Słowem wyznawam i przyjmuję z całej duszy i z całego serca wszystkie orzeczenia Soboru Trydenckiego, z gotowością podpisania w całej obszerności ułożonego przez tenże Sobór wyznania wiary. (*)

 

Dnia 1 września 1882 r.

 

Paweł Latour

 http://www.ultramontes.pl/scheffmacher_katechizm_powody.htm

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Księga Oskarżeń Jana Pawła II czyli Karola Wojtyły

 


 

ks. Georges de Nantes

LIBER ACCUSATIONIS SECUNDUS

https://crc-internet.org/further-information/liber-accusationis/secundus/1-your-blasphemy.html 

1. O transcendencji i królewskości człowieka :
twoje bluźnierstwo

Zajmowałeś się Królewskością naszego Pana przy wielu okazjach, ale zawsze z tego samego punktu widzenia. Pójdę tu za tobą i zacytuję w całości twój dialog z André Frossardem - z jego książki N'ayez pas peur (Nie lękajcie się), w której część przypisywana tobie została w rzeczywistości napisana, poprawiona i starannie zmieniona przez ciebie, zanim została opublikowana w 1982 roku. Książka ta zebrała najbardziej pochlebne recenzje na całym świecie, przynajmniej według mojej wiedzy. Jest ona prawdziwym wyrazem twoich własnych przemyśleń. Chciałeś, aby była ona objawieniem, czy raczej komunikatem dla całego Kościoła, twojego osobistego doświadczenia religijnego. Twoja wiara jest z nim związana.

Oto, co czytam na stronach od 222 do 227 i co obciążam. André Frossard stawia następujące pytanie: " Czy istnieje doktryna polityczna i, jeśli trzeba, czy istnieją instytucje społeczne, które można zaczerpnąć z Ewangelii? "W odpowiedzi przywołuje się "dialog między Chrystusem a Piłatem":

" Oskarżony o chęć uczynienia siebie królem, Jezus z Nazaretu najpierw odpowiedział negatywnie swemu sędziemu: ' Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi staraliby się, abym nie został wydany tym, którzy mnie ścigają (święty tekst mówi o Żydach), ale królestwo moje nie jest stąd. Piłat słusznie zauważa, że to zaprzeczenie zawiera w sobie afirmację. Dlatego pyta po raz drugi: "Czy ty jesteś królem? Na co Chrystus odpowiada twierdząco: "Tak, jestem królem. Dla tego się narodziłem i dla tego przyszedłem na świat, abym dał świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słyszy mój głos. ' "

Stąd przechodzisz przez wieki od Ewangelii Jezusa Chrystusa do Soboru Watykańskiego II. Przeskakujecie przez wieki nie zważając na rażące anachronizmy; przeskakujecie od wielowiekowego chrześcijaństwa do współczesnego humanizmu. A jednak twierdzicie, że łącznik między nimi jest "przezroczysty"! Czy w tym momencie powinniśmy się załamać i przestać ci wierzyć? Frossard woli pójść za radą Pascala: zaczerpnąć wody święconej, a potem zgłupieć, aby zachować swój podstawowy papizm. Kontynuujmy naszą lekturę razem z nim:

" Myślę, że droga od tych słów do tych z Gaudium et spes jest przejrzysta: "rola i kompetencje Kościoła są takie, jakie są, ale nie można go w żaden sposób mylić ze wspólnotą polityczną, ani wiązać z żadnym systemem politycznym (wszystko to jest łatwo zrozumiałe; to prawda, która zmusza nas do przełknięcia fałszu). Jest ona bowiem jednocześnie znakiem i gwarancją transcendencji osoby ludzkiej (tu pojawia się fałsz, któremu ulegamy bez ostrzeżenia). Pole zastosowania tych dwóch deklaracji, jednej Chrystusa i drugiej Kościoła w 1965 roku, nie jest dokładnie takie samo. "

Cóż za niedopowiedzenie! W ogóle nie jest takie samo. Nie ma żadnego logicznego związku, żadnej ontologicznej relacji między Boskim Słowem Chrystusa a pogmatwaną deklaracją Soboru. Łączenie ich przy użyciu ogromnego prestiżu i autorytetu waszej Osoby jest aktem "przemocy instytucjonalnej", jak to się dzisiaj mówi, albo alienacją najgorszego rodzaju, alienacją umysłową niewolnika poddanego kaprysowi swego pana. Wiecie jednak, czego chcecie: przebóstwić Sobór w jego najśmielszych i najbardziej rewolucyjnych propozycjach i uczłowieczyć Jezusa Chrystusa nawet w Jego najbardziej ewidentnie boskich słowach i czynach. Aby to osiągnąć, postępujecie etapami.

CHRZEŚCIJAŃSTWO NIE JEST SYSTEMEM POLITYCZNYM

Zaczynacie od wielkiej troski, przesadnej, a nawet wyrachowanej, aby oddzielić nasze chrześcijaństwo od całej polityki. Nie ma ono nic wspólnego z polityką, mówicie.

" Sobór stwierdza, że Kościół jako wspólnota nie ma charakteru politycznego, nie jest państwem. Przed Piłatem Chrystus zaprzecza, że jego władza jest polityczna. Chociaż ich zakresy zastosowania nie pokrywają się, to jednak prawie się stykają. Władza polityczna należy do wspólnot politycznych (taka jest przynajmniej teza demokratyczna i komunistyczna: dla cywilizowanych ludów przeszłości, a także dla Kościoła wszystkich czasów, władza należy na mocy delegacji boskiej do osób ustanowionych w celu sprawowania władzy). Kościół, wspólnota założona przez Chrystusa, nie aspiruje do takiej władzy. Nie jest związany z żadnym systemem, mówi Sobór. W tym właśnie sensie "polityka" nie odpowiada jego naturze, jego zasadom ani jego ostateczności. Królestwo", które się w niej urzeczywistnia, "nie pochodzi stamtąd".

" Kościół, który utożsamiałby się z państwem, przestałby być sobą. Przestałby być Kościołem. Doświadczenie dwóch tysięcy lat potwierdza, że ta duchowa granica nie została w żadnym momencie przekroczona. Pomimo różnych form zależności, jakich doświadczał Kościół w stosunku do Państwa, czy też Państwo w stosunku do Kościoła, pomimo istnienia nawet "państw papieskich", Kościół zawsze pozostawał Kościołem. Rozgraniczenie ustanowione przez Chrystusa okazało się silniejsze niż wszystkie próby historii. "

Ten równy i wzajemny rozdział, to rozróżnienie i opozycja między Kościołem i państwem, religią i polityką, wielu wyda się wymuszony, zarówno w "tezie" jak i "hipotezie", w teorii i w praktyce. Zostanie ono przeciwstawione stałemu nauczaniu Kościoła i licznym formułom porozumienia i współpracy między tymi dwiema potęgami, dwoma "mieczami", które Kościół ustanowił w ciągu wieków dla większego dobra chrześcijaństwa.

Prawda jest taka, że wasza propozycja jest sprzeczna z tradycyjnym nauczaniem katolickim, a kiedy twierdzicie, że historia Kościoła jest zgodna z waszymi teoriami, to fakty aż nazbyt wyraźnie im przeczą. Na szczęście jednak Frossard przychodzi wam z pomocą, więc możecie trwać w swoim liberalizmie, jak to ilustruje słynna maksyma Montalamberta: "wolny Kościół w wolnym państwie". Rola Kościoła nie jest bardziej polityczna niż rola jego założyciela; dowodem na to jest to, że nigdy nie była! Tak więc, od zawsze był on wierny swojej roli i nadal jest. Vaticanum II zgadza się więc z Ewangelią w tym punkcie... i w całej reszcie! Reszta? Reszta jest następująca:

CHRZEŚCIJAŃSTWO JEST HUMANIZMEM

W efekcie wchodzisz teraz w drugi etap swojej demonstracji. Rola Chrystusa i Kościoła nie jest polityczna. Czym więc jest? Cóż, jest tym, czym Jezus oświadczył, że jest przed Piłatem i czym Sobór Watykański II oświadczył, że jest dla współczesnego świata, ponieważ, jak nas zapewniasz, ich dwa języki są ze sobą zgodne:

" Powróćmy", mówi Pan, "do naszej paraleli". Druga część odpowiedzi udzielonej Piłatowi i deklaracja Soboru wydają się jeszcze bardziej zbieżne: dawanie świadectwa prawdzie i ochrona transcendentnego charakteru osoby ludzkiej, to wszystko jest jednym. "

Zaczynasz od sugestii, "oni wydają się", a kończysz narzucając swoją tezę jako oczywistą, "wszystko jest jedno". "I tak prowadzisz swoich potulnych czytelników, w stanie całkowitej alienacji umysłowej, od PRAWDY, której świadkiem jest Syn Boży i za którą On umrze, do absurdalnego i piekielnego BŁĘDU, zapożyczonego przez tę nieszczęsną Radę od najgorszych wrogów Boga, od antychrystów naszych czasów, którzy z człowieka czynią boga. Między jednym a drugim, "między Chrystusem a Belialem" (2 Kor 6.15), jaki jest związek? Żadnego. A jednak przedstawiasz tożsamość Boskiego Objawienia i tego objawienia szatana tak, jakby to był fakt.

Transcendentny charakter osoby ludzkiej jest więc prawdą! Prawdą ewangeliczną!, o której chrześcijanie świadczyli i za którą cierpieli prześladowania przez wieki? Czytając i ponownie czytając ciebie, wydaje się, że jest to cała prawda i jedyna prawda, za którą Chrystus umarł na krzyżu!

Jesteście skłonni dać pozory dowodu: " Człowiek bowiem wyraża i urzeczywistnia właściwą mu transcendencję poprzez swój stosunek do prawdy. "To zestawienie słów jest mostem wiszącym, mostem marzeń, łańcuchem idealistycznych pojęć, dzięki któremu przechodzimy od katolickiego chrześcijaństwa do współczesnego ateistycznego humanizmu, lub innymi słowy: od Ewangelii Chrystusa do świeckiego humanizmu.

PRAWDA, za którą umarł Pan nasz Jezus Chrystus, dotyczy Jego Ojca i Jego samego, w Jego jedynej, świętej, nienaruszalnej i niedostępnej Świętości, czyli w Jego "transcendencji" jako Syna Bożego, jedynego Króla całego świata i Zbawiciela swego ludu. Fałsz, z którym chcecie Go utożsamić, polega na głoszeniu, za pomocą kantowskiej koncepcji transcendencji, że człowiek jest ponad wszystkim i wszystkimi rzeczami i że między nim a innymi istotami tego świata nie ma żadnej proporcji ani relacji innej niż suwerenność. W ten sposób wyrywa się z głowy, ramion i prawej ręki Jezusa Chrystusa Jego koronę, płaszcz i berło, Jego rękę sprawiedliwości i wszystkie atrybuty i insygnia królewskie, którymi przyodziewa się człowieka. Ta "transcendencja osoby ludzkiej" - mówicie, jakby to było oczywiste - "manifestuje Jego "królewskość"". Mamy tu do czynienia z uniwersalną prawdą dotyczącą każdego człowieka, a więc wszystkich ludzi. "

Tyle słów, ile nieścisłości. "Stosunek człowieka do prawdy"... co to znaczy? Nic bardzo jasnego, na pewno.... " wyraża właściwą mu transcendencję... " poprzez relację do kogo i do czego ? Do rzeczy, do zwierząt, do grup społecznych, do władzy politycznej... do władzy kościelnej? Nie wiadomo. " ...i zdaje sobie z tego sprawę. "Ale jak można, czy też należy, realizować transcendencję, którą już się posiada? Jeśli ktoś nie jest transcendentny na początku, czy mógłby się takim stać bez pomocy?

Wreszcie, mówisz, "ta transcendencja manifestuje Jego królewskość" - królewskość człowieka, każdego człowieka. Ale czy ta królewskość jest z urodzenia czy z podboju? Czy człowiek nabywa ją przed uświadomieniem sobie swojej transcendencji, czy dopiero potem? Królowanie nad kim i nad czym? Czy jest to królowanie polityczne, etyczne, metafizyczne, religijne? Jeśli każdy człowiek jest królem, to czy wszyscy ludzie są królami ? Będąc transcendentnym, każdy człowiek jest bogiem, a więc i królem - to z pewnością bardzo pochlebna ewangelia ! Może każdy człowiek jest też papieżem ? Cała ta sprawa jest absolutnie absurdalna i nagle okazuje się potworna.
HUMANIZM, A NIE RELIGIA

Właśnie teraz, Ojcze Święty, wypowiadasz to bluźnierstwo: "Chrystus jest królem w tym sensie, że w Nim, w świadectwie, jakie dał prawdzie, objawia się "królewskość" każdego człowieka, wyraz transcendentnego charakteru każdej osoby. Takie jest właściwe dziedzictwo Kościoła. "

To bluźnierstwo jest punktem kulminacyjnym wszystkiego, co macie do powiedzenia. Jest to świętokradztwo. Pozbawia Boga Jego królewskości, aby nadać ją człowiekowi, temu bożkowi, którego każdy człowiek i wszyscy ludzie naszych czasów są zaproszeni do oddawania czci, honoru, pielęgnowania i służenia mu w sobie, w miejsce i zamiast Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa. Co więcej, czynicie Naszego Pana prorokiem tego bałwochwalczego humanizmu i męczennikiem tej najbardziej bezbożnej sprawy: godności, królewskości i transcendencji człowieka. I to jest właśnie misja, którą według was Kościół odziedziczył. Każecie Kościołowi głosić królewskość człowieka; każecie mu praktykować kult i służbę człowiekowi, transcendentnemu królowi, zamiast i zamiast Boga, i tylko Boga, aż do śmierci!

Nie można powiedzieć, że źle was zrozumiałem, skoro całe rekolekcje, które wygłosiliście przed Pawłem VI w 1976 roku, a które zostały opublikowane pod tytułem Le signe de contradiction, opierają się na zastąpieniu Boga przez człowieka, za pośrednictwem Jezusa Chrystusa. Chodzi mi o to, że wykorzystał Pan katolicką doktrynę o dwoistości natury w osobie Jezusa Chrystusa i dokonał najdziwniejszej "komunikacji idiomów", jaka kiedykolwiek miała miejsce, aby atrybuty boskiej natury Chrystusa stały się atrybutami Jego czysto ludzkiej natury, a następnie przekonał nas, że są one właściwe Jego czysto ludzkiej naturze, a zatem są właściwe również każdemu człowiekowi. Jest to ohydna kradzież, podobna do tej, którą szatan zaproponował pierwszemu człowiekowi!

Oto, co powiedziałeś w swoich rekolekcjach do papieża Pawła VI w formie pobożnego komentarza do Trzeciej Tajemnicy Bolesnej Różańca: Koronacja cierniowa:

" Oto mamy przed sobą Chrystusa w prawdzie Jego królewskości. Piłat mówi: "Oto człowiek". Dokładnie tak. Cała królewskość człowieka, cała godność człowieka, którą Jezus Chrystus przyszedł wyrazić i odnowić, streszczają się tutaj w Nim. Wiadomo, że jest to królestwo, które często zostaje obezwładnione, rzucone na ziemię i wepchnięte głęboko w błoto. Wiadomo również, że jest to godność, która jest poddawana wszelkim rodzajom upokorzeń. Sobór Watykański II przypomina nam (por. Lumen gentium 9, 10, 26, 31, 36), że Jezus przyszedł, aby objawić królewskość człowieka, i oto staje wobec ludzkości ukoronowanej cierniem! Królewskość człowieka zostaje odkupiona, a jego godność opłacona, wszystko przez krew Syna Bożego". (Le signe de contradiction, str. 107)

Jest to to samo bluźnierstwo i to samo świętokradztwo, w wyniku którego Jezusowi przypisuje się godność i królewskość nie po Ojcu Niebieskim, ale po Adamie. A rola właściwa Jezusowi i zbawienie, które przyszedł ofiarować, nie byłyby niczym innym, jak tylko "wyrażaniem", "ukazywaniem", a zatem nauczaniem, własnej transcendencji i królewskości człowieka, nawet jeśli oznacza to "przywrócenie" lub "odkupienie" ich, jeśli kiedykolwiek zostały utracone lub wyobcowane.

Dalej, przedstawiasz to samo bluźnierstwo tak, jakby było ono zarówno Ewangelią naszego Pana, jak i przesłaniem Soboru. Soboru być może, ale naszego Pana nigdy!

" Jeśli tajemnica Chrystusa - Chrystusa historycznego i Chrystusa mistycznego (?) - objawia tajemnicę człowieka samemu sobie, to znaczy ludzkości na przestrzeni wieków (a zatem wszystkich religii i bezwyznaniowości, przypuszczalnie?), to wszystko, co jest w istocie ludzkie, streszcza się w tajemnicy Chrystusa i jest wyrażane przez Chrystusa słowem lub czynem... Ta myśl Lumen gentium musi być powiązana z centralnym tematem Gaudium et spes, gdzie Chrystus jest przedstawiony jako Objawiciel pełnej tajemnicy człowieka i godności ludzkiej. Sobór podkreśla, że istotna godność człowieka jest nierozerwalnie związana z orędziem Chrystusa, z Jego Ewangelią, która działa jak zaczyn, powodując albo silniejszą świadomość tej godności, albo budząc potrzebę jej poszukiwania i osiągania.

" Kto idzie za Chrystusem, człowiekiem doskonałym, ten sam staje się bardziej człowiekiem (Gaudium et spes, 41). I dalej: " Żadne prawo ludzkie nie może zagwarantować człowiekowi jego osobistej godności i wolności tak, jak to czyni Ewangelia Chrystusa, powierzona Kościołowi ". "(Tamże, s. 152-153).

I oto znajdujemy się "przed rzymskim trybunałem, któremu przewodniczył Poncjusz Piłat", "w miejscu spotkania, które ukazało w pełnym świetle szlachetność Prawdy i godność człowieka (z dużej litery!), który dał jej świadectwo... "

" Nie ma wątpliwości, że prawda wyłoniła się z tego spotkania jako coś rzeczywistego, stanowiąc zarówno królewskość Jezusa, jak i godność człowieka (bez wielkiej litery: każdego człowieka). Chrystus, wielki Prorok (sic!), jest tym, który głosi Bożą prawdę; jest też tym, który ukazuje, że godność człowieka jest związana z prawdą. "Prawda bowiem " ma wymiar Boski, jest jednością z Boskim Słowem. Jednocześnie stanowi ona istotny wymiar ludzkiego poznania i ludzkiej egzystencji, nauki, mądrości i ludzkiego sumienia. Każdy człowiek rodzi się na świecie, aby dawać świadectwo prawdzie zgodnie ze swoim szczególnym powołaniem. " (Tamże, s. 155-156)


Jezus, taki sam jak wszyscy inni! "Słowa wypowiedziane podczas tego spotkania z Piłatem zapewniają, że Jezus Chrystus jest zawsze obecny w tajemnicy człowieka. "Kiedy powiesz nam, że Jezus jest stale obecny w tajemnicy Boga, w łonie swego Ojca?

Powracasz jeszcze raz do tej królewskości człowieka, tak bliskiej twemu sercu, w rozdziale XVI tych rekolekcji, które tak bardzo spodobały się Pawłowi VI i obecnym kardynałom, że zostałeś potem uznany za papabila, w rozdziale zatytułowanym sugestywnie Tajemnica człowieka: Sumienie. Przywołując tę tajemnicę - tajemnicę królewskości człowieka - powtarza Pan swoje zwyczajowe bluźnierstwo i, co najważniejsze, stwierdza, że jest to sama doktryna Soboru, w co nie wątpimy. Ale dodajecie, a czyniąc to ujawniacie, komu ten Sobór chciał się przypodobać i kto zainspirował was do tak wielu bluźnierstw i świętokradztw:

" Nauka soborowa dotycząca tej królewskiej funkcji wydaje się niezwykle zbliżona do myślenia i odczuwania współczesnego człowieka, i to w tej sferze, w której można się było spodziewać, że może ona wywołać poważne trudności pozytywne (!) lub przynajmniej werbalne (!). Szczególnie bowiem w naszych demokratycznych społeczeństwach - demokratycznych z nazwy, choć nie zawsze w rzeczywistości - ludzie walczą teraz nieśmiało z takimi kategoriami jak król i królestwo czy panowanie. " (Tamże, s. 175-176)

Nie trzeba być zszokowanym królewskością, o której mówi Ewangelia. Nie jest ono sprzeczne z człowiekiem współczesnym, w którym nie ma miejsca dla Boga, a który będąc demokratą, nie ma też miejsca dla króla, ponieważ demokrata, człowiek współczesny, każdy człowiek, może być przyobleczony w tę transcendencję i w to królewskość! Funkcja królewska", której Jezus domagał się przed Piłatem, nie jest, według was i Rady, "prawem do panowania nad innymi; jest ona przejawem królewskiego charakteru człowieka". Ten królewski charakter jest osadzony w strukturze ludzkiej osobowości. " (Tamże, str. 176)

Wolałbym wierzyć, że jesteś szalony niż bałwochwalczy do tego stopnia. W obliczu takiego bluźnierstwa, Duch Święty we mnie woła: Anathema ! Anathema!


" Faktem jest" - oświadcza się beznamiętnie przed Pawłem VI i posoborowymi kardynałami kurialnymi, z których wszyscy są najwyraźniej zadowoleni z tego, co ma się do powiedzenia - "że Sobór Watykański II widzi w ludzkiej praxis przejaw królewskiego charakteru człowieka, jego panowania nad ziemią, naturą i światem. Te dwa terminy należą do słownictwa chrześcijańskiej ewangelii biblijnej " ... Co za zapał, by w miejsce i zamiast doktryny o zbawiennym poddaniu się człowieka łagodnym rządom jego Boga i Zbawiciela, włożyć świętym pisarzom tę naukę o ludzkiej dumie, która nie mogłaby być im bardziej obca! I dalej prorokujecie, że "praca tworzy człowieka". "Tak, stwarza, ale dlatego, że jest dziełem i działaniem, a ściślej - ludzką praxis, aktem osoby".

" Soborowe nauczanie o "królewskości" człowieka sięga jeszcze głębiej..... "Nie trzeba nam tego mówić. Wiemy wystarczająco dużo o waszym humanizmie, który nie pozbawiając wyraźnie Boga wszystkich Jego nieskończonych doskonałości, ani Chrystusa Jego właściwej tajemnicy jako Syna Bożego i Zbawiciela, przyznaje jednak człowiekowi transcendencję, godność i wielkość nie mającą sobie równych - królewskość, władzę autokreacji i samorealizacji, w imię Boskiej Ewangelii i soborowego Objawienia. ... do tego stopnia, że sprawia, iż człowiek odbiera wszelką cześć, chwałę i uwielbienie, zarezerwowane dotąd w Piśmie Świętym oraz w modlitwach i homiliach Kościoła dla Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego, dla Najświętszej Maryi Panny, aniołów i świętych.

Pozostaje nam usłyszeć od Ciebie, jaką praxis narzuca się chrześcijaństwu w wyniku tej teorii. W swoim dialogu z Frossardem przygotowałeś grunt pod ostateczne objawienie swojego humanizmu, kiedy to, pragnąc, by Chrystus zaświadczył przed Piłatem o królewskości człowieka, dodałeś: "To jest bowiem właściwe dziedzictwo Kościoła". " (N'ayez pas peur, str. 225)

HUMANIZM I PRZEWRÓT

Nie zapomnieliśmy, że wasz dialog z Frossardem rozpoczął się od pytania o rolę Chrystusa, Kościoła, a wreszcie chrześcijańskiego laika w polityce. Teraz, kiedy jesteś pewien, że przekonałeś nas o transcendencji człowieka i o jego królewskości, teoretycznie i absolutnie, możesz liczyć na to, że zostaniemy nakłonieni do przyjęcia, służenia i obrony tej samej transcendencji i królewskości w praktyce... w życiu i w polityce.

" Twoje pytanie dotyka problemu Kościoła i polityki, mówisz do Frossarda na zasadzie przejścia, stąd moje odniesienie do odpowiedzi Chrystusa przed Piłatem. Nie dotarliśmy jeszcze do końca pytania. Pyta mnie Pan, czy z Ewangelii można wyprowadzić jakikolwiek system polityczny, skoro współczesny Kościół w imię tej samej Ewangelii kładzie tak wielki nacisk na politykę i sprawiedliwość społeczną. Odpowiedź Chrystusa, choć nie wyczerpuje pytania, rzuca jednak niezastąpione światło na dziedzinę o pierwszorzędnym znaczeniu ze względu na świadectwo, jakie daje prawdzie - a więc transcendentnemu charakterowi osoby ludzkiej. Jest to bowiem domena polityki. " (tamże, s. 225)

Bez wątpienia tysiące waszych czytelników i miliony słuchaczy usłyszą wasze przesłanie w ten sposób: Kościół nie zajmuje się polityką. A jeśli interweniuje w politykę, to za przykładem i na polecenie swego Pana. Nie w imieniu doczesnych idei i interesów, ale aby świadczyć o Prawdzie. Wszystko to jest bardzo święte, szlachetne i dobre, z wyjątkiem, Najświętszy Ojcze, tego ogromnego kłamstwa - wybacz mi - które natychmiast dodajesz: dawanie świadectwa prawdzie jest równoznaczne z dawaniem świadectwa transcendentnemu charakterowi osoby ludzkiej. To jest kłamstwo, bezbożność i bluźnierstwo. Z politycznego punktu widzenia jest to haniebne, ponieważ jest to zasada uruchamiająca niekończące się przewroty i anarchię, co zresztą sam Pan wyjaśni.

Wszystko to jest zbyt poważne, abym nie zacytował Pana w całości. Tutaj znowu postępuje Pan etapami i zaczyna od wyjaśnienia natury polityki:


" Według nauki arystotelesowskiej polityka i etyka społeczna są mniej lub bardziej koteryjne. Dla współczesnego świata polityka dotyczy raczej techniki rządzenia, techniki zresztą silnie obciążonej utylitaryzmem, o czym świadczy słynny traktat Machiavellego. Według pierwszego z nich polityka oznacza również sprawiedliwość społeczną, ale nie według drugiego. "

Chciałbym ci zwrócić uwagę, choć może to być lekceważące - ale na tym etapie, na którym się znajdujemy, formy szacunku są na drugim miejscu - że nie wiesz nic o nauce politycznej, o tej nauce, dzięki której miasta żyją i z braku której giną i gasną we krwi i łzach. Polityka nie jest sztuką zdobywania władzy siłą, sprytem i korupcją, a następnie utrzymywania się przy władzy za pomocą tych samych ohydnych środków, jak zdaje się Pan wierzyć. Nie jest to również etyka społeczna - środek, dzięki któremu wolność, równość i braterstwo zapanują wśród ludzi, co jest waszą alternatywą. Sztuka polityki polega na rozeznaniu, gdzie leży wspólne dobro narodu, oraz na obronie i ochronie tego wspólnego dobra wszelkimi uzasadnionymi środkami. Dobrem wspólnym jest suwerenność i jedność narodu wobec wszelkiego nieporządku wewnętrznego i wobec każdego zagrożenia zewnętrznego. Jego utrzymanie zakłada dyplomację, armię, policję i sprawiedliwość.

I na ten temat, pomimo twojej całkowitej ignorancji co do natury polityki, masz wspaniały akapit, w którym zwięźle przedstawiasz tradycyjne nauczanie, jakby skopiowane z podręcznika: " Kiedy Kościół wypowiada się na tematy polityczne, czyni to zgodnie ze swoją misją nauczycielską, która z zasady dotyczy spraw wiary i moralności. Za każdym razem przedstawia właściwą interpretację prawa moralnego wyraźnie zawartego w Ewangelii lub przez nią potwierdzonego. W tym sensie Kościół naucza etyki społecznej, pozostawiając troskę o rządzenie kompetentnym osobom... " (N'ayez pas peur, s. 226). Tutaj nie idziesz na całość z doktryną katolicką, która nie tylko naucza o prawie Bożym, ale także nakazuje jego przestrzeganie przez królów i możnych tego świata pod groźbą sankcji i kary, gdyby je naruszyli. Jak sam mogłeś i powinieneś był zrobić przy kilku okazjach, począwszy od horroru zalegalizowanej aborcji. W tym szczególnym wykonywaniu boskiej misji Chrystusa, uważam, że jesteście zbyt nieśmiali.

Ale w swojej humanistycznej misji, którą wraz z Soborem wymyśliliście dla Kościoła i dla każdego chrześcijanina, i którą umieszczacie zaraz po jego misji w odniesieniu do prawa Bożego, jesteście bardzo mocni... do tego stopnia, że uniemożliwiacie sprawowanie władzy politycznej. Zaczynacie od zniesławienia tego, co następnie całkowicie niszczycie.

Wasze oszczerstwa: "Kościół, powiadasz, nie przestaje wyrażać w swej duszpasterskiej i magisterialnej trosce, aby technika rządzenia nie była jedynie techniką utrzymywania się przy władzy, ale taką, która służy sprawiedliwości społecznej. " Wbrew machiawelizmowi, z czym się zgadzam. Jest to jednak moralizm, któremu się sprzeciwiam. Mamy tu bowiem doczesną, suwerenną władzę zobowiązaną "do służenia sprawiedliwości społecznej", co jest sposobem na oddanie suwerennej władzy pod kontrolę opiniotwórczych środowisk, z których wszystkie są utopistami i socjalistami! Tym bardziej, że wasze rozumienie politycznego "dobra wspólnego" nie jest niczym więcej niż mglistym, nieokreślonym i dyskusyjnym pojęciem sprawiedliwości społecznej:

"...Niech technika lub sztuka rządzenia", piszesz, "służy sprawiedliwości społecznej, to znaczy dobru wspólnemu członków społeczeństwa politycznego (!). Sprawiedliwość społeczna i dobro wspólne są pojęciami pokrewnymi (widać, że nie wiesz, o czym mówisz), ponieważ oba oznaczają wzorzec stosunków społecznych, który zachowuje... " Ach ! znowu wracamy do twojego starego idola... ", który zachowuje transcendentny charakter osoby ludzkiej, z poszanowaniem jej pierwotnych praw. "

Wygrał pan. Za pomocą tego misz-maszu poplątanych pojęć, odrzuciliście politykę polityka i wykazaliście się ignorancją prawdziwej natury polityki, która jest dziełem o pierwotnym i suwerennym znaczeniu, gwarantującym życie i przetrwanie narodów. Zamiast tego utożsamiliście swoją wymarzoną politykę ze sprawiedliwością społeczną, która dla was polega na kulcie człowieka i służbie jego prawom, żądaniom i pragnieniom. Czyniąc to, dostarczyliście zasadę, która doprowadzi do rozpadu wszystkich ludzkich społeczności. Co więcej, twierdzicie, że zasada ta została przekazana przez Chrystusa jego Kościołowi jako jego najważniejszy obowiązek:

" Stąd częsta postawa Kościoła w odpowiedzi na jego podwójną potrzebę: wierność Ewangelii i wierność człowiekowi. "Ach! Nie skopiowałeś tego z żadnego katolickiego podręcznika. To jest wasz humanizm, który stał się doktryną hiperrewolucji politycznej i społecznej". Kościół ma obowiązek dawać świadectwo prawdzie, tak jak Chrystus przed Piłatem. Przywołując raz jeszcze ten dialog, trzeba jasno powiedzieć, że Kościół musi być dogłębnie świadomy królestwa "nie stąd", aby mógł jasno i zdecydowanie wypowiadać się o sprawach tego świata, w którym człowiek nie może utracić swojej transcendencji (wydawało mi się, że słyszałem, jak mówiłeś, że ta transcendencja jest nienaruszalna?), ale aby spotkać się z tą transcendencją i ją potwierdzić - a także uświadomić ją sobie i objawić ją człowiekowi (sic) - konieczne jest dawanie świadectwa prawdzie. "

Język Chrystusa jest teraz przez was używany jako narzędzie dla rewolucyjnych idei humanistycznych: sumienie, żądania i powstanie będą wynikiem tego teoretycznego humanizmu, który każecie głosić Chrystusowi. To jest właśnie rewolucyjna praxis. W imię Pana Jezusa zapaliliście pochodnię, aby wzniecić powszechną rewolucję personalistyczną.

Frossard kończy tę wymianę zdań w stanie oszołomienia: Moje pytanie brzmiało: "Czy z Ewangelii można wyprowadzić jakiś system polityczny? Na co Papież odpowiedział, że polityka Ewangelii polega na transcendencji człowieka. Osoba ludzka jest ukonstytuowana przez tę transcendentną relację z prawdą, która według chrześcijaństwa sama jest osobą, osobą Jezusa Chrystusa. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, daje jednocześnie świadectwo samemu sobie (?) Doktryna polityczna "zaczerpnięta z Ewangelii" miałaby zatem za zasadę i cel ukazywanie w każdym momencie tego aktu świadectwa, w którym osoba znajduje swoją podstawę. " (tamże, s. 226-227)

HUMANIZM, SEKULARYZM

Kościół ewangelicki i soborowy jest więc obojętny na życie polityczne do tego stopnia, że nie wie już, na czym ono polega i dlaczego po religii, która zapewnia nam wieczne zbawienie, ma to być dzieło najbardziej konieczne, to, które zapewnia nam doczesny dobrobyt. Ale w takim razie Kościół soborowy ma bardzo mało czasu na religię. Czytając Ciebie, wydaje się, że stracił wszelkie zainteresowanie nią. Podobnie jak Chrystus posoborowy, zajmuje się przede wszystkim humanizmem. Pracuje w sferze filozoficznej i moralnej na rzecz uznania naturalnej transcendencji człowieka i jego królewskiej godności. Taki jest "kult człowieka", który Chrystus miałby przekazać Kościołowi. A misja Chrystusa miała rzekomo polegać na ustanowieniu tego kultu.

Przedstawiacie Chrystusa jako świadczącego przed rzymskim namiestnikiem Piłatem, uosobieniem wszelkiej władzy doczesnej i porządku politycznego, o transcendencji i królewskości człowieka. Czynicie go pierwszym aktywistą i pierwszym męczennikiem w służbie i sprawie człowieka. Oto co powiedziałeś podczas drogi krzyżowej w Koloseum w Wielki Piątek 1980 roku:

" Kiedy otoczony przez rzymskie pretorium Chrystus został przedstawiony spojrzeniu tłumu, Piłat dodał te słowa: "Oto Człowiek". A tłum odpowiedział: "Ukrzyżuj Go! W ten sposób krzyż stał się w Chrystusie symbolem odrzucenia człowieka (!). W niezwykły sposób odrzucenie Boga i odrzucenie człowieka idą ręka w rękę. Krzycząc "Ukrzyżuj Go! tłum jerozolimski wydał wyrok śmierci na całą prawdę o człowieku, która objawiła się w Chrystusie, Synu Bożym. W ten sam sposób odrzucił prawdę o pochodzeniu człowieka i o końcu jego pielgrzymowania na tej ziemi, prawdę o jego godności i najwyższym powołaniu. "

To samo, tylko o wiele wyraźniej, powiedziałeś na Anioł Pański w uroczystość Chrystusa Króla 26 listopada 1978 r.: "W tym dialogu Jezusa z Piłatem widzimy pierwszą konfrontację chrześcijanina z władzą polityczną. " I dalej przypomniałeś " tych z naszych braci, którzy są sądzeni i być może skazani na śmierć - jeśli nie na śmierć cielesną, to przynajmniej na śmierć cywilną - z powodu wiary, którą wyznają, ponieważ są wierni prawdzie i bronią prawdziwej sprawiedliwości. "Trzeba, mówił Ksiądz Biskup, w tę Uroczystość Chrystusa Króla, zwrócić uwagę na podobieństwo między tymi, którzy doświadczają tych cierpień, a samym Chrystusem, który został osądzony i skazany przed trybunałem Piłata. "

" Tak myśli i tak mówi współczesny Kościół" - powiedziałeś. Trafna uwaga, ponieważ Kościół przedsoborowy nigdy nie używał takiego języka. I bez wątpienia twoi potulni słuchacze myśleli, że odnosisz się do męczenników zza żelaznej kurtyny... Wcale nie! W La Croix z 13 grudnia, o. Cosmao oświecił nas co do znaczenia twoich dwuznacznych słów. Ci, którzy cierpią za swoją wiarę i którzy dają świadectwo swojej wierze, prawdzie i sprawiedliwości, którzy jako jedyni są przedmiotem zainteresowania Pana i Kościoła soborowego - to są obrońcy człowieka i bojownicy rewolucji. I dalej to udowadniał. Ich wiara jest w człowieka, ich prawda leży w transcendencji człowieka, a ich sprawiedliwość polega na ochronie tej godności ludzkiej, o której mówicie, że jest nienaruszalna i święta. Oni doprowadzili swoją walkę do tego stopnia, że dali najwyższe świadectwo.

Artykuł o. Cosmao, który był wierną interpretacją Twojej myśli, podsumowałem w podtytułach napisanego przeze mnie komentarza: "Kościół praw człowieka - staje po stronie człowieka przeciw państwu - odrzucając Cezara, ubóstwia lud - by skończyć w nowoczesnym Gułagu". (Ten ostatni nagłówek był jednak mój, a nie Pański!) " (CRC nr 137 za styczeń 1979)

Dowód? Frossardowi, który, jak dobry tradycyjny katolik, odnosił się do męczeństwa jako współczesnego faktu i do możliwości, że wielu dzisiejszych chrześcijan będzie musiało przelewać krew za swoją wiarę - swoją wiarę religijną, oczywiście - udzieliłeś bardzo chłodnej odpowiedzi:

" Godzina dawania świadectwa wybiła w tym czy innym czasie w wielu częściach świata w długiej historii Kościoła. Chrzest krwi był powtarzany tu i tam (sic) w różnych okresach. Na przykład, myślę w tej chwili o Kościele w niektórych krajach Azji (Azja! Nie może być bardziej niejasna - tak rozległa i tak odległa, że można się w niej zgubić!), gdzie żniwo męczenników wydaje się być bardziej obfite niż w czasach Imperium Rzymskiego. Jeśli spojrzymy na mapę dzisiejszego świata, z łatwością możemy wskazać (no właśnie, zróbcie to! wskażcie ich!), gdzie i jak nadeszła godzina dawania świadectwa dla takiego a takiego Kościoła. " (N'ayez pas peur, str. 264).


Widać, że jest to temat, który nie daje panu spokoju. Dzisiejsi męczennicy chrześcijańscy, katoliccy są wam obojętni lub wstydliwi. Ale po złożeniu obowiązkowego hołdu tym milionom męczenników - prześladowanych nie wiadomo przez kogo - męczenników ATEISTYCZNEGO HUMANISTYCZNEGO KOMUNIZMU - nagle staje się pan niewzruszony. Zadziwia mnie pańska gwałtowna zmiana humoru.

" Ale", mówi Pan z nową elokwencją, "wezwanie do dawania świadectwa nie zawsze przybiera tę samą formę. Nie zawsze, nie wyłącznie, spotyka się je wśród krwawych lub bezkrwawych prześladowań Kościoła, religii lub wierzących (oczywiście rzeczy i osoby, które cię nie interesują). Istnieją inne sytuacje na tym świecie, w których dawanie świadectwa nie tyle polega na obronie samego Kościoła, jego misji, instytucji i wiernych (jakaż pogarda w tym wyliczeniu, jakaż zawoalowana nienawiść!), ile na przeciwstawianiu się (nacisk należy do Ciebie i pokazuje, gdzie jest Twoje serce) niesprawiedliwości politycznej, ekonomicznej i społecznej, na obronie życia i moralności w prawodawstwie (czego sam nie uczyniłeś i do czego nie zachęciłeś innych w czasie naszej walki z zalegalizowaną aborcją! Ale nawet to nie jest tym, co naprawdę masz na myśli; twoim prawdziwym zainteresowaniem jest walka w imieniu rewolucjonisty z władzami, dla których nie masz miłości).


" Gdyby Kościół nie wypełniał swojego obowiązku sprzeciwu tam, gdzie jest to konieczne, byłby niewierny swojej misji prorockiej i duszpasterskiej; nie interpretowałby Chrystusowego wezwania do czujności tak, jak powinien to czynić (kolejne świętokradcze fałszowanie Ewangelii, trawestowane w celu uczynienia z niej wezwania do rewolucji!).

" Podzielam zatem Pańskie przekonanie, że dla chrześcijan zbliża się godzina dawania świadectwa. Myślę jednak, że można to powiedzieć w każdym czasie i zawsze musimy być tego świadomi. Musimy być przebudzeni w czasie i miejscu, nie tylko po to, by rozumieć i wiedzieć, ale także po to, by wspólnie czuwać. Musimy być z tymi, którzy cierpią mękę i którzy na różne sposoby podejmują wyzwania i biorą na siebie odpowiedzialność Pośród tych wszystkich prób musimy nieustannie czuwać nad tym, co najważniejsze: pozostać Kościołem, który kocha! " (tamże, s. 265)

Rozumiemy doskonale: Kościół, który kocha człowieka, który zabiega o człowieka i który w imieniu człowieka pada niekiedy ofiarą kul obrońców porządku! Ponieważ dla was odmowa uznania człowieka w jego godności i prawach jest najwyższą niesprawiedliwością i najwyższym kłamstwem. " To zaprzeczenie " - jak wyjaśniłeś Pawłowi VI podczas słynnych rekolekcji, które musiały go szczególnie utwierdzić w jego demokratyczno-chrześcijańskim utopizmie - " to zaprzeczenie może przybierać różne formy w naszym złożonym świecie. Biorąc pod uwagę struktury dzisiejszej cywilizacji, biorąc pod uwagę naciski, jakie wywierają, osobista odpowiedzialność każdego człowieka za prawdę staje się coraz większa, ponieważ zagrożenie dla prawdy stale się zwiększa...

" Chrystus jest z całą pewnością obecny wśród nas (Mt 28,20), gdy my, Jego uczniowie, pragniemy uczestniczyć w Jego prorockiej misji, w Jego odpowiedzialności i świadectwie o prawdzie zarówno ludzkiej, jak i Bożej. Chrystus jest również obecny wśród innych ludzi (wszystkich religii i bezwyznaniowców, a więc ?), którzy dają świadectwo prawdzie w różnych systemach i sytuacjach politycznych.

" Takie świadectwo jest skuteczną przeciwwagą dla tych, którzy sieją nieufność wobec bliźnich, a nawet dla tych, którzy niszczą nie tylko poczucie odpowiedzialności człowieka wobec prawdy, ale także jego świadomość absolutnego prawa do prawdy. Błagajmy więc Chrystusa, aby nadal posyłał nam zawsze Ducha Prawdy, charyzmat prawdy i siłę do ukazywania prawdy w złożonym i niekiedy niesfornym świecie współczesnym. Prośmy Chrystusa, aby udzielił nam tej łaski jako największego dobra, jakie może być dane Kościołowi. " (Signe, s. 122)

 

" Jest to kwestia "tajemnicy człowieka", ponieważ punktem neuralgicznym, punktem osobistego napięcia tej tajemnicy jest i zawsze będzie prawda - prawda poznania siebie, świata, Boga (ach! Boga także!), prawda sumienia, nauki i wiary (także wiary!). "Skoro jednak o prawdzie mogą świadczyć różni inni ludzie, to musi to być "podstawowe" Credo, o którym tu mówimy, a powiedziano już wystarczająco dużo, aby było jasne, że to Credo jest tylko ludzkie, a nie chrześcijańskie; dotyczy człowieka, jego transcendencji i jego królewskości, bo dla was to jest Ewangelia. Stłumiliście Boga, aby wywyższyć człowieka, którego uczyniliście swoim bożkiem. A Jezusa Chrystusa i Jego Kościół uczyniliście świadkiem, prorokiem, kapłanem i kapłanką tego samego bożka. Całkowicie zepsuliście "religię Boga, który stał się człowiekiem", aby upodobnić ją do "religii - bo taka istnieje - człowieka, który sam siebie czyni Bogiem", jak oświadczył Paweł VI, a co zacytowałem i potępiłem w mojej pierwszej Księdze Oskarżeń przeciwko niemu.
NADAL ZBYT KLERYKALNY !

Pozostaje jeszcze jeden ostatni krok do zrobienia, i to właśnie teolog z Tybingi, wasz przyjaciel, a może częściowo wasz mentor, a przynajmniej wasz protegowany, Hans Küng, będzie was do niego namawiał. W wywiadzie opublikowanym przez Paris Match z 31 sierpnia 1979 r. oświadczył, że bardzo się cieszy z Twojego wyboru na suwerenny pontyfikat, ale...

" Jestem bardzo szczęśliwy z powodu prawdziwie chrześcijańskiego humanizmu, jaki okazał Papież ... Jestem bardzo szczęśliwy z powodu otwartości, jaką okazał w odniesieniu do problemów społecznych i jego poważnego zaangażowania na rzecz praw człowieka. Jestem bardzo szczęśliwy. Chciałbym po prostu zobaczyć, jak wyciąga pełne konsekwencje wynikające ze stanowisk, które zajął, również tych, które wpływają na życie Kościoła.

" Misja Kościoła w świecie i reforma Kościoła idą ze sobą w parze. Nie można oczekiwać, że świat będzie się zmieniał, gdy Kościół będzie trwał w przekonaniu, że nie ma potrzeby, aby on sam i jego hierarchia się zmieniali. Nie można wymagać, aby prawa człowieka były respektowane w świecie zewnętrznym i w społeczeństwie, ale nie w Kościele. " (por. KKK nr 146, s. 8-9)

Istnieje sprawdzian waszej szczerości i waszej wiary w człowieka, którego oczekują ci, którzy od dawna angażują się w walkę o człowieka przeciwko wszelkim siłom opresyjnym. Nie oczekuje się od was, że zwolnicie własną władzę od ich ewangelicznej kontestacji; oczekuje się od was, że zgodzicie się na jej zakwestionowanie, zakwestionowanie i w końcu zniesienie! Niech więc wasza pontyfikalna władza będzie sabotowana jako świadectwo jej ewangelicznej i soborowej wiary w człowieka!

Jeśli człowiek jest transcendentny, nie mniej musi być taki w odniesieniu do waszych własnych praw i dekretów. Jeśli człowiek jest królem - a przez to jest odporny na wszelkie poddaństwo i wyobcowanie - to musi być równie wolny od waszej osobistej suwerenności i dominacji. Hans Küng wzywa was, abyście dali świadectwo Człowiekowi-Bogu, Człowiekowi-Królowi, poświęcając się własnym przekonaniom! Tak jak uczynił to wasz posoborowy Jezus przed Piłatem! 

 
ROZPOCZĘCIE PROCESU KANONICZNEGO

Ojciec de Nantes został wezwany do Rzymu w kwietniu 1968 roku. W tym dniu otrzymał tarczę, która chroni nas do dziś. Dlatego bardzo ważne jest, aby o tym pamiętać. Tą tarczą jest Prawo Kanoniczne, zgodnie z którym "wierni, jeśli zostaną wezwani na sąd przez kompetentną władzę, mają prawo być sądzeni zgodnie z przepisami prawa, które należy stosować z zachowaniem zasad słuszności. " (kanon 221 § 1)

Tak więc, od tego dnia w 1968 roku, kiedy został wezwany przed sąd, ma absolutne prawo do bycia osądzonym zgodnie z przepisami prawa, to znaczy do bycia potępionym ewentualnie po zbadaniu sprawy, ale tylko do bycia skazanym na kary wymienione w prawie kanonicznym i zgodnie z procedurami w nim przewidzianymi.

Innymi słowy: proces rozpoczęty musi być zakończony, z wyjątkiem przypadków przewidzianych w prawie. Sędzia nie ma prawa odmówić zamknięcia procesu, który został otwarty; musi go zakończyć wydaniem wyroku.

Kiedy  został wezwany do Rzymu w 1968 roku, musiał skonfrontować się ze swoimi sędziami podczas kilku przesłuchań. Ale konkluzja tej konfrontacji zasługuje na przypomnienie, bo dziś jest całkiem zapomniana. Nie mogąc udowodnić mu winy za błędy, sędziowie poprosili go, na rozkaz z góry, o podpisanie odwołania... "wszystkich jego błędów".
 
- Jakie błędy?

- Wszystkie?

- Które konkretnie?

Po dwudziestu czterech godzinach namysłu Ojciec nasz zgodził się... ale pod warunkiem, że zostanie mu przedstawiona lista jego błędów.

Nasz Ojciec miał absolutne prawo stanąć w ten sposób przed trybunałem Świętego Oficjum, z całym szacunkiem dla Dom Gérarda: ponieważ kanon 221, w swoim trzecim paragrafie, stanowi, że "wierni mają prawo, aby nie były na nich nakładane kary kanoniczne, chyba że zgodnie z prawem". "Prawo przewiduje, że "nikt nie może być ukarany za popełnienie zewnętrznego naruszenia prawa lub przykazania, chyba że można mu przypisać poważną winę z powodu złej woli lub zawinienia" (kanon 1321 § 1).

Innymi słowy, osoba nie może być ukarana zanim nie zostanie stwierdzone przestępstwo, które popełniła.
NIEWYKRYWALNE BŁĘDY

Skoro sędziowie nie byli w stanie ustalić, jakie przestępstwo popełnił Ojciec de Nantes krytykując Sobór i Papieża, Świętemu Oficjum nie pozostało nic innego, jak uznać niewinność naszego Ojca. Ale wtedy byłoby to równoznaczne z przyznaniem słuszności jego krytyki! Aby tego za wszelką cenę uniknąć, Święte Oficjum nie wydało wyroku. Jednak rok później, w 1969 roku, w "zawiadomieniu" podano do wiadomości, że nasz Ojciec został "zdyskwalifikowany"
 
Nie tylko "powiadomienie" nie jest wyrokiem, ale "dyskwalifikacja" jest karą nieznaną w prawie kanonicznym. Oskarżony nie może się "zdyskwalifikować", tak jak nie może tego zrobić piłkarz: albo jest w błędzie, a wtedy musi zostać osądzony i ukarany... przez sędziego, albo działał zgodnie z zasadami i musi zostać uznany za niewinnego.

Tak więc wszyscy widzą, że Rzym, po wezwaniu Ojca do osądzenia, odmówił podjęcia decyzji, wbrew kanonowi 221.

To jest przyczyna status quo, z którego władze zrezygnowały. Wiedząc, że są winni, stworzyli pozory podjęcia koniecznych środków poprzez zawieszenie w 1966 roku i "notyfikację" w 1969 roku. Sprytny amalgamat sprawiał wrażenie, że Rzym udzielił nagany ojcu de Nantes, a tym samym "potwierdził" środek suspensy a divinis nałożony na niego przez biskupa jego diecezji. Niemniej jednak, w okresie od 1969 roku, czyli od daty "powiadomienia", do 1996 roku, żadna władza kościelna nie potępiła kanonicznie naszego Ojca za to, że kontynuował swoją działalność pomimo sankcji, która na niego spadła. Dlaczego była taka tolerancja? Ponieważ władze rzymskie dobrze wiedziały, że przeciwna postawa zmusiłaby je, przed wszystkimi innymi względami, do rozstrzygnięcia fundamentalnej kwestii doktrynalnej, która bezprawnie pozostawała nierozstrzygnięta.

W międzyczasie nasz Ojciec, pewny swoich praw, mógł kontynuować swoje dzieło katolickiej kontrreformacji i wykonywać swoją posługę, z wyjątkiem tego, co wymaga uprawnień jurysdykcyjnych.


List Lavala byłego protestanckiego pastora w Condé sur Noireau

    POWODY   zniewalające licznych protestantów do powrotu na łono   KOŚCIOŁA KATOLICKIGO   ...